Social media  / Artykuł

Celebrycki social – nowy, agresywny fenomen

Autorem tekstu jest Marcin Świerczek.

"To nie wydarzyłoby się 5 lub 10 lat temu. Wtedy nie było Twittera, Facebooka i podobnych rzeczy, teraz są, więc ludzie doskonale wiedzą, gdzie jesteś" – tymi słowami Paris Hilton skomentowała niedawno serię włamań do jej domu, do których doszło w roku 2008 i 2009. Historię młodocianego gangu, który rabował domy hollywoodzkich celebrytów w swoim najnowszym filmie przybliża Sofia Coppola. "Bling Ring", od przeszło dwóch tygodni można oglądać w polskich kinach i jest to doskonały obraz tego, jak nowe technologie nieodwracalnie zmieniły reguły działania show-biznesu.

Algorytm, według którego funkcjonowała szajka nieletnich włamywaczy był  prosty. Kompletnie nieedukacyjnie pomyślałem nawet, że  gdybym miał 15 lat i żył w LA, to sam bym się skusił. Pod warunkiem oczywiście, że miałbym dostatecznie dużo tupetu i brawury. Ale pewnie bym spróbował, choćby po to, żeby mieć potem satysfakcję z tego, że kilku celebrytów cieszących się półboską pozycją dało się wykiwać smarkaczowi. W roku 2008 grupa nastolatków z aspiracjami do wdarcia się do celebryckiej kasty dla zwykłego żartu postanowiła wygooglać dom Paris Hilton. Okazało się, że adres bez problemu znaleźli w Google Maps, dzięki Facebookowi i plotkarskim portalom wiedzieli, że słynna blondynka przebywa za miastem, wykorzystali okazję i złożyli wizytę. Ten sam scenariusz powtórzył się jeszcze kilka razy, nie tylko u dziedziczki hotelarskiej fortuny. Przez kilka miesięcy paczka okradła domy takich gwiazd jak: Miranda Kerr, Orlando Bloom, Lindsay Lohan, Audrina Patridge i Megan Fox. Wartość wyniesionych przedmiotów i skradzionej gotówki ostatecznie wyniosła 3 mln dolarów.

Dzieciaki wpadły, bo zgubiła je ta sama niedyskrecja co ich ofiary.

Rozpowiadały wśród swoich znajomych, że imprezowały w domach gwiazd, udostępniały na Facebooku zdjęcia, na których pozowały ze skradzionym przedmiotami. Część z nich została skazana, paradoksalnie jedna z członkiń gangu wyrok odsiedziała na tym samym więziennym bloku i w tym samym czasie, co jedna z jej ofiar – Lindsay Lohan, wówczas przyskrzyniona za jeden ze swoich pijackich wybryków. Inni członkowie grupy po odbębnieniu za kratkami swojego, bardzo szybko zyskali status internetowych mikrocelebrytów. W obrazie Coppoli jeden ze złodziejaszków wprost przyznaje, że gdy sprawa wypłynęła, dostawał masowo zaproszenia do znajomych na Facebooku, od ludzi których w ogóle nie znał. Swoich rówieśników. Wszystkie akceptował, bo widziałem w zamieszaniu wokół siebie iskrę celebryckiego blichtru. Był gwiazdą. Znaną z okradania znanych, którzy częstokroć byli znani… tak naprawdę z niczego. Ostatecznie niewiarygodna historia młodych rabusiów finał znalazła właśnie w filmie Coppoli. Tak to więc show-biznes złapał swój ogon. Gwiazdy padły ofiarą cwanej gówniarzerii, fanów, których wychowali na własnym gwiazdorskim łonie, częściowo za pośrednictwem nowych mediów. Sieć sama w sobie stała się też narzędziem zbrodni – wiadomo bowiem, że okazja czyni złodzieja.

Trudno więc nie zgodzić się ze słowami Hilton – gdyby era social mediów nie nadeszła, ona pewnie nie zostałaby okradziona. Przynajmniej nie w tak arogancki sposób. Portale społecznościowe na zawsze zmieniły reguły, którymi rządzi się show-biznes, nie tylko kreują nowe gwiazdy i tworzą ułudę bliskości z nimi. Zdaniem wielu niszczą sam celebrycki świat oraz rynek. W sposób dość banalny.

Na Instagramie hashtag #celebsighting na dzień obecny wyrzuca prawie 2 tysiące zdjęć gwiazd zrobionych w najróżniejszych sytuacjach. Wśród najnowszych znajdziecie m.in. fotkę Cameron Diaz cykniętą zza krzaków w nowojorskim parku, R. Kelly'ego na przejściu dla pieszych w Chicago czy chłopców z One Direction w samochodzie w Montrealu. Na pewno fajne to dla wiecznie ciekawskich fanów, bo ci mają cały czas wgląd w życie idoli, nawet w te zakamarki, których tamci woleliby nie ujawniać.

W marcu tego roku, furorę w sieci zrobiło wrzucone na Instagrama i Twittera zdjęcie Beyonce z jej córką Blue Ivy, było to jedno z pierwszych ujęć wokalistki z dzieckiem w miejscu publicznym. Fotkę zrobioną przez zwykła dziewczynę z Brooklynu podłapała agencja Splash News i natychmiast rozdystrybuowała po takich serwisach, jak People.com, NYDailyNews.com i The Huffington Post.

Dla postronnych fakt ten może się wydawać kompletnie nieinteresujący, ale dla członków branży medialnej jest już inaczej. Szczególnie paparazzich, którzy może jeszcze nie teraz, ale już niedługo zyskają status gatunku zagrożonego. Dzięki Instagramowi i takim firmom jak CrowdOptic, które w czasie rzeczywistym przeczesują sieć w poszukiwaniu interesujących materiałów wideo i foto, cały świat stał się wielką agencją fotograficzną. To baza, w której na jedno zawołanie znajdziemy tysiące zdjęć interesującej nas gwiazdy w najbardziej dziwacznych sytuacjach. Świat niemal ogołocony z prywatności. Zdaniem specjalistów cena każdego celebryckiego zdjęcia, która dochodziła niegdyś do trzy- i czterocyfrowych kwot już niedługo poszybuje na łeb, bo po co płacić miliony za ujęcia, które wszyscy widzieli już w socialu?

Można się brzydzić pracą paparazzich,

to zawód dość specyficzny, ale bez niego nasze codzienne obcowanie z show-biznesem, nawet jeśli odbywa się tylko na zasadzie festiwalu żartów, byłoby zdecydowanie mniej sycące. Przewaga fotografów nad amatorami polega nie tylko na lepszym sprzęcie i umiejętnościach, ale też na nietypowej relacji fotograf – gwiazda/menedżer, dzięki której sami, poprzez zdjęcia zyskujemy wejście na czerwone dywany i półoficjalne imprezy. Są wciąż strefy, gdzie wścibski obiektyw smartfonu jeszcze nie dotarł, choć kto wie. Ponoć sukienkę, którą Jennifer Lawerence ubrała na tegoroczne Oscary można było najwcześniej wypatrzyć na Twitterze.

Dzisiaj każdy z nas jest lub powoli staje się paparazzo. Osobiście na pewno nie oparłbym się pokusie zrobienia zdjęcia Zuckerbergowi, gdybym spotkał go w trakcie jego niedawnej wizyty w Warszawie. Taką fotkę na pewno udostępniłbym za pomocą Instagrama, Facebooka i Twittera. Podobnie postąpiłbym pewnie z większością celebrytów, nawet tych mniej chwalebnych, jednoznacznie kojarzonych z gwiazdorskim światkiem.

Taki stan rzeczy wbija mnie jednak w pewien dyskomfort psychiczny. To już nawet nie chodzi o to czy ta konkretna osoba zechciałaby zostać sfotografowana, ani też, czy to w ogóle wypada. Taki zachowanie można jeszcze jakoś uzasadnić biadoleniem na temat statusu osoby publicznej. Mam kłopot, bo po prostu boję się, że takie podejście fanów, wyposażonych w coraz to lepsze aparaty fotograficzne, dostępne od ręki, przypadkiem nie wyeliminuje ostatecznie tej spontaniczności i frajdy wynikającej z kontaktu z uwielbianym celebrytą. W końcu po co robić sobie zdjęcia z fanami, skoro ci zaraz spróbują je sprzedać. Na tej samej zasadzie część przewrażliwionych gwiazd nie daje autografów, bo te zaraz lądują na internetowe aukcje. Może zniszczenie tej delikatnej relacji, to byłaby mała strata, ale na pewno smutna w kontekście idei social media, które w zasadzie to miały nas zbliżać, a nie tworzyć barierę w postaci zoomu.

marcin swierczek

Marcin Świerczek - pracuje w mediach i branży muzycznej. Kiedyś jako redaktor jednego z największych polskich serwisów muzycznych, dziś dziennikarz - hobbysta i bloger. Na co dzień pracownik firmy zajmującej się dystrybucją plików audio i wideo w cyfrze.

* zdjęcie pochodzi z serwisu Shutterstock.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst