Social media  / Felieton

Jeśli zadajesz sobie pytanie, czy konto Premier na Snapchacie ma sens, to już przegrałeś

W listach pytacie mnie, czy warto inwestować w reklamę w sieci. Andrzej Duda rok temu postawił na ten kanał komunikacji, a dziś jest Prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej. 

Internet to jest jednak machina. Wprawdzie Kominek wciąż jest o wiele mniej rozpoznawalny, niż na przykład Hanka Mostowiak (i to pomimo tego, że jest postacią fikcyjną i ponad 4 lata temu powiększyła grono kartonów), a zasięg prasy, radia czy przede wszystkim telewizji jest notorycznie błędnie bagatelizowany przez wszystkich - jak na ironię - internetowych medioznawców. Ale co do jednego raczej nie ma złudzeń - ciężar medialnej debaty przenosi się do sieci, szczególnie w odniesieniu do najmłodszych. Dlatego im szybciej politycy zrozumieją media społecznościowe, tym lepiej dla nich. Przy czym ich doradcy muszą mieć świadomość, że poza internetem też jest życie. Ci młodsi stażem trochę o tym zapominają, a to też bywa zgubne.

Gdyby nie internet: media społecznościowe, armie płatnych trolli po jednej i drugiej stronie, scena polityczna po 2015 roku wyglądałaby zupełnie inaczej. Mniej rewolucyjnie, to na pewno. Być może PiS doszedłby do władzy, ale nie sam. Grunt pod te wybory budowano w sieci już od kilku dobrych lat. Niekoniecznie możliwe stałoby się wypchnięcie z parlamentu SLD, mniej prawdopodobne wydają się też relatywnie dobre wyniki Kukiza, Nowoczesnej czy Razem, a więc ruchów i partii, których forma komunikacji trafiała do młodzieży.

Kiedy w jednym z moich ulubionych seriali Frank Underwood chciał przeforsować ustawę edukacyjną najpierw sprzedał jej ideę prasie, a dopiero potem w ogóle zaczął nad nią pracować, znajdując wykonawców. Podobnie wyglądają w mojej ocenie współczesne media. Dyskurs polityczny bierze dziś swój początek w sieci, ale potem to telewizja go opiniuje nadając - lub nie - klauzule wykonalności. Kim był Adrian Zandberg zanim wziął udział w telewizyjnej debacie? Współwłaścicielem fanpage'a ze śmiesznymi obrazkami na temat gospodarki. Janusz Korwin-Mikke to w internecie marka silna niczym sam Wardęga, a jednak od lat nie jest w stanie przekroczyć progu wyborczego. W telewizji jest rzadko, a gdy jest, to jawi się tam chaotycznie, emocjonalnie i nie są to zbyt dobre wystąpienia, przez nieprzychylnych oponentów sprowadzone zresztą do różnej maści gwałtów i hitleryzmów.

Z drugiej strony, gdyby Korwina nie było w internecie, pałętałby się ze swoim poparciem gdzieś w okolicach (aj waj!) Leszka Bubla. Andrzej Duda rozgrywał swoje debaty w telewizji. Ale to internet mówił nam czy je wygrał czy przegrał. Kto głośniej krzyczał, ten miał rację. SLD i Platforma Obywatelska zupełnie się w sieci pogubiły, więcej świeżości mieli w internecie nawet w odległym 2007 roku. Zupełnie nie dziwi zatem widok geriatrycznych krajobrazów z antyrządowych manifestacji. Opozycja ma rozumy dorosłych ludzi, ale obecna ekipa rządząca już od kilku lat walczy o najmłodszych... dusze.

A przecież mówimy o partii, która przez lata uchodziła w Polsce za symbol "przypału". Nie dziś. Dziś to młodzi wyznaczają trendy, Andrzej Duda to niemal serialowa postać bliska ideału: staje tam gdzie się staje,  siada tam gdzie się siada, zaś Grzegorz Schetyna i Ewa Kopacz to odpustowi bohaterowie lokalnego bazaru. A Jarosław Kaczyński? My, młodzi, nastoletni. Nie wszyscy go rozumiemy, nie wszyscy za nim przepadamy, jest trochę dziwny, ale przecież tacy są właśnie superbohaterowie. Jak Batman, który na uboczu czeka, by nocą znów uratować miasto. Jakby ktoś mi to powiedział jeszcze 5 lat temu - popukałbym się w czoło.

Ale tak właśnie działa budowanie marki, w sieci i poza nią. To perspektywa długoterminowa. To nie jest zresztą tak, że genialny spin doctor PiS zarządził "Teraz Kochajmy Młodzież", ale jego zasługi są i tak wystarczająco duże, ponieważ dostrzegł tradycyjną dla młodych potrzebę buntu. A teraz zdecydowano się inwestować w przyszłość jeszcze bardziej odległą, bo z reguły nie posiadającą jeszcze praw wyborczych. W Snapchata. Mam 27 lat i czuję się na Snapchata zbyt stary, moi rówieśnicy nawet nie wiedzą co to jest ten Snapchat.

Jest jeszcze jedna ważna rzecz, która na dodatek będzie zyskiwała na znaczeniu w nadchodzących latach. Na wyborach nie decydują osoby, które śledzą z uwagą TVN24 czy TV Republika - to jest elita tego kraju, margines. Do decydującej grupy wyborców docierają przetworzone strzępki informacji: a to ktoś powiedział, że naprawi zrujnowaną Polskę i zabierze 500 złotych miesięcznie złodziejom wspierając polskie dzieci, a to z kolei ktoś tam kazał komuś zjeść własną siostrę (mniejsza o to jak było, demotywatory już wystartowały do wyścigu). Innymi słowy - decydują migawki, opinie kręgów znajomych, memy zamiast wykresów.

Czy Snapchat, w którym brakuje czasu nawet na chwilę zadumy, nie jest aby idealnym miejscem dla polityków?

Mogę się oczywiście mylić, cały artykuł to tylko chaotyczna zbieranina prywatnych odczuć, ale wydaje mi się, że w takim na przykład 2006 roku większy od internetu wpływ na debatę polityczną w kraju miał program Szkło Kontaktowe. Jeszcze w wyborach 2015, wbrew sukcesowi odtrąbionemu przez twitterowych spin-doktorów, przewaga była po stronie klasycznych mediów. Rewolucja zaczęła się zresztą na papierowych kartach Wprostu. Ta tendencja nie będzie jednak trwała wiecznie, elektoraty starzeją się, a potem umierają. 2019 będzie pierwszym prawdziwym rokiem - dopiero - równowagi pod względem siły oddziaływania starych i nowych mediów, a 2023... Ach, nie wybiegajmy tak daleko w przyszłość, do 2023 i tak wszystko już pierdzielnie.

Odnosząc się do pytania postawionego na początku wpisu - czy warto inwestować w reklamę, obecność w internecie? Niestety, samo zadawanie tego pytania świadczy o tym, że już jesteśmy kilka tygodni do tyłu. Nie warto - trzeba. To kwestia przetrwania. Nic więc dziwnego, że pani Premier Beata Szydło musiała się w końcu pojawić na tym kanale.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst