1. SPIDER'S WEB
  2. plus
  3. SW+

Dezinformacja od zawsze pisana była cyrylicą. Jak działa machina rosyjskiej propagandy

Rosja ma dekady doświadczeń i profesjonalny aparat zbudowany, by rozsiewać propagandę, tworzyć przyjazne sobie narracje i skłócać przeciwników. Cel jak w rzucaniu talerzem ze spaghetti o ścianę. Nie chodzi o to, by cały makaron się przykleił. Wystarczy, by ściana się wybrudziła.

Rosyjska propaganda. Historia, specyfika, techniki, ludzie

Matrioszki to ręcznie malowane, drewniane, kolorowe laleczki. Puste w środku – jedna chowa się w drugiej. To z jednej strony tradycyjna rosyjska zabawka, a z drugiej najbardziej kiczowaty symbol tego kraju. Taka też jest od dekad rosyjska dezinformacja, przez ekspertów wręcz nazywana mechanizmem matrioszek.

Ten mechanizm to sposób wpływania na ludzi, w którym każda próba zweryfikowania informacji i dotarcia do wiarygodnych źródeł prowadzi do pojawienia się na scenie kolejnej laleczki. Źródła na pierwszy rzut oka dobrego, kolorowego i zupełnie innego niż te poprzednie. Ale jednak pustego w środku i mającego po prostu uprawomocnić treści i dopasować je do konkretnych odbiorców.

Laleczki te drążą, malują i ustawiają na naszych drogach specjaliści od psychologii, kampanii wpływu, wojskowości, historii, mediów, reklamy i internetu. Powiązani ze sobą profesjonalnym aparatem i ze wsparciem ogromnych państwowych funduszy opracowują długotrwałe scenariusze wpływu. Czasem reagują szybko. Wrzucają tysiące tweetów, by za mgłą coraz bardziej kuriozalnych informacji ukryć prawdę. Częściej jednak budują korzystne dla Kremla narracje latami.

Tak zbudowana przez lata taka rosyjska propaganda była niezwykle skuteczna. Nic dziwnego, że jej zmasowanego ataku spodziewaliśmy się wraz z wybuchem wojny w Ukrainie. Zaczął się. I to zaczął na wielu polach.

A Rosja odsłania kolejne i kolejne coraz bardziej kolorowe i zaskakujące laleczki. Choćby takie z wygenerowanymi za pomocą Sztucznej Inteligencji fałszywymi twarzami, które w ramach „operacji ukrytego wpływu” budują wiarygodność fałszywych felietonistów. Idealnie wręcz dopasowanych choćby pod algorytmy Instagrama.

Nie, to nie są fantazje. Taką właśnie całą rodzinę ok. 40 „matrioszek” udających prawdziwych dziennikarzy z Kijowa właśnie namierzyła i zlikwidowała Meta. Jednak pewne jest, że kolejne laleczki już czekają na pomalowanie i uruchomienie.

Wstrzykiwanie narracji

W dniu ataku na Ukrainę Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa przeanalizowała działania ponad 200 profili, które znajdują się na prowadzonej przez ten zespół liście liderów opinii piszących o szczepieniach ochronnych przeciw COVID-19. Okazało się, że co najmniej siedem z nich, mniej lub mocniej związanych treściowo z tzw. Ruchem Narodowym, zaczęło wyrażać sprzeciw wobec pomocy Ukrainie lub wręcz aprobatę działań rosyjskiej armii na Ukrainie.

„Ruchy wykonywane przez publikujących wskazują na próbę instalacji podobnej opinii wśród zdobytych wcześniej odbiorców lub zwiększenie zasięgu poprzez interakcję z publiką o podobnych poglądach. Używany przekaz odnosi się przede wszystkim do podważania istnienia państwowości Ukrainy oraz sprzeciw wobec wsparcia dla narodu Bandery. Pierwszy argument jest zaczerpnięty wprost z narracji rosyjskiej” – czytamy w analizie NASK, do której dotarł SW+.

Wśród tych siedmiu kont – tak ochoczo przestawiających się z krytykowania szczepień na treści wpisujące się w rosyjską narrację – mamy na przykład Mariana Konarskiego. Sam pisze o sobie: „Jestem Polakiem a z tego wynika że mam polskie, NARODOWE obowiązki”. Ma trochę ponad 7 tys. followersów. Jednym z „narodowych obowiązków” jest podawanie dalej tego typu treści:

Motto kolejnej osoby z tej siódemki, niejakiego Rafała brzmi: „Łatwiej jest oszukać człowieka, niż przekonać go, że został oszukany”. Ma ponad 5,7 tys. followersów.

Do niedawna Dumna Foliara Anna teraz już występuje jako Dumna Polka Anna (ponad 6,7 tys. obserwujących) i wrzuca w obieg takie treści: „Jestem zdecydowanie przeciwna wypłacaniu Ukraińcom w PL emerytury z ZUS, 500+, 300+, trzynastki, czternastki, zapewnienia mieszkań socjalnych, 50% ulgi podatku dochodowego na okres 4 lat! Wy bardzo nie chcecie już rządzić @pisorgpl @MorawieckiM Polacy Wam tego nie wybaczą!”.

Katarzyna Sokołowska (4,6 tys. followersów na Twitterze) działa też na kanale YouTube eMisjaTV, który ma już 114 tys. subskrybentów i w którym regularnie występują politycy Konfederacji. Sokołowska zbiera też pieniądze na platformie BanBye na wsparcie swojej „pracy publicystycznej”.

Konto „Alberta Rycharda Official” funkcjonuje z hasztagiem #StopSegregacjiSanitarnej, ale dziś więcej niż o COVID-19 pisze raczej o sytuacji w Ukrainie (pisownia oryginalna – przyp. red.): „Nie opierajcie swojej wiedzy nt sytuacji na Ukrainie na podstawie doniesień medialnych. Kłamią, manipulują i sterują opinią publiczną podobnie do początków pandemii w roku 2020. Nalezy wszystko weryfikować, aby móc powiedzieć co jest tam prawdą”.

Wśród wskazanych w tej analizie kont na Twitterze największe zasięgi ma Piotr Wielgucki, znany gdzieniegdzie jako Matka Kurka (ponad 14 tys. followersów), a najbardziej osławiony procesem o zniesławienie z Jurkiem Owsiakiem.

Nie ma oczywiście jednoznacznych dowodów na to, że te konkretne konta i osoby są świadomie zainspirowane rosyjską dezinformacją. Ale niewątpliwie wpisują się w narracje, które Kreml coraz aktywniej stara się wstrzykiwać do opinii publicznej w ostatnich miesiącach. Czy nawet latach.

Najbardziej widoczna jest następująca migracja między tematyką, w której trolle się wypowiadają: treści antyszczepionkowe -> anty-5G -> anty-COVID -> antyszczepionkowe (tym razem dotyczące konkretnie szczepień na COVID-19) -> antyukraińskie.

EUvsDisinfo, działający przy Komisji Europejskiej zespół ds. walki z propagandą, już na etapie „anty-COVID” ogłaszał, że za działaniami tymi stoją Rosjanie. Jak pisali eksperci, to oni (a także m.in. Chińczycy) dążyli w ten sposób do „podważenia demokratycznej debaty i pogłębiania polaryzacji społecznej oraz poprawy własnego wizerunku w kontekście koronawirusa”. Dziś jednak te same konta prowadzą narrację antyukraińską.

Na zmianę kursu zwrócił uwagę Instytut Badań Internetu i Mediów Społecznościowych. Z opublikowanego w ostatnią środę raportu wynika, że aż 90 proc. kont szerzących obecnie antyukraińskie treści wcześniej było sceptyczne lub wprost negowało szczepienia. Ten łańcuch działa zresztą na całym świecie. Eksperci w Stanach Zjednoczonych także zwracają uwagę, że w ostatnich dniach antyszczepionkowcy stali się za pomocą propagandowej machiny proputinowskiej.

Drugie zjawisko, które obserwowane już było od lat, ale dziś nabiera na znaczeniu, to wykorzystanie w tych działaniach lokalnych prawdziwych osób z zasięgami i wpływami w mediach społecznościowych, czyli influencerów. Niekoniecznie nawet do jednoznacznego krytykowania Ukrainy, ale choćby do wyśmiewania i umniejszania sytuacji.

W Polsce w ostatnich dniach nie brakuje takich przykładów. A to youtuber Nitrozyniak mający na Twitterze przeszło 350 tys. followersów wrzuca zdjęcie nastolatki z komentarzem: „W związku z wojną Rosja-Ukraina przyjme jakąś Ukrainkę tego typu do siebie by pomóc przetrwac jej ciężki okres na uchodźctwie” (po krytyce tego tweeta skasował go i teraz już wzywa do pomocy, ma niebiesko-żółte serduszka w opisie profilu). A to inny youtuber prowadzący kanał Wideoprezentacje znany jako Ator (na kanale na YT ma blisko 600 tys. subskrypcji) podkręca emocje nagraniami z tytułami w stylu „500+ dla uchodźców i druga linia frontu w Polsce” – oczywiście pisanymi wielkimi, żółtymi przyciągającymi uwagę literami.

Grzegorz Braun, poseł Konfederacji. Fot. Sejm RP

Choć oczywiście najwyraźniejsze stały się pod tym kątem opinie polityków, którzy od lat utrzymywali bliskie związki z Rosją. Na czele z posłem Konfederacji Grzegorzem Braunem. W trakcie pandemii dał się poznać jako jeden z najbardziej zatwardziałych antyszczepionkowców. Od jakiegoś czasu jednak bardziej niż obostrzeniami zajmuje się wojną: krytykuje pomoc Polski Ukraińcom, straszy falą emigrantów, a ich przyjmowanie nazywa „traktowaniem Ukraińców lepiej niż Polaków”.

Braunowi zdarza występować się we wspomnianym kanale eMisjaTv na YouTube. W trakcie pandemii w programach krytykowano obostrzenia. Obecnie tematyka skupia się na wojnie w Ukrainie. Prowadzący ten kanał Piotr Korczarowski w dniu inwazji Rosji nagrał emocjonalny film, w którym używa argumentacji związanej z Wołyniem i banderowcami. A to jedne z najmocniej podbijanych dziś przez Kreml antyukraińskich narracji.

Podobny dyskurs prowadzony jest w też w często prywatnych grupach, choćby tych na Facebooku. – Mamy w polskojęzycznym internecie szereg profili, grup, fanpage’ów, które są ukierunkowane na polaryzację dyskursu, informowanie o szokujących info, wzbudzanie debaty. Często są to grupy polityczne o określonej ideologii. Te audytoria są łatwe do manipulowania – mówi nam Paweł Terpiłowski, redaktor naczelny organizacji fact-checingowej Demagog.

By lepiej zrozumieć, z jak bardzo przemyślaną strategią mamy do czynienia, warto poznać jej korzenie i konkretne mechanizmy, którymi operuje.

Dezinformacja po rosyjsku

Już samo słowo dezinformacja mówi wiele o tym, z czym mamy do czynienia. Ma ono rosyjskie korzenie: pojawiło się już w połowie XIX wieku i oznaczało wprowadzenie wroga w błąd w celu osiągnięcia taktycznych lub politycznych korzyści. I taka technika przyświecała działaniom Ochrany, czyli tajnej carskiej policji. Po rewolucji i powstaniu Rosji Sowieckiej została dezinformacja w naturalny sposób włączona do mechanizmów zarządzania. Właściwie jesteśmy w przededniu okrągłej setnej rocznicy wprowadzenia w Rosji pierwszej specjalnej państwowej jednostki specjalizującej się w takich zadaniach. W 1923 roku w ramach specpolicji politycznej OGPU powstało biuro dezinformacji, specpropagandy i sabotażu.

– Dezinformacja w Rosji ma długą tradycję zastosowania jako element konfliktu i wojny. Ma dezinformować przeciwników na temat realnych zamiarów Kremla, ale i kształtować opinię publiczną rosyjskiego społeczeństwa pod kątem korzystnym dla władz. Jest skoordynowana odgórnie, to część polityki władz skierowana na arenę wewnętrzną i zewnętrzną – tłumaczy Katarzyna Chawryło z Ośrodka Studiów Wschodnich.

Michał Krawczyk, analityk z Instytutu Kościuszki, zwraca uwagę, że rosyjską dezinformację najmocniej wyróżnia działanie w ramach ogromnego aparatu administracji rosyjskiej. Wojskowej, wywiadowczej, ale nie tylko. – Zaangażowane w nią mogą być wszystkie organizacje w kraju: media państwowe i prywatne, organizacje kulturalne, a nawet sportowe. Wszystkie mogą być zobligowane do prowadzenia działań propagandowych i psychologicznych – mówi Krawczyk.

Istnieje wręcz pula dziennikarzy kremlowskich, którzy kontaktują się bezpośrednio z administracją prezydenta, skąd dostają wytyczne i za pośrednictwem swych mediów sączą propagandę i dezinformację wewnętrzną. – W dniu rosyjskiego ataku na Ukrainę Roskomnadzor wydał decyzję, że wszystkie media w Rosji podejmujące temat konfliktu mają się posługiwać tylko informacjami z oficjalnych rosyjskich źródeł rządowych. Główna rola w kształtowaniu przekazu na ten temat przypada Ministerstwu Obrony, które komentuje wydarzenia, określa progres na polu bitwy, podaje liczbę ofiar. Wszystkie media powołują się na ich komunikaty, ale głos ma też MSZ, administracja prezydenta czy wreszcie sam Putin – wyjaśnia Katarzyna Chawryło.

– Tak jest do dziś, że jednym z głównych kierunków działań dezinformacji jest właśnie społeczeństwo rosyjskie. Na te cele tworzona jest ogromna część narracji szczególnie tych dotyczących Ukrainy. Mój znajomy, niezależny dziennikarz rosyjski mawia, że jak się ogląda tamtejszą państwową telewizję, to można odnieść wrażenie, że cała Rosja jest twierdzą otoczoną i broniącą się przed Ukrainą – gorzko śmieje się Agnieszka Legucka z PISM.

Aby zrozumieć, skąd takie przekonania, musimy sięgnąć w przeszłość. Legucka tłumaczy, że choć rosyjska dezinformacja dostosowała się do współczesnej sieciowej rzeczywistości, to wciąż funkcjonuje na bazie trzech podstawowych komponentów wywodzących się jeszcze z czasów Zimnej Wojny. Po pierwsze, to propaganda polegająca na przekonywaniu szerszych grup społecznych do swoich poglądów. Za pomocą filmów – już sam Lenin bardzo je doceniał – seriali i przede wszystkim telewizji. Co ważne, ta propaganda była po części prawdziwa, miała raczej zniekształcać rzeczywistość.

Drugim komponentem jest działalność agenturalna. – Niegdyś to było bardzo scentralizowane. Specjalnie wysyłano agentów, by od wewnątrz infiltrować i sprawdzać, co boli konkretne społeczeństwa. Dziś dzięki temu, że władze rosyjskie nauczyły się sprawnie korzystać z mediów społecznościowych, to za ich pomocą prowadzą takie analizy i na ich podstawie przygotowują całą machinę technik wpływu – mówi Legucka.

Ostatnim komponentem jest po prostu ogromna rzesza ludzi zaangażowanych i zatrudnionych w tym dezinformacyjnym aparacie: hakerów, trolli, analityków, twórców treści. Dzieje się tak, bo Rosja z kadrami ds. propagandy ma do czynienia od dekad.

Aparat wpływu i propagandy

W Związku Radzieckim operacje psychologiczne były prowadzone przez Specjalny Dyrektoriat Propagandy, włączony do ogromnej dyrekcji wojska GlavPUR (Gławnoje Politicheskoje Uprawlenie, czyli Główny Wydział Polityczny). GlavPUR był świadectwem ciągłego strachu bolszewików przed armią. Obawiano się, że może się ona zbuntować i obalić polityczną władzę. – Władza sowiecka była bardzo lękliwa w tym kontekście. Po prostu bała się swoich żołnierzy – mówi Michał Krawczyk z Instytutu Kościuszki.

By te wojska zdyscyplinować i kontrolować, pod koniec lat 80. działało w nich niemal 80 tys. specjalnych politycznych komisarzy kontrolowanych właśnie przez GlavPUR. Częścią tego imperium był Specjalny Zarząd Propagandy, który od lat 70. przechodził szkolenia propagandowe w Moskiewskim Uniwersytecie Państwowym. Celem tych szkoleń było właśnie przygotowanie funkcjonariuszy z technik PsyOps (czyli operacji psychologicznych), ale także zbudowanie rezerwy sowieckich dziennikarzy na wypadek mobilizacji wojennej.

Olga Skabeyeva zwana żelazną lalką Putina. Fot. Kremlin.ru / Wikimedia Commons

Po upadku ZSRR i rozwiązaniu partii komunistycznej teoretycznie w zapomnienie miał odejść też GlavPUR, ale jak opisuje dziennikarz oraz badacz dezinformacji i propagandy rosyjskiej Michael Weiss w analizie „Aquarium Leaks: Inside The GRU's Psychological Warfare Program”, po prostu przekierowano go do nowych zadań. Specjalna jednostka 54777 ds. dezinformacji i propagandy przeniesiona została do dyrekcji GRU, czyli Głównego Zarządu Wywiadowczego Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej.

– Jej zadania się zmieniły. Już nie były skupione tylko na kraju, ale skierowano ją przeciw wszystkim, którzy są wrogami Rosji w trakcie pokoju i w trakcie wojny, czyli przeciw Zachodowi – tłumaczy Krawczyk.

Co więcej, Putin w 2018 roku ponownie otworzył GlavPUR.

To, że ta specjalna jednostka znalazła się w kompetencjach GRU, okazało się być kluczowe. Od samego swojego powstania w 1918 roku GRU zawsze była pełnowymiarową służbą wywiadowczą, która w przeciwieństwie do KGB prowadziła działalność na całym świecie i nigdy nie została rozwiązana.

Wszyscy ludzie putinowskiej dezinformacji

Wóz transmisyjny RT (Russia Today) fot. fifg / Shutterstock

W sercu tego aparatu dezinformacyjnego pracującego zarówno na wewnętrzne, jak i zewnętrzne potrzeby jest pajęczyna instytucji medialnych powiązanych z największymi podmiotami, czyli RT i Sputnikiem. W opublikowanym w styczniu raporcie amerykańskiego Departamentu Stanu „Kremlin-Funded Media: RT and Sputnik's Role in Russia's Disinformation and Propaganda Ecosystem” czytamy: „Kiedy faktyczna sprawozdawczość w głównych, priorytetowych tematach rosyjskiej polityki zagranicznej jest niekorzystna, Rosja używa ich (czyli RT i Sputnika – przyp. red.) do wstrzyknięcia prokremlowskiej dezinformacji i propagandy w środowisko informacyjne. Zasięg odbiorców RT i Sputnika jest trudny do zmierzenia po części dlatego, że RT ma tendencję do zawyżania statystyki transmisji, ale także dlatego, że oba te media działają w ramach sieci złożonej z wielu marek, stron internetowych i kont w mediach społecznościowych publikujących treści w wielu językach”.

Bo właśnie obok tych najbardziej znanych redakcji będących medialnym ramieniem Kremla jest sporo mniejszych, które mają budować zasięgi, zbierać informacje i dane o użytkownikach. – To takie proxy strony, które na pierwszy rzut oka podają niewinne informacje, ekonomiczne, podróżnicze, ostatnio dużo związanych z kryptowalutami, bo ten temat jest wysoce interesujący, a więc budzi emocje – tłumaczy Krawczyk. Te serwisy proxy to choćby In The Now czy Russia Beyond. Pierwsza ma na Facebooku 3,7 mln obserwujących, druga 1,6 mln. Takie serwisy często publikują tylko memy lub treści społeczne. Ale gdy zachodzi potrzeba, to dryfują one w stronę treści politycznych.

Choćby Sputnik nie działa jak prosty pas transmisyjny kremlowskiej propagandy. – Na pierwszy rzut oka jest na nim sporo może nie obiektywnych informacji, ale wyglądających na generyczne, czyli oparte na takich oficjalnych komunikatach. Kiedy jednak pojawia się potrzeba użycia go na froncie wojny informacyjnej, to zaczyna się bombardowanie np. na live’ach, które pokazują cały czas winę Ukraińców – mówi Krawczyk.

RT, czyli propagandowa, dezinformacyjna Russia Today może i jest właśnie odcinana z kolejnych kablówek i platform telewizyjnych, ale wciąż świetnie ma się w największych social mediach. Działa choćby na Facebooku pod hasłem „Freedom over censorship, truth over narrative”, czyli „wolność ponad cenzurę, prawda nad narracje” i chwali się, że w samym 2020 roku miała ponad 10 mld obejrzeń nagrań wideo. Do RT należy m.in. serwis Ruptly udostępniający materiały wideo à la agencja prasowa.

Władimir Putin i Margarita Simonian. Fot. Kremlin.ru / Wikimedia Commons

Szefową RT jest Margarita Simonian, jedna z najgłośniejszych orędowniczek przyłączenia Donbasu do Rosji i Putina jako zbawcy narodu. Wraz z grupą kilku innych dziennikarzy jest częstym gościem programów publicystycznych. Niczym siatka agentów rozpoczynają marsz po kolejnych stacjach telewizyjnych i zarzucają je przygotowanymi wcześniej kremlowskimi tezami. Na wizji – a trzeba pamiętać, że telewizja w Rosji to wciąż zdecydowanie medium numer 1 – wspomagają ich słowem poparcia finansowo skoligaceni z Kremlem naukowcy i przedstawiciele organizacji pozarządowych. Sama Simonian znajduje się na liście osób objętych sankcjami przez Unię Europejską.

Jej męskim odpowiednikiem jest Dmitrij Kisielow, szef agencji Rossiya Segodnya, do którego należy wspomniany wyżej Sputnik, i zastępca dyrektora rosyjskiego holdingu VGTRK, czyli państwowej telewizji i radia. Kisielow nazywany jest „ustami Putina” – bardzo często wyraża w telewizji komentarze i stanowiska, które tak naprawdę są opiniami samego władcy Rosji. Polakom może być znany z tego, jak w 2017 roku powiedział w głównym kanale telewizyjnym, że Polska to nie narodowość, lecz diagnoza.

Kolejną gwiazdą rosyjskiej propagandy jest Władimir Sołowiew, którego talk-show „Wieczór z Władimirem Sołowiewem” w kanale Rossija-1 jest jednym z najpopularniejszych w kraju. Prowadzący omawia bieżące wydarzenia polityczne, które okrasza komentarzami w kremlowskim duchu. Przekaz jest w pełni kontrolowany i niejednokrotnie skandaliczny. A i tak jeszcze mocniej Sołowiow jedzie na YouTube, gdzie prowadzi program „Sołowiew live”. Gdy został objęty unijnymi sankcjami, w czerwonej bluzie z sierpem i młotem pytał w telewizji, jakim prawem spadkobiercy faszystów w Europie mogą nakładać sankcje na niego, który ma żydowskie pochodzenie.

Na uwagę zasługuje też małżeństwo Olgi Skabeyevej i Jewgienija Popowa, którzy także prowadzą w Rossija-1 swój talk-show „60 minut”. Jak mówi Katarzyna Chawryło z OSW, jest to apogeum hejtu i esencja kremlowskiej narracji. Skabeyeva jest rozkrzyczana, agresywnie naskakuje na wrogów Rosji. Nazywana jest „żelazną lalką Putina”. Popov nieco bardziej stonowany nie ustępuje jej jednak w atakowaniu przeciwników politycznych. Jest w tym wyrobiony, na co dzień jego zawód to deputowany do Dumy.

Mówiąc o propagandystach Kremla, nie można zapomnieć o słynnym „kucharzu Putina”, czyli Jewgieniju Prigożynie. Przydomek zyskał przez to, że zbił fortunę na zamówieniach publicznych i cateringu dla Kremla. To jego specjalny prokuratur Robert Mueller, który badał ingerencję rosyjską w amerykańskie wybory z 2016 roku, wskazał jako fundatora głośnej petersburskiej fabryki trolli znanej jako Agencja Studiów Internetowych. Prigożyn w odróżnieniu od wyżej wymienionych nie zawsze wprost atakuje wrogów Rosji. Woli podchodzić do nich z troską – w zeszłym roku założył fundację, która ma… walczyć o prawa człowieka w krajach zachodnich.

Siatka na strach

Dekady doświadczenia, ogromne nakłady finansowe, kadry i duże międzynarodowe doświadczenie spowodowało, że gdy pojawił się internet i media społecznościowe, Rosja niemal natychmiast zaczęła i w nim działania dezinformacyjne.

Taktykę działań Rosji online dokładniej poznaliśmy dzięki dochodzeniu prowadzonemu w Stanach Zjednoczonych przez specjalnego prokuratora Roberta S. Muellera po tym, jak wybuchła afera Cambridge Analytica. Okazało się, że Rosja korzysta z fałszywych portali, lewych fanpage'ów na Facebooku, a nawet wypowiedzi użytkowników mediów społecznościowych, by podbić lokalne skrajne poglądy prawicowe i lewicowym. Jak takie działania wyglądają? Chyba najgłośniejsza do tej pory była historia z 2018, gdy w Niemczech rosyjskie trolle i boty oraz politycy masowo rozpropagowali zmyśloną historię „Lizy”. Czyli rosyjsko-niemieckiej dziewczyny rzekomo zgwałconej przez arabskich imigrantów.

Rosyjska dezinformacja oczywiście ewoluuje. Eksperci wskazują choćby na widoczne odejście od automatyzacji i botów. – Takie działania widoczne były jeszcze podczas kampanii wyborczej Trump-Clinton czy podczas kampanii wyborczej we Francji, gdy wygrał Macron. Podobnie było po zestrzeleniu samolotu MH 17 Malaysia Airlines 17 w 2014 roku. Wtedy to była taka automatyzacja, którą analitycy nazywają computer shootout propaganda. Chodzi w niej o przejęcie narracji w internecie poprzez kreowanie sztucznego tłumu tak, by nasza narracja była zawsze na wierzchu – tłumaczy Krawczyk.

Antywojenny protest przeciw Władimirowi Putinowi, Warszawa 2022 r. Fot. Grand Warszawski / Shutterstock

Po zestrzeleniu wspomnianego samolotu służby rosyjskie tak bardzo chciały ukryć winę wojsk rosyjskich, że stworzono istną „mgłę teorii spiskowych”. Składało się na nią aż 111 tys. rosyjskich tweetów wygenerowanych w ciągu trzech dni od katastrofy przez wspomnianą wcześniej fabrykę trolli z Petersburga. W sobotę na antenie CNN przypomniał to były prezydent Ukrainy Petro Poroszenko. – Mam do ludzi na całym świecie jedną prostą prośbę: nie wierzcie Putinowi i nie bójcie się go! W lipcu 2017 mieli ze 20 wersji tego, kto jest odpowiedzialny za terrorystyczny atak na samolot, w którym zginęło prawie 300 osób. Putin mówił, że zestrzelił go ukraiński samolot, że ukraiński pocisk, że była to pomyłka dyspozytora. A dziś mamy proces w Holandii z dowodami na to, że Putin to kłamca. Teraz widzimy te same mechanizmy kłamstwa – mówił polityk na tle wozów bojowych w Kijowie.

Obecnie od takiej automatyzacji rosyjska machina już odchodzi. Co więcej, targetowanie przez inspiratorów rosyjskiej dezinformacji jest też bardziej zaawansowane niż przy Cambridge Analytica. – Testują ludzką psychikę w aspekcie dezinformacji, rozsiewając bardzo wiele narracji na raz: od prawdopodobnych do bardzo nieprawdopodobnych. Dobrym przykładem był pożar katedry Notre-Dame. W ciągu 2-3 dni od jego wybuchu pojawiło się kilka narracji dezinformacyjnych pochodzących ze Wschodu – tłumaczy Kamil Mikulski z Instytutu Kościuszki. Niektóre z tych narracji były całkiem prawdopodobne („doszło do zamachu terrorystycznego”), inne mniej („stoi za tym rząd Francji, by odwrócić uwagę społeczną” lub „to akcja sfrustrowanych tzw. żółtych kamizelek”), a jeszcze inne teoretycznie zupełnie nieprawdopodobne („zrobili to masoni lub kosmici”).

– To metoda wyrzucania za burtę kilkuset siatek na ryby, by złowić jak najwięcej. Wiedzą, że są ludzie skłonni wierzyć w różne rzeczy: są ludzie racjonalni, uprzedzeni, o poglądach antyrządowych lub wierzących w teorie spiskowe. Targetują więc ludzi nie tylko po zainteresowaniach, ale też po poziomie naiwności i emocjach – komentuje Mikulski.

Główną emocją, do której się odwołują, jest strach. – Jest najlepszy do pogłębiania różnic w społeczeństwach, do skłócania ich i dzielenia. Są więc wręcz wymyślane całe historie lub manipuluje się prawdziwymi, pomijając ich kontekst, zmieniając szczegóły, tworząc fałszywe filmy, zdjęcia – opowiada Frantisek Vrebel z czeskiej firmy analitycznej Semantic Vision. Od 2014 roku, gdy Rosja zajęła Krym i Donbas, zaobserwowała ona nie tylko drastyczny wzrost ilości dezinformacyjnych treści, ale także że operują one wokół ok. 50 różnych rosyjskich narracji przeplatających się celem siania zamętu. – Dziś wciąż najpopularniejsze dotyczą COVID-19, widać wyraźnie, że pandemia stała się idealnym nawozem do dezinformacyjnych narracji Kremla – podkreśla ekspert.

I na tym nawozie teraz są właśnie wyhodowywane wspomniane przejścia z treści antyszczepionkowych do choćby antyzachodnich. A pomaga w tym kolejna technika: prania informacji. Krawczyk tłumaczy, że uskuteczniają ją choćby małe serwisy informacyjne w Polsce, które służą do zasiania ziarna narracji rosyjskiej jeden do jednego, choćby to były wierutne kłamstwa.

Wszystko po to, by potem takie treści mogły być podawane dalej czy to przez trollingowe, czy nieświadome, czy wykorzystywane w tym celu konta i ludzi w mediach społecznościowych. – Służby rosyjskie zdają sobie sprawę z działania psychologicznego mechanizmu polegającego na tym, że jeżeli człowiek widzi choćby mało prawdopodobne, ale jednak jakieś publikacje, to jest w stanie szybciej uwierzyć w jakieś rewelacje – mówi ekspert.

– To, co robi choćby Sputnik, jest żywcem wyjęte z propagandy III Rzeszy i goebbelsowskiej zasady 40/60, gdzie 60 proc, informacji jest prawdziwych i niewinnych, a 40 proc. to świetnie skrojona dezinformacja mająca wpływać na uczucia i sentymenty. Bo właśnie sentymenty są kluczowe. W to, że Rosja jest niewinna, nikt prawie w Polsce nie uwierzy, ale nie w tym rzecz. Ważniejsze jest podbijanie strachów i lęków, które wciąż są żywe – tłumaczy Krawczyk.

Przytakuje mu Paweł Terpiłowski z Demagoga i wskazuje, że na takich sentymentach opiera się choćby gra narracjami, które w Polsce są od lat ugruntowane na bazie historycznej. – Możemy spodziewać się narracji antagonizujących Polaków wobec Ukraińców. W kontekście pomocy Ukrainie mogą pojawić się propagandowe zarzuty o ludobójstwie czy braku przeprosin za Wołyń. Ale propaganda może być też ukierunkowana na antagonizowanie uchodźców. Wraz z zapowiadanym przez rząd wsparciem pod kątem znalezienia przez uchodźców pracy na terytorium Polski, może na przykład umocnić się narracja o „zabieraniu” Polakom pracy przez Ukraińców. Nie jest ona nowa, ponieważ funkcjonuje w dyskursie już od momentu radykalnego wzrostu emigracji zarobkowej Ukraińców do Polski po 2014 roku. Teraz jednak może zyskać nowe pole do rozwoju – mówi ekspert.

Brud i chaos

Krawczyk wszystkie te działania porównuje do rzucenia talerzem ze spaghetti o ścianę: – Nie chodzi o to, by cały makaron się przykleił. Niepotrzebna jest jedna narracja, w którą wszyscy uwierzą. Wystarczy, by ściana się wybrudziła.

Na przykład przez wprowadzanie w sieć sprzecznych komunikatów pod pozorną pomocą Ukrainie. Ot, choćby poprzez takie tweety jak poniższy. Ukraińcy nie odszukują się po flagach na Twitterze. Przeciwnie – flagi wrzucają internauci jako gest wsparcia.

Przykład rosyjskiej propagandy w polskich social mediach

Rosjanie są też świetni w przekazach niebezpośrednich. Jeszcze zanim rozpoczęli atak, przekonywali, że to Zachód wyolbrzymia sytuację i żadnej wojny nie będzie. Putin bagatelizował wojskowe ćwiczenia na Białorusi, twierdząc, że media kreują rzeczywistość, której nie ma. Jak zwrócili uwagę badacze dezinformacji z Demagoga, pod tę narrację doskonale wpisał się jeden z memów, który zyskał dużą popularność w polskiej sieci.

– Ale póki co Rosja przegrywa wojnę informacyjną z Ukrainą. Działania rosyjskie w porównaniu z tymi ukraińskimi okazały się być mało skuteczne, nie są w stanie przebić zdjęć rannych cywili, bombardowanych przedszkoli. Ukraina wypracowała świetne metody i wyciągnęła wnioski z 2014 roku, gdy narracja o tym, że to „tylko lokalne sprawy” przebiła się na świat. Rosyjska dezinformacja okazała się być zbyt siermiężna. Co więcej, ludzie, sami internauci potrafią coraz sprawniej rozbrajać działania Rosji – mówi Krawczyk.

Także Amerykanie podjęli mocną próbę rozbrajania tych działań i informowania o każdym kolejnym planie Rosji związanym z działaniami dezinformacyjnymi, o których wiedzą. Widać to było jeszcze przed wybuchem wojny, gdy rząd amerykański na bieżąco uprzedzał o kolejnych planowanych przez Rosjan ruchach i tym samym utrudniał późniejszą manipulację informacyjną.

To zresztą nowa szkoła walki z fake newsami. Dotychczas były dwa podejścia: nie reagować lub reagować i prostować faktami. Jednak Centrum Doskonałości NATO ds. Komunikacji Strategicznej preferuje od jakiegoś czasu jeszcze inne podejście. – Stosują oni tzw. szczepionkę informacyjną (inokulację). Chodzi o to, by nie czekać na trolla, tylko zmapować wcześniej potencjalnie wrażliwe środowiska, miejsca w sieci i uderzyć tam z taką pigułką informacji, która będzie dostosowana do rodzaju odbiorcy. To jest wyprzedzanie o krok przeciwnika – tłumaczy Kamil Mikulski z Instytutu Kościuszki.

W sobotę Unia Europejska zrobiła kolejny krok, tym razem milowy. Ursula von der Leyen ogłosiła, że wszystkie media RT i Sputnik dostają zakaz działalności na terenie Unii Europejskiej. – Nie będą już dalej miały możliwości szerzenia swoich kłamstw usprawiedliwiających wojnę Putina i siania podziałów w naszej Unii. Rozwijamy narzędzia do usuwania toksycznej i szkodliwej dezinformacji w Europie – powiedziała von der Leyen. W tym ostatnim zdaniu kryje się jednak pewna przeszkoda: Unia musi najpierw znaleźć podstawy prawne do takiej blokady. Na takowe nie musi natomiast czekać Google, który w nocy z niedzieli na poniedziałek ogłosił, że blokuje na terenie Polski kanały RT i Sputnika na YouTube. To reakcja na prośbę polskich władz. Jak udało nam się dowiedzieć, do technologicznego giganta w tej samej sprawie odzywają się kolejne kraje.

Zanim jednak odtrąbimy wygraną informacyjną wojnę, warto przypomnieć sobie matrioszki. A nuż Rosja ma kolejne w zanadrzu. Szczególnie że jej media i agenci wpływu wciąż masowo działają w mediach społecznościowych.

Zdjęcie tytułowe: protesty antyrosyjskie, Lwów – Ukraina, luty 2022. Fot. Mykola Tys