Biznes  / Artykuł

Spotify chce puszczać słuchaczom te piosenki, za które... zapłaci wytwórnia

Lepiej szybko wykupcie Spotify Premium. Największy serwis streamingowy świata planuje wprowadzić nowy typ reklamy do darmowej subskrypcji. A to może się bardzo źle skończyć.

Wiecie, dlaczego przestałem słuchać radia? Powód jest bardzo prosty. Nie licząc wczesnorannego i nocnego pasma, większość popularnych stacji odtwarza w kółko ten sam zestaw utworów. Jeśli czasem masz wrażenie, że w radiu słyszysz 5 tych samych kawałków puszczonych w pętli… cóż, niewiele się mylisz. Zdarzają się sytuacje, w których ten sam utwór odtwarzany jest co 20 minut!

Powody ku temu są dwa. Po pierwsze w radiu słyszymy te, a nie inne utwory, bo… ktoś je wybrał. Większość stacji radiowych aktualnie opiera swoje playlisty nie o doświadczenie czy gust muzyczny DJ-ów, ale o głosowanie na stronie internetowej. Jeśli dostateczna liczba słuchaczy wybierze jakąś piosenkę odpowiednią liczbę razy, ta powraca na antenę jak bumerang, a radio odtwarza ją jak najczęściej, gdyż otrzymuje czytelny sygnał – piosenka się podoba (nawet jeśli nie jest to prawda).

Pomyślcie tylko, ile razy zdarzyło się wam zanucić znienawidzoną, miałką, popową piosenkę wbrew woli, tylko dlatego, że przez ostatnie dwie godziny słyszeliście ją w radiu 10 razy. Nawet jeżeli dany wykonawca kompletnie was nie interesuje, nawet jeżeli piosenka jest fatalna, to niestety – ludzki mózg działa tak, że jeśli atakować go odpowiednio długo, jakąś treścią, to ją przyswoi. Ot, natura.

I to prowadzi do drugiego powodu. Taka sytuacja jest na rękę wytwórniom muzycznym, które za odpowiednią sumę pieniędzy mogą „nakłonić” rozgłośnię to odtwarzania utworów ich wykonawców w konkretnych godzinach, żeby wykorzystać ten mechanizm.

W przeciwieństwie do regulacji w Stanach Zjednoczonych, w Polsce prawo podchodzi do kwestii opłacania czasu antenowego dość… niejednoznacznie i teoretycznie wytwórnie mogą wpływać finansowo na to, czego słuchamy w radiu.

Jakub Kralka, redaktor naczelny naszego siostrzanego serwisu Bezprawnik.pl, tak tłumaczy tę sytuację:

Stacje radiowe są ograniczone w zakresie dobierania ramówki. Ustawa o radiofonii i telewizji wprowadza dość sporo wymogów i ograniczeń co do formatu treści czy kraju ich pochodzenia.

Jeśli zaś chodzi o praktykę płacenia stacjom radiowym za odtwarzanie utworów - trudno jest jednoznacznie ocenić taką sytuację z punktu widzenia prawa.

Wszystko zależy od tego, czy emisję tak opłaconych utworów uznamy już za sponsoring, wtedy na początku lub końcu audycji powinna pojawić się przynajmniej informacja - jednak ja nie spotkałem się z taką praktyką. Ustawa wskazuje też między innymi, że sponsor nie może wpływać na treść audycji w sposób ograniczający samodzielność nadawcy. Czy czymś takim jest już wykupienie elementu w ramówce muzycznej?

Ustawa o radiofonii i telewizji z jednej strony jest więc bardzo rygorystyczna, z drugiej - niedostatecznie precyzyjna.

Odnoszę wrażenie, że rynek mediany oraz sama ustawa egzystują sobie równolegle na odrębnych płaszczyznach, starając się wzajemnie nie zawracać sobie przesadnie głowy.

Jestem jednak skłonny wyobrazić sobie surową interpretację przepisów, w drodze której radiostacja zostałaby ukarana za odtwarzanie piosenek, za co ktoś zapłacił, a nie zostało to przynajmniej oznaczone.

A jak konkretne stacje radiowe interpretują te przepisy? To może pozostać tylko w sferze naszych domysłów. Dlaczego jednak w ogóle o tym piszemy? Otóż ten trapiący polskie radio problem może już wkrótce przeniknąć także do… Spotify.

Spotify… chce być jak radio. W tym najgorszym wydaniu.

Jak donosi Techcrunch, gigant streamingowy właśnie stawia pierwszy krok ku temu, żeby stać się jak radio.

Spotify testuje nowy typ treści sponsorowanej w darmowym progu subskrypcyjnym – piosenki wplatane w odtwarzaną przez użytkownika playlistę. Sugerowane przez Spotify utwory mają być dostosowane do gustu konkretnego użytkownika, ale to nie zmienia faktu, że będzie to utwór, którego „sugestia” została opłacona przez wytwórnię w nadziei na to, że słuchacz doda ją do swojej biblioteki.

Rację mają ci, którzy określają tę propozycję mianem powrotu do dni tzw. Payoli, czyli praktyki opłacania czasu antenowego przez wytwórnie muzyczne. I rację mają ci, którzy mówią, że owa praktyka słusznie została zakazana. Ostatecznie wybór tego, jakiej muzyki słuchamy, powinien być zależny od nas, a nie od tego, która wytwórnia da więcej.

Nie twierdzę oczywiście, że Spotify doprowadzi do takiej sytuacji. Jest jednak taka możliwość.

Sponsorowane piosenki są na razie we wczesnej fazie testów. Osoby, u których funkcja jest już aktywna, mogą ją wyłączyć z poziomu ustawień aplikacji. Może się okazać, że faktycznie Spotify sprawi, że nowe reklamy będą nieinwazyjne i użytkownicy zgodzą się przesłuchać jedną piosenkę ekstra w zamian za dalsze korzystanie z serwisu za darmo.

Niestety, jest też szansa, że wytwórnie wykorzystają okazję i będą się licytować o to, kto więcej zapłaci za wpychanie swoich artystów słuchaczom na Spotify, a Spotify na to przystanie.

Ostatecznie… finansowo biznes Spotify się, delikatnie mówiąc, nie spina.

Jak pisał ostatnio Przemek, 90% przychodu firmy pochodzi z płatnych subskrypcji, a ledwie 10% z reklam. Wszystko byłoby w porządku w tym układzie, gdyby nie to, że na 140 mln aktywnych użytkowników serwisu, z płatnej wersji korzysta raptem 48 mln.

Nie jest więc dziwne, że Spotify, wciąż nie mogąc odnotować zysku, sięga po coraz bardziej radykalne środki, nawet jeśli może się to odbyć ze szkodą dla słuchaczy.

Najprostszy sposób na uniknięcie problemu? Płacić abonament.

Osobiście każdego dnia wybiorę 20 zł/mies. ponad coraz bardziej nachalne, intruzywne reklamy, szczególnie jeśli miałoby do nich dołączyć wciskanie mi na siłę piosenek opłaconych przez wytwórnie.

Zdaję sobie jednak sprawę, że należę do mniejszości. Ostatecznie blisko 2/3 użytkowników serwisu to osoby korzystające z jego darmowej wersji.

Ci, którzy decydują się na korzystanie z darmowej wersji serwisu, odbierają sobie prawo głosu w kwestii tego, jakie reklamy serwuje im Spotify. Serwis musi oferować treści sponsorowane, by przetrwać, a jeśli ktoś nie może się z tym pogodzić, ma w zasadzie dwa wyjścia – opłacić abonament lub przestać korzystać z usługi.

20 zł miesięcznie za dostęp do tak ogromnego zbioru muzyki to żaden wydatek. Swoboda dostępu, komfort użytkowania, brak reklam - to wszystko jest warte tych pieniędzy i dziwi mnie, że 98 mln użytkowników Spotify tego nie dostrzega, trzymając się darmowego progu. Na którym serwis i tak… nie zarabia.

Niestety, przez tę dysproporcję wytworzył się nam pewien paradoks.

Otóż Spotify mógłby rozwiązać (potencjalnie) swój problem zarobkowy, decydując się na model, jaki stosuje konkurencja od Apple i Google – zaoferować wyłącznie płatną usługę z okresem próbnym. Tym sposobem wszyscy, którzy chcieliby korzystać z serwisu, musieliby za niego płacić.

Gdyby jednak Szwedzi w tym momencie zmienili zasady gry, straciliby prawdopodobnie więcej, niżby zyskali. Strata 98 mln niepłacących subskrybentów to po pierwsze potężny spadek liczby użytkowników (a cyferki mają znaczenie, zarówno dla odbiorców, jak i… inwestorów) a po drugie znaczące uszczuplenie liczby królików doświadczalnych, z których Spotify wyciąga informacje o tym, jakiej muzyki słuchamy i jak słuchamy.

A to właśnie dzięki tym informacjom Spotify jest w stanie oferować trafnie dobrane playlisty i opracowywać nowe, inteligentne funkcje bazujące na uczeniu maszynowym.

Żeby uniknąć straty serwis szuka rozwiązania w nowych formach reklamy, które mogą nie spodobać się użytkownikom darmowego progu, a to w konsekwencji… może spowodować ich odpływ. Tak źle, tak niedobrze.

To pokazuje jedno – Spotify nadal nie ma pomysłu na to, jak na siebie zarobić.

Szwedzki serwis streamingowy podlega obecnie ogromnej presji. Nie dość, że ustawicznie generuje straty, to jeszcze znajduje się pod ciągłym ostrzałem wytwórni i artystów, którzy nieustannie podtrzymują, że serwis nie wypłaca im należytych zarobków.

Na domiar złego konkurencja depcze im po piętach; szczególnie Apple Music, które mają już 40 mln. subskrybentów zbliża się do wyrównania wyniku z płacącymi subskrybentami Spotify. A Spotify, w przeciwieństwie do Apple, nie ma innych źródeł przychodu, niż swój serwis streamingowy.

Spotify testuje różne metody, ale nie może się zdecydować, w którym obszarze chce zwiększyć swój przychód – czy wprowadzić nachalne reklamy dla użytkowników darmowej wersji, czy prowadzić dodatkowy, wyższy abonament HiFi dla miłośników muzyki najwyższej jakości? A może jedno i drugie?

Jedno jest pewne. Firma musi szybko znaleźć sposób na to, by zacząć zarabiać. Inaczej dołączy dołączy do Snapchata i Ubera jako kolejny gigant-wydmuszka, którego przy życiu utrzymuje tylko dobra wola inwestorów.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst