Gry  / Recenzja

Brawlout to bijatyka, w której nie ma pasków życia, chociaż jedyną obroną jest atak

Myśląc o bijatykach, najczęściej mamy w głowach klasycznych przedstawicieli gatunku - Mortal Kombat, Tekkana albo Street Fightera. Istnieje jednak cały podzbiór gier, w których paski wytrzymałości mają drugorzędne znaczenie. To produkcje z kategorii Brawl, której Brawlout jest typowym reprezentantem.

Brawl to podgatunek bijatyk z silnym wpływem gier platformowych. Chodzi w nim nie tyle o dołożenie swojemu rywalowi, co wypchnięcie lub wyrzucenie go poza arenę walki. Trochę jak cyklicznie powtarzające się turnieje w anime Dragon Ball, gdzie nadrzędną zasadą zawsze było to, aby nie wypaść poza pole bitwy. Można posiadać przewagę podczas starcia, ale wystarczy, że jedna stopa trafi poza arenę i walka dobiega końca. Oczywiście na niekorzyść faworyta.

Czołowi przedstawiciele bijatyk Brawl to PlayStation All-Stars Battle Royale oraz Super Smash Bros.

Świat pokochał zwłaszcza tę drugą serię. Walczą w niej bohaterowie rozmaitych marek Nintendo. Od ex-hydraulika Mario, przez najpopularniejsze Pokemony, na Linku, Zeldzie, a nawet postaci z Wii Fit kończąc. Co charakterystyczne dla gier z podgatunku Brawl, na arenie znajdują się zazwyczaj czterej wojownicy. Obowiązujący tryb to każdy na każdego. Może się wydawać, że prowadzi to do wielkiego chaosu, ale jest tak tylko wśród początkujących amatorów.

Brawlout to pierwsza gra z podgatunku, która pojawiła się na Nintendo Switchu (jest dostępna również na PC). Jej twórcy nie ukrywają, że czerpią pełnymi garściami z dorobku Super Smash Bros. Sterowanie jest bardzo podobne. Tak samo typ ciosów, kierunkowe mechanizmy kombinacji oraz rozmiar aren. Producenci Brawlout przeprowadzili wiele rozmów i konsultacji z fanami Smash Bros. na poziomie semi-pro, skrzętnie notując każdą uwagę i sugestię. Wszystko po to, aby zaoferować społeczności na Switchu bijatykę, nim Nintendo wjedzie na białym koniu z nową odsłoną Smasha.

Taktyka zdaje się przynosić odpowiednie rezultaty. W kilka dni od premiery Brawlout sprzedał się w liczbie ponad 50 tys. egzemplarzy na samym tylko Switchu. Jak na możliwości niezależnych producentów zakochanych w dosyć niszowym podgatunku bijatyk, to naprawdę solidny wynik. Taki, który pozwala twórcom rozwijać projekt przez cały 2018 rok, a nawet budować rozpoznawalność marki przez kolejne lata.

Brawlout znacząco różni się od Smash Bros. w filozofii walki - najlepszą obroną jest tutaj atak.

W niezależnej produkcji brakuje dwóch standardowych ruchów, które są stosowane przez defensywnych graczy - rzutów oraz bloku. W repertuarze obronnym pozostały tylko uniki. Te są wymagające i trzeba je bardzo dobrze wyliczyć, ponieważ okienko nietykalności rozciąga się na zaledwie kilka, kilkanaście klatek. Takie podejście może rozczarować defensorów, ale dzięki niemu Brawlout nabiera własnej tożsamości.

Gra jest znacznie szybsza od Smash Bros. Momentami może aż za szybka. Wymiana ciosów jest dynamiczna, a każda postać non stop musi być w ruchu. Nawet chwilowy odpoczynek na jednej z platform to proszenie się o szybką serię wyrzucającą poza arenę. Rywale bezwzględnie polują na tych, którzy gubią tempo oraz nie są w stanie nadążyć za szybkim rytmem. Dlatego nawet na niskim poziomie trudności, grając z komputerowymi rywalami, początkowo może być trudno. Przyzwyczajenia ze Smasha nie zawsze pomagają.

Mechanizm walki świetnie komplikuje procentowy system wrażliwości na ciosy. Z każdym przyjętym uderzeniem rośnie odległość, na jaką odlatuje wojownik po kolejnym otrzymanym ataku. Im więcej ciosów przyjmiemy, tym większa szansa, że uda się nas wypchać poza arenę prostym sierpowym. Świetnie sprawdza się to w praktyce, ponieważ znacząco podkręca atmosferę podczas długich konfrontacji. Do tego daje szansę na zwycięstwo słabszym graczom, którzy nie znają najbardziej śmiercionośnych oraz efektywnych kombinacji.

Brawlout to jedna z tych gier, które idealnie nadają się do kanapowej rozgrywki przed jednym TV.

Każdy Switch pozwala grać jednocześnie aż czterem osobom. Co świetne, ekran konsoli nie jest wtedy podzielony, ponieważ kamera obejmuje całą arenę. Oznacza to, że nawet w trybie tabletu rozgrywka jest dobrze widoczna i nie trzeba ślęczeć z nosem przy ekranie. Oczywiście najwygodniej jest na kanapie, przed wielkim telewizorem. Warto jednak podkreślić, że zarówno w trybie stacjonarnym, jak i przenośnym, Brawlout trzyma 60 klatek na sekundę. W bijatykach to bardzo ważne.

Niestety, gorzej mają ci, którym brakuje znajomych pod ręką. Z jakiegoś powodu sieciowa rywalizacja opiera się wyłącznie na walkach 1v1. Być może ma na to wpływ fakt, że internetowe pojedynki organizowane są w systemie peer to peer. Gdyby graczy było więcej, rozgrywka mogłaby stracić na płynności. Traci jednak nawet bez tego, ponieważ kod sieciowy pozostawia wiele do życzenia. Producenci obiecują aktualizację, ale ja oceniam to, co jest tutaj i teraz.

Nie jestem również zachwycony systemem rozwoju oraz zakupów wewnątrz aplikacji.

Dobra wiadomość jest taka, że Brawlout nie posiada mikro-transakcji. Wszystko, co znajduje się w grze, można odblokować za wirtualną walutę zdobywaną w ten sam sposób przez wszystkich graczy. Do kupienia są areny, efekty specjalne oraz alternatywne skórki dla ośmiu grywalnych zawodników. Czyli bezpieczna kosmetyka, która nie ma wpływu na rozgrywkę. No, może poza mapami - każda z nich posiada unikalne ułożenie platform, toteż ich dobre poznanie to połowa sukcesu.

Problem polega na tym, że odblokowywanie zawartości trwa cholernie, cholernie długo. Gracz, który uruchomi Brawlout w trybie arcade, a następnie pokona całą wieżę w stylu Mortal Kombat, wciąż nie będzie w stanie niczego nabyć. Ani po drugiej wieży, ani nawet po trzeciej. Żeby było jeszcze śmieszniej, często nie możemy kupić konkretnego przedmiotu. Zamiast tego nabywamy wesołe pinaty z losową zawartością, w których być może znajduje się skórka, na której nam zależy. Słabo.

Największe zalety:

  • W końcu jakiś Brawl na konsoli Nintendo
  • Zróżnicowani wojownicy o diametralnie odmiennych filozofiach walki
  • Świetna opcja dla czterech graczy przed jednym telewizorem
  • Gościnni bohaterowie z innych gier niezależnych
  • Postawienie na ofensywę odróżnia tytuł od Smash Bros.
  • Akceptowalna cena - 80 zł

Największe wady:

  • Rozgrywka online tylko 1v1, do tego ledwo działa
  • Zbyt mozolny system odblokowywania kosmetycznej zawartości
  • To nie ten sam poziom co Smash Bros.
  • Brak kampanii dla jednego gracza z prawdziwego zdarzenia
  • Areny wczytują się zbyt długo
  • Jeżeli nie masz z kim grać, szybko się znudzi

Dla wielu rozczarowująca może się wydawać również liczba grywalnych postaci. Tych jest raptem osiem. Ze zdziwieniem odkryłem jednak, że dla mnie to nie problem. Zapewne dlatego, iż każdy z bohaterów jest niezwykle wyrazisty. Jego ruchy są niepowtarzalne, a filozofia rozgrywki unikalna. Nie ma mowy o żadnych dublach. Każdy wojownik to odrębny styl rozgrywki. Poznanie ich wszystkich to największa frajda tej gry.

No, oczywiście poza wyrzucaniem z areny pieklących się znajomych, którzy siedzą zaraz obok ciebie.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst