Technologie

Big Porn korzysta na epidemii. Szczytuje między 2 a 3 nad ranem

Koronawirus uderzył w aktorów, reżyserów, studia filmowe - ale nie w tych, którzy z porno czerpią największe zyski. Wręcz przeciwnie, giganci internetowej pornografii przeżywają jeden z najlepszych momentów w swoich dziejach.

Płomiennowłosa Little Red Bunny ma stałych fanów, tytuły dziewczyny roku, w branży jest legendą. Żyje z rozbierania się przed kamerką, w kwietniu obchodziła 11 rocznicę pracy jako camgirl i nie musi się bać epidemii, bo jej pozycja jest niezagrożona. Branża, w której pracuje, przeżywa właśnie czas żniw.

- Wielu z nas jest samotnych i spragnionych kontaktu z drugim człowiekiem. To przyjemne porozmawiać z kimś, nawet jeśli nie jesteśmy sami w domu - tłumaczy Alex Hawkins, wiceprezes należącego do Hammy Media serwisu xHamster, próbując wyjaśnić, dlaczego strona oferująca kamerki zanotowała dwukrotny wzrost.

Odwiedzający nie tylko zaspokoją seksualne potrzeby, ale mogą liczyć na interakcję, a nawet sobie ponarzekać.

Przybywa jednak nie tylko odwiedzających, rośnie też oferta kamerek. Striptizerki, eskorty i aktorki porno zostały właśnie odcięte od swoich zwykłych źródeł zarobków i zaczęły postrzegać je jako sensowny sposób na to, by utrzymać się w branży. Jednak ostatnie tygodnie to żniwa dla całego pornointernetu.

Rekordowy 25 marca

Od początku marca największe pornograficzne serwisy notują rekordowych ruch. Nie, żeby wcześniej cierpiały na brak zainteresowania. W 2019 r. giganta branży Pornhuba odwiedzano średnio 115 mln razy dziennie. To tak, jakby jednego dnia cała populacja Polski, Kanady, Australii i Holandii zalogowała się na jego stronach. A to nic w porównaniu z tym, co dzieje się teraz.

Na Pornhubie rekord padł w środę 25 marca. Liczba użytkowników wzrosła niemal o jedną czwartą w porównaniu do przeciętnej środy miesiąc wcześniej. W tym rekordowym dniu serwis, śladem innych wielkich cyfrowych platform, zaczął udostępniać wersję premium za darmo, włączając się do akcji #zostańwdomu.

Tygodnie spędzone w społecznym odosobnieniu zmieniają nasze zwyczaje. Dotyczy to też tych, którzy oglądają pornografię. Do tej pory jej użytkownicy najchętniej zasiadali przed Pornhubem między 23 w nocy a 1 rano. Teraz dłużej śpimy, dłużej siedzimy po nocach przed komputerem z oczami wlepionymi w wylewające się z kadru piersi, pośladki i penisy. Szczytowanie przypada między 2 a 3 nad ranem.

A przecież to tylko jedna z witryn, które zabiegają o nasze internetowe wrażenia erotyczne. Wybór jest jak w centrum handlowym (oczywiście takim przed epidemią): YouPorn, RedTube, Tube8,xHamster, xVideos, studia filmowe Brazzers, Reality Kings czy Digital Playground. Są kamerki, erochaty i erogry.

Dużą część z nich należy tylko do zaledwie dwóch firm: Mindgeek założony w Kanadzie z siedzibą w Luksemburgu i czeskiego WHCZ Holding. Choć ich nazwy brzmią, jakby pochodziły z sektora technologii lub budowlanego, są to wielkie pornograficzno-internetowe przedsięwzięcia, o których w korelacji do Big Tech, czyli gigantów sieciowej klasyki jak Google, Facebook czy Amazon mówi się Big Porn. Ich apetyt przypomina apetyt ośmiornicy z hentai, o której śni wieczorami żona japońskiego rybaka. Zaspokajają go właśnie na nieznaną do tej pory skalę.

Wydawać by się mogło, że dla pornografii internet był wyzwoleniem, a jednak nie zawsze było to oczywiste.

Najpierw możliwości sieci olśniły pornobranżę. Nareszcie zdobywanie pornografii nie musiało kojarzyć się ze wstydem, nie wymagało nerwowego rozglądania po ulicy, zakradania się do sklepów leżących w oddalonych dzielnicach miast, żeby w środku nie spotkać szefa stojącego przy półce wideo. Internet dał szansę wyjścia z ciemnych alejek, sexshopów, osobnych kątów w wypożyczalniach kaset. Branża wiedziała, że nadejście internetu zwiastowało nową erę. I w tym przynajmniej aspekcie się nie myliła.

Przez pewien czas obietnica się spełniała. Stronę z filmami dla dorosłych łatwo było założyć. Wystarczyło dodać do niej ofertę płatności i wystawić kilka odpowiednio kuszących zdjęć lub filmowych zajawek. O klientów było łatwiej niż kiedykolwiek. Pornografia w rzeczywistości wirtualnej, nawet ta obarczona koniecznością dzwonienia na odpowiednią linię i podania danych z karty kredytowej, czy blokowana potwornie wolnym łączem i jego limitami i tak była na wyciągnięcie ręki. Jednak wraz z tym obiecującym biznesem zaczęło rozwijać się piractwo, zmora każdej branży kreatywnej.

Założenie YouTube'a w 2005 r. szybko zainspirowało innych. Niewiele ponad dwa miesiące później wystartowały PornTube, RedTube i YouPorn. Serwisy nazywane zbiorczo tubami pozwalały użytkownikom na wgrywanie swoich treści, które były potem oglądane za darmo przez setki, tysiące, miliony użytkowników. Duża część tych autorskich filmów w rzeczywistości była ukradziona.

Podczas gdy widzowie cieszyli się dostępem do coraz większej liczby filmów, pornobranża zarabiała coraz mniej. DVD umierało, filmy umieszczane przez producentów na płatnych stronach w internecie były rozkradane. Tuby umywały ręce, twierdząc, że nie mogą brać odpowiedzialności za treści wrzucane przez niesfornych użytkowników. Owszem kasowały materiały, do których ktoś rościł sobie prawa, ale moderacja szła wolno, a nagrania pojawiały się na stronach jedno za drugim.

Z czasem branża dostosowała się do nowej rzeczywistości, zmieniła ofertę. Przybyło pornografii niszowej, ostrzejszej, bardziej szokującej. Powstały firmy zajmujące się nagrywaniem filmów na specjalnie zamówienie zamożnych klientów. Więcej jest stron z kamerkami, na których można za kilka dolarów poprosić panią albo pana o spełnienie swoich erotycznych fantazji.

Zmienił się także tradycyjny model zarabiania na pornografii w internecie. Wprowadzono moderację treści i „cyfrowe odciski palców”.

Ta technologia, wykorzystywana między innymi także przez YouTube'a i Facebooka, pozwala na analizę cech charakterystycznych danego materiału i stworzenie dla niego unikalnego kodu zwanego właśnie jego cyfrowym odciskiem. Jeśli ktoś ten sam plik będzie próbował wgrać drugi raz na platformę, oprogramowanie to zauważy. To pozwala zabezpieczyć filmy chronione prawami autorskimi przed nielegalnym wrzuceniem na Pornhuba czy RedTube'a.

Dzięki zastosowaniu nowych rozwiązań piractwo stało się mniejszym problemem, a tuby z zachłannych drapieżników zmieniły się w partnerów biznesowych. Firmy reklamują się na nich, pokazując fragmenty swoich produkcji zachęcające do odwiedzenia płatnych stron, na których ma nastąpić obiecująco wyglądający dalszy ciąg. Oczywiście od każdego klienta, który chwyci zachętę, tuby dostają sowity procent z zysków. To one rozdają tu karty.

Nerd, który został królem porno

Fabian Thylmann miał 28 lat, gdy w 2006 r. kupił swoją pierwszą stronę porno. Private Amateure było tanie i było na sprzedaż. W ciągu zaledwie trzech miesięcy Thylmann podwoił płynące z niego zyski. Branża porno, dopiero wchodząca do internetu, nie rozumiała jeszcze, jak działa sieć. Thylmann był zaś programistą. Zaczynał, tworząc oprogramowanie monitorujące i analizujące ruch sieciowy na stronach dla dorosłych. Był w tym tak dobry, że NATS (Next-Generation Tracking Software) - program, który stworzył - szybko stał się jednym z wiodących na rynku.

Fabian Thylmann, fot. kadr z filmu Fabian Thylmann (SN-Invest, Manwin, Youporn) - The story of Youporn, YouTube, Bits & Pretzels

Firma zarabiała, a on sam coraz lepiej poznawał możliwości sieci. Zauważył coś, czego nie widziała przyzwyczajona do krycia się w cieniu branża porno. W internecie pornografia także się ukrywała, pochowana za paywallami, unikała zbierania danych o swoich klientach i analizowania ich preferencji. Twórcy stron poświęconych seksualnym przygodom byli specjalistami od zaspokajania fetyszy ludzi, a nie algorytmów pozycjonujących.

Thylmann odkrył tu niszę dla siebie. W ciągu czterech lat dokupywał kolejne strony, aż przyszedł czas na coś większego.

W marcu 2010 r. w końcu znalazł to, czego szukał i co stało się kamieniem węgielnym jego przyszłego imperium - Pornhub.

Pornhub istniał już wtedy od 7 lat. Serwis założył w 2003 r. jeden z pracowników znanej w branży porno kanadyjskiej firmy Mansef. Choć jej właściciele oficjalnie odcinali się jakichkolwiek związków ze znienawidzonym pornotub, to w sieci i tak zaroiło się od wyzwisk pod adresem Kanadyjczyków. Prowadzenie uczciwego filmowego studia pornograficznego (Mansef stworzył popularne do dziś Brazzers) i posiadanie tuby było jeszcze wtedy nie do pogodzenia.

Ale właśnie to unikalne połączenie skusiło Thylmanna. Zamiast jednak inwestować w fikuśne wyposażenie, zatrudnienie najgorętszych gwiazd i reżyserów, zainwestował w… nerdów. W ludzi, którzy wyglądaliby fatalnie w lateksie, ale rozumieli znaczenie i wagę danych oraz ich analizy. Skrupulatnie i z wytrwałością robili testy stron i aplikacji.

Na tym zakupy Thylmanna się nie skończyły. Powoli, ale systematycznie tworzył swoje imperium. Znalezienie inwestora zajęło mu rok. Ten dał mu 362 mln dol., żeby przejąć inne strony. Jak sam przyznaje, kupował wszystko, co było na sprzedaż.

Dobra passa skończyła się w 2012 roku. Thylmann został oskarżony przez niemiecką prokuraturę o niepłacenie podatków. Nie opierał się, poszedł na ugodę i zapłacił 5 mln euro kary oraz 26,25 mln euro zaległego podatku wraz z odsetkami. I wkrótce potem za 100 mln euro odsprzedał swoje udziały w firmie członkom zarządu Manwina. Firma zmieniła nazwę na noszoną do dziś - Mindgeek. Wtedy była już imperium.

Imperium pornoatakuje

Pod banderą Mindgeek działa obecnie ponad 100 witryn i biznesów. Są to agregujące treści tuby Pornhub, RedTube, YouPorn, klasyczne strony jak MyDirtyHobby, Real Wife Stories czy Sweet Sinners, studia pornograficzne takie jak Brazzers, Digital Playground czy Sean Cody, a nawet kanały telewizyjne jak Playboy TV. Według statystyk serwisu Similarweb pornhub.com jest dziś 10. największą stroną świata. Wyprzedzają ją tacy giganci jak główna witryna wyszukiwarki Google, Facebook czy Wikipedia, ale za nią jest Amazon (dopiero 14. na liście), Netflix (18.), czy zamykający pierwszą dwudziestkę Reddit.

Już to robi wrażenie, ale dopiero w rankingu najczęściej odwiedzanych stron pornograficznych widać potęgę Mindgeek. Choć Pornhub nie zajmuje w nim pierwszego miejsca, to w pierwszej 10 najchętniej odwiedzanych stron z treściami dla dorosłych jest aż pięć należących do firmy (Pornhub, Chaturbate, YouPorn, PornhubPremium i RedTube).

Jeśli w związku z tym spodziewacie się na głównej stronie Mindgeeka nagich kobiet, wulgarności lub przynajmniej erotyzmu wylewającego się z ekranu, zdziwicie się. Wizytówka firmy, która włada pornograficznym imperium, wygląda jak zwykła strona jakiejś korporacji, której designer trochę za bardzo lubi żółty kolor.

Zaglądających tu wita duży napis „Przodujące w branży technologie pozwalające osiągnąć niezrównane efekty”. Mindgeek chwali się, że jego produkty odwiedza ponad 115 mln użytkowników i że wgrywanych na nie jest 15 TB treści.

Wszystko to oczywiście statystyki dzienne. W dziale „o firmie” możemy przeczytać o nieustannym doskonaleniu technologii, innowacji i biurach w Londynie, Montrealu i Los Angeles. W dziale „czym się zajmujemy” o hostingu, optymalizacji SEO, analizie danych. Dopiero w sekcji rekrutacyjnej, gdzie wypisane są poszczególne pozycje, na które firma szuka pracowników, możemy trafić na jakikolwiek trop tego, co jest podstawą jej działalności. Między specjalistą od mediów społecznościowych i kolejnymi menadżerami, jest… koordynator modelek.

Jest w tym coś ironicznego, wręcz gorzkiego. Pornhub deklaruje, że ma misję „odczarowania” pornografii, przerwania tabu, które ją otacza, pozbycia się wstydu z nią związanego, a należy do firmy, która na swojej stronie udaje, że nie ma nic z nią wspólnego.

Tajemniczy Francuzi z Czech

Jednak to nie PurnHub jest najpopularniejszym serwisem branży, która znosi złote jaja. W rankingu króluje Xvideos należący do czeskiej firmy GWCZ Holding.

Zarejestrowane w Pradze WGCZ Holding też ukrywa to, na czym zarabia swoją fortunę. A nawet bardziej, bo podczas gdy historia Mindgeeka, jego założycieli i kolejnych właścicieli została dość dobrze opisana, o czeskiej firmie źródła milczą.

Działa u naszych południowych sąsiadów, ale należy do Francuzów Stephane'a i Malorie Pacaudów. Poza tym, że są właścicielami ogromnego pornobiznesu, nie wiadomo o nich niemal nic, poza tym, że cenią sobie prywatność i swój wolny czas.

Ponoć gdy w 2014 r. Fabian Thylmann zwrócił się do nich z propozycją odkupienia Xvideos za ponad 120 mln dol, odmówili, oświadczając, że nie mają czasu na takie pogawędki, bo akurat grają w Diablo II.

W chwilach wolnych od mordowania potworów nie zapominają jednak inwestować. Czeska firma kupiła pod koniec zeszłego roku branżową legendę - Private Media Group. Założona w Szwecji firma znana jest przede wszystkim z wydawania pierwszego kolorowego magazynu pornograficznego, Private i z tego, że jako pierwsza z tej branży została dopuszczona na giełdę NASDAQ. Ponadto do portfolio WGCZ Holding należą studio filmowe Bang Bros , DDF Network i nawet legendarny magazyn Penthouse.

W pierwszej piątce najpopularniejszych serwisów porno znajduje się tylko jedna strona nie należąca ani do MindGeeka, ani do WGCZ Holdign - to założony w 2007 r. serwis xHamster.

Gdy dziennikarz the Next Web zapytał przedstawiciela firmy, czy mógłby podzielić się z nim tożsamością jej założycieli, usłyszał jedynie, że to „skromni faceci, którzy lubią pozostawać w cieniu”.

Trudno określić, ile dokładnie zarabia BigPorn, ale z pewnością nie są to małe liczby. Światło na sprawę rzucić może ostatni jawny raport z przychodów Mindgeeka z 2015 r. Wyniosły one wtedy około 460 mln dol. Od tego czasu imperium systematycznie rosło. Firma inwestowała w nowe strony i powiększała oglądalność tych już posiadanych. Jej klejnot w koronie – Pornhub, który zarabia przede wszystkim na reklamach, procentach od poleceń i abonamencie premium - chwalił się pod koniec 2015 roku liczbą 21,2 mld wizyt. W zeszłym roku tych wizyt było o połowę więcej – aż 42 mld. Możemy być tego pewni, że w tym roku padnie kolejny rekord i to nie tylko na Pornhubie. Cały BigPorn raportuje zwiększenie zainteresowania swoimi usługami.

Prawa do porno

Duży biznes to także duże problemy z jego utrzymaniem. Ron Johnson, autor wydanego w 2017 r. podcastu „The Butterfly Effect” namówił Fabiana Thylmanna na rozmowę z Mikiem Quasarem, reżyserem, który od lat pracuje w branży pornograficznej. Gdy konwersacja zeszła na problem praw autorskich, a Thylmann objaśnił reżyserowi, jak działa cyfrowy odcisk palca, ten podsumował to obrazowo.

- Mówisz mi: oto sposób na to, żeby twoje rzeczy nie zostały przeze mnie ukradzione. To jakby ktoś podszedł do ciebie, gdy wypłacasz pieniądze z bankomatu i powiedział: zaraz ci ukradnę portfel i prawdopodobnie uderzę cię w głowę, ale jak nie chcesz, żebym to zrobił, możesz przedsięwziąć kilka proaktywnych kroków - ironizował reżyser.

Oczywiście problem porno-piractwa nie został całkiem wyeliminowany. Na pornograficzne tuby nadal da się, odpowiednio edytując film, wgrać materiały chronione cyfrowym odciskiem palca. Ale oficjalnie Mindgeek piractwa absolutnie nie popiera – walczy z nim, jak może, na przykład… pozywając konkurencję.

Firma w 2015 r. wystąpiła przeciwko WGCZ S.R.O. Czechom zarzucono łamanie praw autorskich. Na ich stronach miało się znaleźć tysiące filmów należących do kanadyjskiego giganta. Po roku prawniczych przepychanek zawarto porozumienie, jednak jego szczegóły nie zostały ujawnione.

Na celowniku MindGeeka nie znajduje się jednak tylko konkurencja. W lutym tego roku firma ruszyła na łowy w Szwecji. Do tamtejszych użytkowników BitTorrenta wystosowano ponad 16 tys. listów oskarżających posiadaczy określonych adresów IP o nielegalne dzielenie się plikami filmów erotycznych. W ramach ugody firma chce od każdego z nich 7 tys. koron (niemal 3 tys. zł).

Gwałt w cenie

Problemy z filmami, które nie powinny znaleźć się na Pornhubie, a mimo to tam trafiają, dotyczą nie tylko praw autorskich. Znacznie większą kwestią jest to, że duża część tych nagrań może pochodzić z przestępczego procederu - z kradzieży, a nawet z gwałtów.

Akcję NotYourPorn w 2019 r. rozpoczęła Kate Isaacs po tym, gdy ktoś wykradł z iClouda jej przyjaciółki prywatne filmy i umieścił je na stronie. Usunięcie oryginalnego nagrania trwało długich kilka tygodni, ale najgorsze, że nic nie dało. Pojawiały się kolejne kopie, a film tak podobał się widzom, że jedna z jego wersji trafiła do pierwszej piątki najszybciej zyskujących na popularności materiałów w Wielkiej Brytanii. Takich historii jest więcej. Do Isaacs zgłaszają się kobiety, które nagrywały z partnerem filmy, żeby podkręcić swoje życie erotyczne, dziewczyny, które chłopak filmował ukradkiem podczas seksu, a potem nagrania wrzucał do sieci, wreszcie nastolatki, które, jak 15-latka z Florydy, zostały zgwałcone, a ich oprawcy pochwalili się swoim czynem w sieci. Na takich dramatach Pornhub podbija swoje wyniki i zarabia.

- Czułam, że moje życie się skończyło, myślałam o samobójstwie, odizolowałam się, żeby się chronić, zmieniłam nawet nazwisko. Sama myśl o tym, że to, co dla jednej osoby oznacza dwie sekundy wgrywania danych, dla drugiej jest latami udręki, jest druzgocąca - mówi jedna z anonimowych ofiar, której filmy pojawiają się co jakiś czas w internecie już od pięciu lat.

Można by pewnie bronić moderacji Pornhuba, argumentować, że to jednostkowe przypadki, że trudno bezwarunkowo polegać na zgłoszeniach od użytkowników.

Ale pozostaje sprawa, nie do obronienia. Sprawa GirlsDoPorn.

W 2016 r. firma, której kanał był promowany przez Pornhuba i regularnie znajdował się w pierwszej 20 najpopularniejszych (i najbardziej dochodowych), została pozwana przed 22 kobiety. Jej filmy wpisywały się w dwa lubiane przez użytkowników trendy - występowały w nich amatorki, które jeden jedyny raz brały udział w kręceniu porno i akcja rozgrywała się podczas fałszywego castingu do filmu porno.

Jednak wykorzystywanie kobiet przez organizatorów castingu nie było fikcją scenarzysty, często działo się naprawdę. Jak ustalił sąd, stosowali oni różne sztuczki - wabili kobiety na plan oszustwami, częstowali alkoholem, narkotykami i wtedy nagrywali, część kobiet opowiadała o molestowaniu na planie, jedna o gwałcie. Nagrania trwały dłużej, niż im początkowo mówiono, a zapłata była niższa. W dodatku firma obiecywała, że film będzie dystrybuowany tylko w wybranym kraju, wybranym klientom, że nigdy nie trafi przed oczy teścia, czy sąsiada aktorek, a umieszczała go na xVideos, czy Pornhubie, skąd szedł na cały świat.

W październiku 2019 r. szef GirlsDoPorn został oskarżony o czerpanie korzyści z handlu ludźmi. Pornhub usunął oficjalny kanał firmy ze swojej strony i wycofał się ze współpracy z nią w ramach subskrypcji premium. Nie wycofał się jednak z zarabiania na jej filmach. Nadal można je bez problemów znaleźć na tubach należących do BigPorn. Wystarczy tylko wprowadzić niewielkie zmiany w filmie, pociąć go, może trochę go wyedytować, żeby obejść „najnowocześniejszy system automatycznej moderacji”, jakim chwali się branża.

To nie gwałt, to kink

Big Porn mierzy się z problemami najwyższej wagi. Materiał, który trafia do moderacji, jest „specyficzny”. Aktorki wyglądają podejrzanie młodo (choć opisane są jako „drobne 18-latki”), a w filmie są bite i brutalnie gwałcone, co może być wyreżyserowaną fikcją, a może nie być.

Prawa do takich produkcji, jak głośno krzyczy branża, należy chronić. Nie na darmo amerykańska organizacja zrzeszająca firmy działające w pornobiznesie nazwa się Koalicją na rzecz Wolności słowa (Free Speech Coalition). Co jednak jeżeli film nie pokazuje fikcji? Czy korporacja powinna docierać do bohaterów każdego nagrania przed jego dopuszczeniem do publikacji?

- Przemysł pornograficzny jest poza wszelkimi regułami. Nie ma drugiej takiej branży na świecie, w której tolerowano by taki stosunek do kobiet, taki język, którym się o nich mówi, a nawet przemoc i stwarzanie niebezpiecznych dla zdrowia warunków pracy. To, co się dzieje na filmach, jest dla tych kobiet i mężczyzn po prostu niebezpieczne - mówi Mikołaj Sowiński z kancelarii Sołtysiński Kawecki & Szlęzak, który odpowiada za prawny kształt za projekt ustawy blokującej dostęp do pornografii dla dzieci przygotowany przez Stowarzyszenia Twoja Sprawa.

I o dziwo, kiedy kolejne rządy coraz odważniej mówią o konieczności uregulowania swobody działania takich firm jak Google czy Facebook i debatują nad ich rozbiciem, nazywając je monopolami, to Big Porn pozostaje w cieniu. Nad dziesiątą największą stroną świata rozpościera się zasłona milczenia.

Jeśli już porno pojawia się na politycznych sztandarach, to zwykle w kontekście dzieci. W Wielkiej Brytanii, Australii czy w Polsce trwa dyskusja, jak ograniczyć najmłodszym dostęp do portali z niewłaściwymi dla nich treściami. Temat jak regulować Big Porn w szerokiej przestrzeni publicznej właściwie nie istnieje.

- Przyzwyczailiśmy się, że od tego przemysłu nie możemy wymagać zbyt wiele, bo to szara strefa, w której prawie wszystko wolno. Pojęcie „odpowiedzialności przemysłu pornograficznego” jest w zasadzie oksymoronem - dodaje Sowiński.

Jak twierdzi prawnik, to jednak ma szansę się zmienić. W Wielkiej Brytanii Mindgeek usiadł z politykami do stołu, zapowiedział, że będzie przestrzegał wprowadzonych regulacji i zaczął pracę nad rozwiązaniami, które pomogą mu się do nich dostosować. Większym problemem może być brak społecznego nacisku. Fani, którzy kilka razy w tygodniu dzielą ze swoimi ulubionymi gwiazdami porno intymne chwile, nie zatroszczą się o ich los. Bo się tych znajomości wstydzą.

Umywanie rączek

A internetowe porno korzystając z dobrego dla niej momentu pandemii, przechodzi właśnie do ofensywy. Tak wizerunkowej, jak i biznesowej.

CamSody, strona zajmująca się streamingowaniem video z roznegliżowanymi kobietami w erotycznych pozach, zaproponowała NFL, czyli zawodowej lidze futbolu amerykańskiego, że zostanie jego partnerem technicznym przy pierwszym wirtualnym zaciągu NFL (dorocznym spotkaniu, na którym drużyny dobierają do swoich składów absolwentów lig akademickich). NFL odrzuciło ofertę, zwracając się w stronę takich partnerów jak Microsoft, Verizon czy Bose, ale to nie pierwsza próba zaistnienia stron pornograficznych przy okazji najważniejszych amerykańskich wydarzeń sportowych. I jeśli kryzys potrwa dłużej, nie wiadomo, czy następnym razem ktoś się jednak nie złamie.

Szczególnie że branża na czele z Pornhubem robi wiele, by poprawić wizerunek, zwłaszcza w czasach pandemii. Pornhub rozdał dostęp do wersji premium ludziom na całym świecie, byleby tylko siedzieli w domach. Odpalił też prześmiewczą stronę ScrubHub, na której prezentuje różne sposoby mycia rąk: romantyczne, zmysłowe, figlarne. Materiały są pogrupowane w kategoriach bliźniaczych do tych na Pornhubie. Jest więc mycie rąk przez lesbijki, MILF-y, czy miłośników krępowania.

Kanadyjska korporacja angażuje się społecznie, próbuje być częścią ważnych wydarzeń kulturowych. Robi wiele, żeby świat ją polubił i zaczął traktować jak poważnego, ale zarazem przyjaznego gracza.

Ale nie ma co się oszukiwać, pornografia wyszła z cienia tylko jedną, odzianą w seksowną pończochę nogą. Druga, posiniaczona, nadal się w nim znajduje.