Tech  / Felieton

Festiwal śmierci, czyli cztery rodzaje internetowego żałobnika

Kolejna gwiazda, której nie zna połowa internetowego pokolenia zmarła. Po Davidzie Bowie’em przyszedł czas na Prince’a.

Powiedziałabym, że mi przykro, ale jestem chyba z pokolenia pomiędzy - wiem, kto to Prince, wiem, że był ważny dla muzyki, jednak już gdy dorastałam, brzmiał zbyt odschoolowo, bym go słuchała. Pokolenie niżej ode mnie nie wie pewnie nawet kim Prince był i dowiaduje się dzisiaj z tony artykułów, i postów w mediach społecznościowych. Każda kolejna śmierć guru muzycznego odbiera jednak trochę znaczenia tym, którzy odejdą kolejni.

Na szczęście za tydzień nie dostanę obrzydliwej wiadomości prasowej od serwisów streamingowych o tym, że po śmierci muzyka serwisy zanotowały iluśtamprocentowy skok w odsłuchań jego muzyki. Jednak tylko i wyłącznie dlatego, że Prince był jednym z tych artystów, którzy wycofali swoje zbiory ze streamingów, przynajmniej tych największych, podobno wojował też ze swoją wytwórnią. Podobno katalog Prince’a dostępny jest na Tidalu, ale odkąd Kanye West próbował serwis wypromować, wszyscy użytkownicy przenieśli się do konkurencji.

To takie fajne pozagrobowe fuck you dla wszystkich, którzy chcieliby pośmiertnie posłuchać choćby jednego kawałka Prince’a. Sama miałam ochotę sprawdzić Raspberry Beret, którego podobno używali Amerykanie do torturowania osób podejrzanych o terroryzm . Niestety kawałka nie ma nawet na YouTubie.

Nie ma tak lekko, drodzy internetowi hipsterzy.

Po raz pierwszy ktoś zakłócił wam proces żałoby polegający na udawaniu, że Prince’a się uwielbiało przy jednoczesnym googlowaniu największych hitów, słuchaniu ich w sieci i uczeniu się na szybko słów na pamięć żeby móc wrzucić ślicznego posta na Facebooku pełnego szacunku do muzyki zmarłego.

To jeden z typów internetowych żałobników. Są jeszcze ci, którzy nie mają pojęcia kim był zmarły, widzą jednak, że wiele osób o nim pisze i nie mogąc pozostać niezauważeni pytają kim był. Być może nie potrafią używać Google’a?

Ludzie nie wiedzą, kim był Prince.

Są jeszcze ci, którzy nie piszą nic, bo nie wiedzą, nie chcą, lub nie mają zdania o zmarłym. Ciężko im jednak wytrwać w niepisaniu, bo media przez jakieś 3 dni - w przypadku prawdziwych legend nawet tydzień - grzeją temat z każdej możliwej strony prześcigając się na playlisty, ciekawostki i grafiki z cytatami. Co zręczniejsze tworzą listy z najlepszymi cytatami czy występami albo powodami, dlaczego wszyscy kochają zmarłego.

Na końcu są ci, którzy byli fanami, takimi prawdziwymi. W internetowym tłumie żałobników jest ich jednak najmniej i zwykle ciężko odróżnić ich od typu pierwszego - udawacza.

Tym razem jest jednak trochę łatwiej, bo to oni są w posiadaniu katalogu nagrań Prince’a, jak na prawdziwych fanów przystało. Reszta po prostu bije w bęben.

Czy pozostaną nam jeszcze takie legendy jak Prince, które ktokolwiek będzie chciał opłakać?

Pamiętam czasy, gdy gwiazdy i legendy umierały, i reakcją na to były wspominki w telewizji, radiu i prasie. Oglądając, słuchając lub czytając wszyscy przeżywali moment zbiorowego smutku, żalu i katharsis a potem wracali do swojego życia z odświeżonym ciężarem świadomości własnej śmiertelności.

Dziś ten festiwal śmierci rozlewa się po całej sieci - po serwisach, portalach, mediach społecznościowych, każdy ma coś do powiedzenia, każdy uważa, że powinien coś powiedzieć, wszyscy się przekrzykują i okazuje się, że nie wiadomo kogo słuchać, i kiedy przerwać.

Z każdą kolejną śmiercią legendy chęć na googlowanie spada, zaczyna dostrzegać się wzór (prześciganie się na szybkość poinformowania o śmierci, posty ludzi na fejsie czy twitterze, wysyp artykułów podsumowujących i ścigających się na wyciąganie dawno zapomnianych szczegółów, informacja prasowa o wzroście odsłuchań zmarłego w serwisach społecznościowych), wszystko nabiera coraz mniejszego znaczenia i zlewa się z postami o wszystkich innych nic nieznaczących bzdurach które klikają się w sieci.

Nie jestem nawet na to zła, tak po prostu jest. Za każdym razem, gdy umiera legenda, stawiam sobie jednak inne pytanie: czy za 20, 30, 40 lat będą jeszcze jakieś legendy, których śmierć będziemy mogli zbiorowo opłakiwać? Czy w czasach internetu i rozproszonej uwagi, w czasach, gdy rozpraszają się nasze gusta muzyczne a internet tworzy setki popularnych, ale nie słuchanych przez wszystkich artystów, w czasach, gdy nikt nie zmusza nas do konsumowania konkretnych rzeczy, a wybór mamy tak wielki; postaną legendy na miarę Bowiego czy Prince’a, które będę mogła opłakiwać za 40 lat?

Czy komukolwiek będzie chciało się jeszcze opłakiwać kogokolwiek?

*Grafika główna pochodzi ze strony promującej najnowszy album Prince'a - Art Official Age

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst