Gry  / Recenzja

Psychiatryk pełen decyzji do podjęcia, ale żadna nie ma sensu. The Impatient - recenzja

Budzisz się w celi szpitala psychiatrycznego. Nie wiesz, kim jesteś, co tutaj robisz oraz kim są ludzie dookoła. Boisz się tylko zasnąć, bo w koszmarach zawsze dzieją się rzeczy, przy których nawet obskurna sala wydaje się luksusem. The Impatient zapowiadał się na jedną z najlepszych gier dla PSVR. Potem stało się coś złego.

Mamy styczeń 1952 roku. Odcięty od cywilizacji szpital psychiatryczny otacza gęsta perzyna śniegu. Architektura budząca skojarzenia ze Lśnieniem Kubricka nie pomaga. Jesteśmy zamknięci w celi, a do tego cierpimy na amnezję. Nie wiemy, jak długo znajdujemy się w obiekcie, jak wygląda nasze leczenie oraz ile czasu zajmie, zanim stąd wyjdziemy. O ile stąd wyjdziemy. Dzień za dniem zapuszczamy korzenie w ciemnym pomieszczeniu. Jedynym, ale bardzo przykrym urozmaiceniem są koszmary, które nieustannie nas nawiedzają.

The Impatient rozgrywa się w psychiatryku, który później staje się miejscem akcji świetnego horroru Until Dawn.

Nie jest więc żadną tajemnicą, co przydarzy się w ośrodku. Do szpitala trafiają górnicy, którzy wcześniej spędzili wiele dni pod powierzchnią ziemi. Gdy zostają uratowani, okazuje się, że z 30 mężczyzn przeżyło raptem 12. Reszta została… zjedzona, padając ofiarami aktów kanibalizmu. To wydarzenie aktywowało indiańską klątwę, która stopniowo zamieniała górników w wendigo - osobliwą mieszankę ghula/wampira polującą na ludzi.

Szpital psychiatryczny zostaje opanowany przez potwory. Gdy wydostajemy się ze swojej celi, większość personelu jest już rozszarpana na strzępy. Jeżeli myślicie, że w tym momencie rozpoczyna się walka bohatera o przetrwanie, będziecie rozczarowani. The Impatient nie jest survival-horrorem w stylu Resident Evil 7. To symulator chodzenia, któremu bliżej do Zaginięcia Ethana Cartera niżeli Silent Hilla.

Rozgrywka w The Impatient jest niezwykle mozolna i ospała. Twórcy zmieścili silnik Unreal Engine do gogli PSVR, ale wiązało się to z gigantycznym poświęceniem. Postać gracza nie może biegać, porusza się jak w smole, do tego sterowanie zostało fatalnie przemyślane. Gdybym dostawał złotówkę za każdym razem, gdy przez przypadek wykonywałem niechciany obrót o 180 stopni, to mógłbym zaprosić dziewczynę na dobrą kolację w centrum Katowic.

Tutaj nie chodzi o to, że stworzenie pięknej wizualnie gry FPS na PSVR jest niemożliwe. Wszakże mistrzowskie Resident Evil 7 jest w pełni kompatybilne z hełmem Sony. Do tego działa w wirtualnej rzeczywistości jak rakieta. Doświadczenie płynące z uruchomienia tej gry w VR jest niesamowite. Jedyne w swoim rodzaju. Przełomowe. W The Impatient w ogóle nie czuć podobnej jakości. Wszystko się dłuży. Rozgrywka na dłuższą metę jest męcząca, a gracz marzy, aby ściągnąć PSVR z głowy.

Źle wdrożonym pomysłem jest również system decyzji wpływających na fabułę i przebieg gry.

W kilkunastu miejscach mamy okazję wybrać jedną z dwóch ścieżek. Jednak w przeciwieństwie do Until Dawn, w The Impatient wybory są banalne. Tak oczywiste, że w wielu miejscach nie zdawałem sobie nawet sprawę z istnienia alternatywy. Dopiero przeglądając listę trofeów odkryłem, że pozostali bohaterowie gry mogli umrzeć. Za moim pierwszym podejściem przeżyli wszyscy, którzy mogli przeżyć. Trzeba być naprawdę ślepym i głuchym, żeby doprowadzić do tragedii i przedwczesnej śmierci ocalałych. W Until Dawn rozegrano to po stokroć lepiej.

Z drugiej strony, system wyborów wydłuża czas, jaki można spędzić z tym tytułem. The Impatient to przygoda na około 3 godziny. Drugie tyle spędzicie na podążaniu alternatywną ścieżką fabularną. Oczywiście o ile będziecie na tyle zainteresowani, by dać szansę tytułowi po raz kolejny. Nie jest to takie pewne, bo docierając do napisów końcowych czułem się mocno rozczarowany. Gra zapowiadała się świetnie, ale z każdym kolejnym kwadransem było coraz gorzej. Produkcja zjeżdżała po równi pochyłej, aż do bardzo nijakiego, mozolnego, przegadanego i pozbawionego emocji finału.

The Impatient zachwycił mnie dwoma elementami. Każdy z nich jest wyjątkowy i oryginalny.

Po pierwsze, gra wspiera sterowanie głosowe. Nie tylko w języku angielskim, ale również polskim. Oznacza to, że rozmawiając z postaciami niezależnymi wystarczy wypowiedzieć kwestię, którą chce się wybrać. System kapitalnie rozpoznaje rodzimą mowę. Testowałem go na wiele sposobów i nigdy mnie nie zawiódł. Z kolei samo wypowiadanie kwestii zadziwiająco zwiększa immersję. Wiąże z bohaterem, a do tego nadaje filmowej otoczki doświadczeniu. Wyjątkowa sprawa.

Drugi świetny patent to sytuacja, w której gra zmusza do pozostania w całkowitym bezruchu. Mając na głowie hełm wirtualnej rzeczywistości, wcale nie jest to takie proste. PSVR wychwytuje nawet najdrobniejsze przechylenia głowy. Wyobraźcie więc sobie, że chowacie się przed wendingo. Bestia węszy zaraz obok was, a wy musicie stać jak słup soli. Nie drgnąć nawet o jotę. Rewelacyjne, naprawdę emocjonujące przeżycie. Czegoś takiego nie doświadczycie gapiąc się na ekran TV. Tym bardziej szkoda, że budująca grozę scena pojawia się w grze… zaledwie raz.

Największe zalety:

  • Sterowanie głosem
  • Zastyganie w bezruchu

Największe wady:

  • Mozolne, fatalne sterowanie
  • Kiepska narracja
  • Nie straszy
  • Nudny symulator chodzenia
  • Idiotyczne alternatywne decyzje

The Impatient to zmarnowany potencjał. No i kolejny dowód na to, że producenci gier wideo wciąż nie potrafią w pełni wykorzystać potencjału, jaki drzemie w wirtualnej rzeczywistości. Jeżeli macie ochotę na horror w VR, Resident Evil 7 wciąż jest niepokonany. Produkcja Sony ląduje z kolei gdzieś w środku stawki wszystkich gier na PSVR, co nie jest przesadnym osiągnięciem. Mogło być znacznie, znacznie lepiej.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst