RTV  / Felieton

House of Cards dojrzewa. To moment, w którym serial na pewno straci wielu fanów

102 interakcji
dołącz do dyskusji

“Dla pożądających władzy nie istnieje droga pośrednia między szczytem a przepaścią.” Frank i Claire Underwood są uosobieniem słów Tacyta. Wygrywasz albo przegrywasz, zostawiasz coś po sobie albo odchodzisz w zapomnienie - a zapomnienie i hańba to największy strach pary prezydenckiej z piekła rodem.

Czwarty sezon House of Cards miał premierę niedawno, także na polskim Netfliksie. Tak, obejrzałam. Jest to sezon lepszy niż trzeci, ale nie tak zaskakujący i wciągający jak pierwszy i drugi. Głównie dlatego, że Underwoodowie odkryli przed widzami wszystkie karty i nie mogą, po prostu nie mogą już nikogo zszokować. Wiemy, do czego najpotężniejsze małżeństwo jest zdolne, a jest zdolne dosłownie do wszystkiego.

Miłość?
Miłość?

Jednak jest to dobry sezon, bo znamy już charaktery, znamy motywację i bohaterowie są nam po prostu bliżsi. Nie oznacza to, że lubimy ich bardziej, wręcz odwrotnie. Obserwując parę obrzydliwych ludzi próbujemy ich usprawiedliwiać, próbujemy ich polubić, próbujemy im nawet kibicować, jednak jest to po prostu niemożliwe. Frank i Claire Underwood to zło wcielone, wszystko co jest złe z polityką, z ludzką zdolnością do dopasowania się do gry a nie ustalania jej warunków.

House of Cards to mroczne spojrzenie w politykę, ale i w naszą własną głupotę.

Nie chcę zdradzać zbyt dużo, bo większość z was jeszcze nie miała okazji obejrzeć nowego sezonu. Ostrzegam jednak - sezon czwarty ogląda się całkiem inaczej, już bez tej ekscytacji. Zwroty akcji nie zaskakują tak jak wcześniej, nie zaskakują okropności, ale to dobrze. Dzięki temu twórcy mogli otrzeć się o tematy uniwersalne i te aktualniejsze. House of Cards jest trochę jak lustro, które odbija amerykańską rzeczywistość polityczną, korupcję, oderwanie od ludzi, usilne starania o dojście a potem utrzymanie się u władzy i całkowitą ignorancję działania dla dobra narodu.

Czwarty sezon House of Cards obraca się wokół walki o nominację na kandydata na prezydenta z ramienia partii demokratycznej oraz na walce z republikańskim przeciwnikiem, młodym Conwayem. Conway jest świeży, wydaje się być idealistą, ma piękną żonę, dwójkę cudownych dzieci i uczy się gry w politykę. Para Conwayów wydaje się niemal całkowitym przeciwieństwem Underwoodów - szczęśliwi, spełnieni, otwarci na nowe media i ludzi. Szybko jednak okazuje się, że polityka to polityka i nie ma tu miejsca na ideały, a Conwayowie to Underwoodowie 20 lat wcześniej.

Szczęście?
Szczęście?

Obserwujemy rozgrywki polityczne, ale widzimy też analizę skomplikowanego związku Franka z Claire w obliczu zakusów Claire do zdobycia władzy, z czy bez błogosławieństwa męża. Claire jest jedyną osobą, która rozumie Franka i która jest silniejsza od niego. O wiele silniejsza.

Jest też wątek zamykającej się pułapki, w którą Underwoodowie prędzej czy później muszą wpaść. To w postaci dziennikarza Toma Hammerschmidta tkwi dobro, to on równoważy ciężar całego serialu i mroku, i to jemu - nie Underwoodom - każdy przyzwoity widz powinien kibicować. Mam jednak poczucie, że wciąż wiele osób będzie wielbiło Underwooda, co jest chyba doskonałym obrazem tego, dlaczego politycznie świat wygląda jak wygląda.

Wiem, że czwarty sezon House of Card zbierze przeróżne recenzje, w tym także mocno krytyczne. Jednak w tym momencie House of Cards w swojej głębi i umiejętności przedstawienia odwiecznej rozgrywki dobra ze złem, w ujęciu zbrodni i kary, bliżej do Breaking Bad niż czegokolwiek innego. To na podstawie uniwersalnych, odwiecznych motywów budowana jest narracja analizująca człowieka i drobniejszych rzeczy.

Claire: I’m done trying to win over people’s hearts.

Frank: Let’s attack their hearts.

Claire: We can work with fear.

Frank: Yes, we can.

Nie byłam wielką fanką House of Cards, bo pierwsze dwa sezony były pełne celowych cliffhangerów, nieoczekiwanych zwrotów akcji i przewidziane były na proste szokowanie. Teraz jednak House of Cards dojrzewa - na pewno straci fanów, którzy uwielbiali te proste emocje i zwroty, to nieuniknione. Skonfrontuje też wielbicieli mordercy Underwooda z ich własnym mrokiem i zada pytanie o to, co jest nie tak z ich poczuciem moralności.

Jednak to nieistotne: House of Cards z czwartym sezonem wszedł do kanonu seriali uniwersalnych, niemal literackich, opowiadających o podstawach bycia człowiekiem, o walce dobra i zła w nas samych.

A finał… Cóż, musicie dotrwać do finału. Tak kontroluje się masy. Tak kontroluje się nas.

Czwarty sezon House of Cards to najlepszy sezon tego serialu.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst