Tech  / Felieton

Vectro, mam cię już dość. Odchodzę

437 interakcji
dołącz do dyskusji

Długo dusiłem w sobie chęć do napisania tego tekstu i długo argumentowałem jego niepisanie dziennikarską rzetelnością tudzież – po prostu – dobrym wychowaniem. Dłużej jednak nie mogę. Sorry, Vectro, ale przeklinam każdy dzień, odkąd jestem twoim klientem. Ale to się wkrótce zmieni.

O problemach z Vectrą pisać można długie opowieści. Fora internetowe i grupki na Facebooku to niewyczerpane źródło inspiracji, a posty na fanpage’u operatora to istny festiwal ustykiwań, narzekań i – kolokwialnie mówiąc - rasowego wkurwu (rzecz jasna regularnie czyszczonego przez adminów).

Sam związałem się z tym konkretnym dostawcą usług z jednego tylko powodu – nie miałem wyboru. Prawo spółdzielni mieszkaniowej jest takie, że sama sobie wybiera, z którym operatorem współpracuje i pech chciał, że w moim bloku opcja była tylko jedna.

Co z LTE, zapytacie? Cóż, z racji wykonywanych przeze mnie i małżonkę zawodów żaden telekom nie był w stanie zaoferować pakietu, który wytrzymałby nasze zużycie, nie ograniczając go dotkliwym lejkiem. Stanęło więc na Vectrze.

Postawiłem na najdroższy pakiet samego internetu, 150 mbps, 65 zł miesięcznie. Oferta cenowo dobra, prędkość niczego sobie, wszystko wydawało się w porządku. Niestety, już pierwsze tygodnie pokazały, że teoria niewiele ma wspólnego z praktyką.

I tak już od dwóch lat średnio co drugi dzień borykam się z krótszą przerwą w dostawie internetu, a raz na dwa-trzy miesiące z poważną awarią, która skutecznie utrudnia mi i żonie pracę przez okres od kilku godzin, do kilku dni.

Kiedy dodamy do tego jeszcze fakt, że Wi-Fi w moim bloku działa dość kapryśnie (więc obydwa komputery stacjonarne łączę z modemem przez kabel), łatwo sobie wyobrazić, dlaczego od dwóch lat nie ma dnia, żebym nie przeklinał Vectry.

W końcu pojawiło się światełko w tunelu – FTTH od Orange.

Kilka dni temu na klatce w bloku dwaj panowie przyszli sobie powiercić. Akurat w momencie, gdy rozstawiłem całą aparaturę do nagrywania Spider’s Web TV. Wiercenie trwało i trwało, więc w końcu wyszedłem na korytarz i uprzejmie spytałem, czy długo to jeszcze potrwa i co to w ogóle za odwierty.

Cała frustracja ustąpiła momentalnie, gdy tylko się dowiedziałem, że panowie przyszli puścić pion światłowodu w moim bloku. Jedną wizytę w salonie Orange później dowiedziałem się, że już za miesiąc mogę przyłączyć FTTH do swojego mieszkania i płacąc tyle samo, co za mizerne 150 mbps w Vectrze, otrzymać czterokrotność tej prędkości.

I to gwarantowaną (bo w Vectrze 150 mbps na papierze zwykle przekłada się na max. 70-80 w modemie. Po kablu).

Nie musiałem się długo zastanawiać. Pojechałem tylko jeszcze do oddziału Vectry, aby dowiedzieć się, ile będę musiał tym szarlatanom zapłacić za przedwczesne rozwiązanie umowy.

I tu dochodzimy do momentu, w którym przelała się czara goryczy.

Do końca mojej umowy z Vectrą pozostało jeszcze niespełna pół roku, więc spodziewałem się, że podobnie jak w całym cywilizowanym świecie zapłacę mniej więcej równowartość pozostałego abonamentu w formie kary umownej. Jakże się myliłem!

Przyznaję, nie zweryfikowałem wcześniej tego zapisu w umowie, więc nie mam prawa być oburzonym, ale i tak zdumiało mnie, kiedy pani przy kontuarze wyliczyła mi kwotę niemal dwukrotnie wyższą od wysokości pozostałego zobowiązania.

Już byłem gotów wstać i podziękować; podjąłem szybką decyzję, że bardziej opłaca mi się nie zrywać umowy i zagryźć zęby na kilka miesięcy, niż płacić karę. Ale wtedy miła pani zapytała mnie o powód chęci zerwania umowy. I na domiar złego pech chciał, że przy stoliku obok to samo pytanie starszej osobie zadała druga ekspedientka, a owa starsza osoba również chciała zerwać umowę z powodu światłowodu Orange.

Słysząc, jak obydwie panie próbowały zatrzymać klientów przy usługach Vectry, po prostu we mnie zawrzało.

Droga Vectro – zapoznaj swoich pracowników z terminem FTTH. A może raczej - nie każ im kłamać.

Ekspedientki nachyliły się poufnie, szczególnie ta obsługująca starszego pana przy stoliku obok. „Ale wie pan, że z tym światłowodem to nie jest tak pięknie, jak oni to reklamują?” – usłyszałem z obydwu stron.

Złożyłem ramiona (spodziewałem się takiej próby) i czekałem, jakimi argumentami uderzą we mnie bez wątpienia przygotowani uprzednio na takie sytuacje pracownicy. Ciąg dalszy zwalił mnie z nóg.

„Bo ten światłowód, wie pan, to tylko do klatki dostarczają, tak samo jak my. A potem do domu to już idzie zwykły kabel telefoniczny i to gorszej jakości, niż ten u nas”. Mało tego, „w dodatku ci z Orange to tak robią, że po kilku tygodniach są problemy. Niech pan na internecie poczyta, to pan zobaczy, jak ludzie z miasta się skarżą”.

Dla mnie był to koniec rozmowy.

Niezbyt uprzejmie przerwałem obsługującej mnie ekspedientce, a jednocześnie jednym uchem łowiłem, jaki dalszy kit wciska pani obok człowiekowi, który ze względu na wiek pewnie nigdy nawet nie słyszał terminu FTTH, a światłowód kojarzy raczej z czasów Neostrady.

Bogu ducha winnej kobiecie przede mną powiedziałem wprost, że rozumiem, że taka praca, że muszą zatrzymywać klientów. Ale mówienie nieświadomym ludziom prosto w twarz takich kłamstw technologicznych zakrawa o działanie na szkodę konkurencji.

Pracownicy oddziału nie dość, że celowo wprowadzali w błąd klientów, źle tłumacząc im, czym jest FTTH, to jeszcze kłamali odnośnie rzekomej jakości usługi w mieście, w którym owa usługa… jeszcze nie jest aktywna!

Skąd wiem, że to celowe działanie, a nie nieświadomość technologiczna samych pracowników? Ano stąd, że po dłuższej wymianie zdań pani przede mną w końcu przyznała, że wie, że światłowód Orange doprowadzony jest bezpośrednio do mieszkania. Ale nawet wtedy dzielnie próbowała atakować: „tylko że wie pan, że ten światłowód to nie jest bezpieczna instalacja, i w razie…”.

W tym momencie przerwałem, wstałem od stolika i wyszedłem.

Usłyszałem dość, żeby bez najmniejszego wahania wrócić do salonu Orange i poprosić o kontakt, gdy tylko będę mógł podłączyć się do ich usługi.

Pozyskiwanie klienta przez oczernianie konkurencji to droga donikąd. Zwłaszcza gdy jest się na przegranej pozycji.

Vectra dobrze wie, że w kwestii internetu nie jest w stanie rywalizować z Orange. Domyślam się, że podobnych rozmów pracownicy oddziału w moim mieście przeprowadzą w najbliższych tygodniach setki, bo FTTH trafiło do wszystkich bloków największej spółdzielni mieszkaniowej.

I co, każdy klient zostanie podobnie oszukany? I ilu da się nabrać na tę bajeczkę o wadliwych kablach koncentrycznych i skargach mieszkańców? Niestety, pewnie wielu, szczególnie tych mniej świadomych technologicznie.

Rozumiem, że operator w obliczu zagrożenia musi walczyć z konkurencją, by zatrzymać klientów. Ma jednak na tyle bogaty arsenał, że nie musi instruować pracowników, by uciekali się do kłamstwa. Z chęcią wysłuchałbym argumentów, gdyby obsługa zaproponowała mi np. korzystniejszą ofertę. Albo połączenie kilku ofert (np. telewizja + internet) w lepszej cenie, niż to, co proponuje konkurencja.

A tutaj nie byłoby trudno wygrać, bo o ile FTTH w Orange kosztuje śmiesznie niskie pieniądze (nawet uwzględniając fakt, że 600 mbps po roku to wydatek rzędu 99 zł miesięcznie), tak usługi telewizyjne nadal bardziej opłacają się w Vectrze.

Ale nie! Usługodawca postawił na najbardziej obrzydliwą z praktyk biznesowych, odwodząc od zmiany operatora nie swoimi walorami, lecz wciskając klientom kit o wyimaginowanych wadach rywala.

Droga Vectro, tak się po prostu nie robi.

I nawet nie wiecie, jak dobrze dobrze mi dziś ze świadomością, że już za kilka tygodni nie będę musiał mieć z wami nic do czynienia.

Orange też ma swoje za skórą i nie łudzę się, że światłowód będzie kompletnie bezproblemowy – bo nic w świecie technologii takie nie jest (nie, sprzęty Apple też nie).

Mając jednak do wyboru pomarańczowego operatora i niedziałającą, nieopłacalną, a do tego kłamliwą Vectrę… decyzja może być tylko jedna.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst