Sprzęt  / Felieton

Wierzyłem, że automatyczny odkurzacz to bzdura. Aż sam nie sprawiłem sobie takiego

131 interakcji
dołącz do dyskusji

Kiedy do mnie dotarł, nie do końca chciałem mu zaufać. Nie zamykałem nawet kartonu, przekonany, że zaraz tam wróci. A jednak został. I to na dobre. 

Odkurzacz, który sam jeździ, kosztuje sporo, a do tego nie sprząta idealnie - brzmi jak dosyć głupi pomysł na zakup. A przynajmniej sam tak myślałem przez długie lata.

Trudno zresztą, opierając się wyłącznie na teoretycznych rozważaniach, myśleć inaczej. Recenzje automatycznych odkurzaczy czy też smart odkurzaczy są raczej jednogłośne - to przyjemne gadżety, ale nie zastąpią normalnego odkurzacza. I tak, dość dawno temu, doszedłem do wniosku, że w moim domu lepiej sprawdzi się masywny odkurzacz warsztatowy, którym codziennie będę będę przez kilkanaście minut odkurzał, żeby zachować względnie przyzwoity porządek.

Za sensownością tej decyzji przemawiały głównie dwa aspekty. Po pierwsze mam w domu spory zwierzyniec - psa (mocno gubiącego sierść), trzy koty, a do tego w planach miałem remont (który właśnie trwa i trwa mać), więc utrzymanie chociażby pozornej czystości jest ekstremalnie trudne. Zakładałem, że w takich warunkach te małe, śmieszne, automatyczne odkurzacze na niewiele się zdadzą - od razu się zapchają, zgubią się przy którejś stercie kartonu i tyle będzie z nich pożytku.

Drugim, bardziej oczywistym powodem, była cena. Porządny odkurzacz z kompletem końcówek kosztuje kilkaset złotych. W miarę sensowny odkurzacz automatyczny - kilka razy więcej.

I tak żyłem sobie w przeświadczeniu, że podjąłem słuszną decyzję. Raz faktycznie sprzątając codziennie, czasem nawet dwukrotnie jednego dnia, a czasem np. co 3-4 dni, bo np. trafił się służbowy wyjazd.

Potrzeby posiadania automatycznego odkurzacza nie miałem żadnej.

Aż ten, trochę niespodziewanie, został do mnie przyniesiony przez kuriera.

Trafiło na starszy sprzęt markowany przez Xiaomi, ale to akurat nie ma żadnego znaczenia. Gdyby to był wynalazek innej firmy, wnioski miałbym prawdopodobnie takie same.

Tak, tak, w końcu umyję podłogę.

A wnioski są proste - nie wiem, jak mogłem wcześniej funkcjonować bez tego sprzętu. Po prostu nie wiem.

Co skłoniło mnie do tak drastycznej zmiany punktu widzenia?

Widok kosza na odpadki.

Zaprogramowałem odkurzacz, żeby jeździł - na razie po względnie skromnej powierzchni obejmującej korytarz, kuchnię i łazienkę - cztery razy dziennie. Z samego rana, zanim jeszcze wstanę, w południe, w okolicach 17 i tuż po 20, kiedy drastycznie maleją szanse, że ktoś wejdzie do domu i naniesie błoto czy piasek.

Z ciekawości po każdym sprzątaniu zaglądałem do pojemnika - trochę też w obawie o to, że będzie zbyt mały, żeby wytrzymać np. kilka dni sprzątania bez opróżniania. I tutaj miało miejsce chyba moje największe zdziwienie - mimo że podłoga wydawała się na pierwszy rzut oka czysta, w pojemniku za każdym razem zbierała się masa śmieci. Pyłu, kurzu, zwierzęcej sierści - tego, czego normalnie bym nie zauważył i uznał, że nie ma sensu wyciągać klasycznego odkurzacza, bo przecież nie tak dawno temu sprzątałem.

A jednak był sens, i to spory, a nie wyobrażam sobie, żebym co kilka godzin latał z wielkim odkurzaczem po całym domu.

Po prostu nie.

Automatyzacja

Jeden z bardziej krzywdzących stereotypów dotyczących smart domu to ten, według którego chodzi głównie o to, żeby sterować wszystkim z poziomu telefonu. I zaczynają się pytania - po co ci lampka sterowana smartfonem, po co ci termostat sterowany smartfonem, po co ci odkurzacz sterowany smartfonem.

Odpowiedź jest prosta - po nic. Kluczem jest to, żeby z poziomu smartfona (a nie jakiegoś kalekiego menu z bałwankami i kieliszkami) raz ustawić dany sprzęt tak, żeby działał automatycznie zawsze wtedy, kiedy tego potrzebujemy, wracając do konfiguracji najwyżej po to, żeby wprowadzić drobne zmiany optymalizacyjne wynikające z naszych obserwacji.

I właśnie w taki sposób użyłem aplikacji do mojego odkurzacza. Wybrałem dni i godziny, kiedy odkurzacz ma działać. Wybrałem moc, z jaką ma w danych godzinach odkurzać. Zamknąłem aplikację i nie planuję jej ponownie otwierać, chyba że po to, żeby sprawdzić, czy części eksploatacyjne nie wymagają już wymiany albo czyszczenia. Te wszystkie mapki, statystyki, zdalne sterowanie - jest mi to całkowicie obojętne.

Miło wrócić do czystego.

Jako że - z racji mojej pracy w domu - to ja zajmuję się utrzymaniem porządku, radość z czystości nieodłącznie wiązała się z poprzedzającym ją wysiłkiem.

Nie żebym jakoś bardzo się przed tym bronił (nawet całkiem to lubię), ale jednak te kilkanaście czy kilkadziesiąt zaoszczędzonych minut mogę poświęcić na coś innego. Na przykład na umycie podłóg, bo tego akurat mój tymczasowy odkurzacz nie potrafi.

Potrafi za to - jeśli zgra się to z harmonogramem albo kliknę jeden przycisk na obudowie - odkurzyć większość domu w czasie, kiedy np. idę biegać albo się myć.

I to jest naprawdę miłe.

A niech sobie te okruchy lecą.

Pochodna wcześniejszego punktu, przy okazji trochę zaleta, a trochę wada. Do tej pory doskonale wiedziałem, że co poleci na ziemię np. przy robieniu śniadania czy obiadu, będę musiał - o ile nie zje tego wcześniej któreś ze zwierząt - sam posprzątać. To samo z wchodzeniem do domu - najchętniej zdejmowałbym buty jeszcze przed drzwiami, pakował w foliowe worki i w takiej formie... wieszał na jakimś haczyku przed domem. To samo każąc robić ewentualnym gościom.

Teraz jest mi to już zupełnie obojętne. Okruszki z krojenia poleciały na podłogę? Robot posprząta. Ktoś wszedł do domu w paskudnie zapiaszczonych butach? Nie mój problem. Remontowy pył sypie się z wyburzanego piętra? A co mi tam - moi ludzie moje roboty tym się zajmą.

Piszę przy tym roboty, bo choć na razie funkcjonuje u mnie w domu tylko jeden, to wiem, że w najbliższym czasie dołączy do niego co najmniej jeden kolejny, który zajmować się będzie piętrem. W końcu skoro tak dobrze radzi sobie w korytarzu, to chciałbym, żeby taki sam porządek był utrzymany w sypialni. A przyznam się, że akurat z wnoszeniem warsztatowego odkurzacza po stromych schodach miałem spory problem motywacyjny.

Ale idealnie nie jest, zdecydowanie.

Po pierwsze: na razie testowałem odkurzacz na dosyć prostej powierzchni - trudnych do uszkodzenia kaflach. Na piętrze będzie miał już do czynienia z panelami, których - mam nadzieję - nie zniszczy już pierwszego dnia.

Po drugie nie mam niestety odniesienia do innych automatycznych odkurzaczy. Czy jest - jak twierdzą niektórzy - na poziomie wyraźnie droższych modeli? A może dałoby się trochę zaoszczędzić, gdyby kupiło się model i kilkadziesiąt albo kilkaset złotych tańszy? Nie wiem i prawdopodobnie nie będę tego sprawdzał - skoro póki co sprawdza się przypadkowa, tymczasowa testówka, nie będę marnował czasu na przetrząsanie rynku. Tym bardziej, że AGD nie jest czymś, co wywołuje we mnie jakąkolwiek ekscytacje.

Po trzecie, najważniejsze - tak, dalej warto mieć zwykły odkurzacz. Są zakamarki, do których ten sprzątający krążek nie dojedzie, albo nie ma szans ich doczyścić. Nie wspominając już o różnego rodzaju powierzchniach kawałek pod podłogą. Po ścianach czy belkach pod sufitem też niestety nie pojedzie. A szkoda.

Zresztą takich mniejszych i większych „ale” jest całkiem sporo. O ile bowiem można kruszyć na podłogę ile wlezie, o tyle przypadkowo zabłąkana na podłodze gałązka czy większy kawałek papieru potrafią narobić sporego zamieszania. Duża różnica w porównaniu do mojego klasycznego odkurzacza, który był w stanie bez trudu wciągać nie tylko papier i gałęzie, ale i - zapewne - małe zwierzęta.

Można oczywiście zapytać: to już nie łaska przejść się z odkurzaczem?

I to jest bardzo słuszne pytanie, biorąc pod uwagę koszt zakupu takiego sprzętu, który kosztuje grubo ponad 1000 zł, a czasem dużo, dużo więcej. W zamian natomiast uzyskujemy taki sam efekt, jak gdybyśmy wzięli najprostszy odkurzacz za 100 czy 200 zł i kilkanaście minut pokrążyli po domu.

Tyle tylko, że aktualnie z jakiegoś powodu nie chodzimy na pocztę za każdym razem i nie stoimy w kolejce, kiedy chcemy do kogoś wysłać wiadomość. Z jakiegoś powodu nie idziemy do sklepu po gazety, tylko czytamy je na ekranie telefonu albo komputera. Z jakiegoś powodu ręcznie nie wertujemy sterty książek (przeważnie), tylko wyszukujemy w sieci niezbędne informacje. I wreszcie (to musiało się pojawić!) nie wsiadamy na konia, żeby pojechać na zakupy, tylko wskakujemy do auta i komfortowo, bezwysiłkowo toczymy się do celu, odhaczając kolejną zbędną, niekoniecznie przyjemną czynność z naszego planu dnia.

I o to samo chodzi w takim odkurzaczu. Odkurzaczu, z którego śmiałem się sam, dopóki nie spróbowałem, jak się z nim żyje.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst