Tech  / Felieton

Połączenie Spotify z iTunes, ale dla prasy, czyli pomysłowa alternatywa dla paywalla. Tak działa Blendle

Prasa drukowana nie potrafi sobie znaleźć miejsca w Internecie. Pomijając nieliczne wyjątki, jedynym, co wydawnictwa prasowe potrafią zaoferować czytelnikowi to e-magazyny i paywalle, a te nie dość, że są nieprzyjazne użytkownikom, to jeszcze nie przynoszą dostatecznych zysków. Patrzę więc na startup Blendle i zastanawiam się… czy to może być rozwiązanie?

Holenderski startup z powodzeniem od trzech lat rewolucjonizuje lokalny rynek prasy, a od zeszłego roku rozpoczął swoją działalność na terenie Niemiec. Niebawem możemy się też spodziewać jego debiutu w Stanach Zjednoczonych, a to oznacza, że dla Blendle otwiera się gigantyczny rynek, gdyż prasę amerykańską czytują ludzie z całego świata.

No dobrze, ale… czym w zasadzie jest Blendle?

Z braku lepszego pomysłu mogę przyrównać Blendle do serwisu streamingowego, tyle że dla artykułów prasowych. Choć może bardziej adekwatne byłoby przyrównanie go do VoD lub nawet iTunes'a, gdzie płacimy za dostęp do konkretnych filmów. W Blendle znajdziemy artykuły pochodzące od różnych wydawców i to jest główny wyróżnik startupu na tle istniejących paywallów i e-wydań. Za paywallem wydawcy, mamy tylko treści jednego, konkretnego wydawcy. Kupując subskrypcję na e-wydanie, kupujemy dostęp do konkretnie przygotowanego magazynu i płacimy za jego całość, nawet jeśli np. interesuje nas tylko jeden artykuł. Jest to znacząca przewaga nad abonamentem, choć twórcy startupu nie wykluczają, że z biegiem czasu ich model zarobkowy może się przesunąć w stronę abonamentu.

W Blendle dostępne są treści z różnych magazynów, a płacimy tylko za te artykuły, które chcemy przeczytać. W praktyce więc przeglądamy ofertę rozlicznych publikacji i samy wybieramy to, co nas interesuje. Czyli wygląda to dokładnie tak, jak w przypadku poszukiwania treści w Internecie. Z tym wyjątkiem, że w Blendle możemy też skorzystać z systemu poleceń, przygotowanych przez redaktorów (czy raczej kuratorów treści) startupu, oraz poleceń społeczności użytkowników usługi.

Blendle to startup, który chce zrewolucjonizować prasę

Nie podobało się? Dostaniesz zwrot pieniędzy.

Największym wyróżnikiem Blendle na tle innych usług tego typu czy paywallów jest to, że jeśli jakaś treść nam się nie podobała, to… możemy zażądać natychmiastowego zwrotu pieniędzy. Oczywiście nie jest to nieograniczone i zwrot możemy otrzymać tylko tyle razy, na ile pozwala na to regulamin, jednak jak mówią twórcy, sam fakt, iż można otrzymać zwrot, sprawia, że - paradoksalnie - więcej osób jest chętnych płacić za treść.

Obserwując lokalny rynek Holendrzy zauważyli, iż model ten działa, bo zwrotów jest bardzo niewiele, a jeśli się zdarzają, to w znakomitej większości dotyczą śmieciowej treści i chamskich clickbaitów. To znaczy, że tabloidy w tej usłudze długo nie pociągną.

Ten model biznesowy okazuje się być skuteczny.

Na tyle skuteczny, że w 2014 roku w Blendle zainwestowały dwa potężne podmioty - WELT Digital (część grupy Axel Springer), co zaowocowało wprowadzeniem usługi do Niemiec, oraz New York Times, którego 3,8 mln. dol. wsparcia doprowadziło do tego, iż niebawem Blendle pojawi się właśnie w Stanach Zjednoczonych.

Dopiero pojawienie się na tak ogromnym rynku będzie prawdziwym sprawdzianem dla usługi, która jak dotąd sprawdziła się w miejscach, gdzie rynek wydawniczy nie jest przesadnie bogaty. W wywiadzie dla Business Insider, Alexander Klopping, twórca usługi, przyznał, iż Blendle idealnie sprawdza się w sytuacji, gdy dostępne są w nim treści kilkudziesięciu wydawców. Rynek amerykański będzie natomiast wyzwaniem, gdyż mowa tam o tysiącach publikacji. O ile oczywiście wydawcy będą skłonni przystąpić do usługi, bo o tym, ilu faktycznie zdecydowało się na współpracę, na razie nie wiemy nic.

Patrząc jednak na przykład Holandii - na marzec 2015 z Blendle korzystało 200 000 osób, z czego 20% to regularnie płacący użytkownicy. Może nie jest to oszałamiający sukces, ale przede wszystkim, Blendle to bardzo młoda usługa, która nie jest jeszcze rozpoznawalna, a po drugie i ważniejsze - to jednak pokazuje, że tkwi w niej potencjał.

Tak wygląda Blendle na iPhonie

Blendle może przemówić także do polskiego użytkownika. Ale może też okazać się totalną klapą.

Dla Polaków, którzy reagują niebywale alergicznie na reklamy, z pewnością przemówi fakt, iż w Blendle reklam po prostu nie ma. Zyski czerpane są z użytkowników płacących za treść, a jak pokazał nam przykład paywallu Wyborczej, Polaka można przekonać do płacenia z treść. A jeśli by dać Polakowi wybór, zgromadzić wszystkie treści w jednym miejscu i żądać skromnej opłaty za pojedyncze artykuły, to taki plan w teorii ma szansę wypalić.

Dlaczego tylko w teorii? Bo wszystko rozbija się tutaj o to, że Blendle będzie musiał przekonać do siebie nie tylko czytelników, ale także wydawców. A potem ich jeszcze przy sobie zatrzymać.

Wyborcza ma 77 tys. płacących subskrybentów, a cały zysk trafia w tej chwili do Agory, czyli wydawcy gazety. Wyobraźmy sobie, że do gry wchodzi Blendle, który też przyciąga 77 tys. użytkowników, ale zyski ze sprzedaży dzielone są między x wydawców - nie będzie nic dziwnego w tym, że wydawcy zaczną się w końcu wykruszać, a to z kolei spowoduje efekt domina. Bo skoro będzie mniej wydawców, będzie też mniej treści. A skoro mniej treści, to i mniej użytkowników. I koło się zamyka.

Z jednej strony chciałbym entuzjastycznie przyklasnąć “streamingowi” artykułów, ale wcale nie jestem do końca przekonany, czy to na pewno jest przyszłość e-gazet. Tak jak nie mamy wątpliwości, że przyszłością muzyki i wideo są serwisy takie jak Spotify i Netflix, tak w przypadku gazety trudno wyobrazić sobie płacące za treść miliony, skoro wcale nie gorszy wybór artykułów mogą mieć za pół-darmo lub za darmo w innych agregatach treści.

Największym problemem Blendle, opuszczając lokalny rynek, będzie zawalczenie z takimi gigantami jak Apple News czy Kiosk Google Play. I fakt, może nie oferują one tak drobiazgowo opracowanego systemu mikropłatności za artykuły i możemy natrafić w nich na nieintruzywne reklamy, ale… czy to naprawdę takie straszne? Obawiam się, że dla większości użytkowników nie. Płatny “streaming” artykułów, pomimo wielu zalet i agregowania wszystkich wydawnictw w jednym miejscu, ma tę wadę, że nie oferuje dostatecznie dużo, by stać się realną alternatywną darmowych agregatów treści.

A skoro teraz nawet Pocket stał się nie tylko miejscem zapisu artykułów z Internetu, ale także miejscem ich polecania sobie nawzajem, to przed Blendle może stanąć znacznie trudniejsze wyzwanie, niż twórcy dotychczas sobie wyobrażali.

O tym jednak przekonamy się dopiero wtedy, gdy Blendle wystartuje na wymagającym, amerykańskim rynku i zacznie (lub nie) przyciągać pierwszych użytkowników. Sam zapisałem się już na newsletter firmy, żeby wiedzieć, kiedy usługa wystartuje. Chcę się na własne oczy przekonać, czy płatny streaming (który na razie wciąż nieco bardziej przypomina iTunes) faktycznie jest w stanie zmienić rynek prasy w taki sam sposób, w jaki zmienił rynek muzyczny i filmowy.

Im dłużej o tym myślę, tym mniej jestem przekonany.

Czytaj również:

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst