Sprzęt  / Artykuł

Nintendo – żadnych grzechów nie pamiętam

Nie przepadam za Nintendo. Nie stoję w kolejkach po ich konsole, nie czekam z zapartym tchem na kolejne gry. Bo ich nie znam. Bo nikt mi powodów do fascynacji tą marką nie pokazał. Nie zaczyna się zdania od „bo”, ale chwilowo mnie to nie obchodzi. Piszę na temat firmy, której najnowszy produkt kupiło w kraju nad Wisłą całe 400 osób, więc tego tekstu i tak nikt nie przeczyta.

Wszystko przez strategię produktową i komunikacyjną.

Powiedzmy sobie jasno – Polska to nie jest kraj dla młodych ludzi, przynajmniej młodych duchem. Kiedy konkurencja w postaci Microsoftu i Sony wydaje hity z coraz bardziej realistyczną grafiką i refleksami świetlnymi inspirowanymi twórczością kinową, Nintendo wciąż odwołuje się do tożsamości korporacyjnej, za nic mając działalność konkurencji. Kolejną dekadę podkreślając w przekazach medialnych to czym firma nie jest, niż to, co naprawdę ma do zaoferowania. I to jest problem w takich krajach jak Polska – bez tradycji kontaktu z marką, bez wspomnień, bez świadomości produktowej.

nintendo wii zabawa 3

Nintendo wiecznie kojarzone jest z jedną wartością – rodzina. Konsole są przyjazne i proste w obsłudze, gry utrzymane w radosnej palecie barw, mocno nasycone kolorami i „miękkie” w odbiorze wizualnym. Kierowane są głównie do dzieci, rodziców i seniorów. Niektórzy twierdzą, że odkąd Nintendo poszło w kierunku rewolucji sterowania ruchem, w produkty firmy grają już tylko dzieci i ich koty, ale złośliwości na bok.

Japońska firma nigdy nie miała w Polsce łatwo

– kiedy czasy hiperinflacji się u nas kończyły, gracze wybierali często podróbki głośnych konsol i produkty konkurencji. O Nintendo wiedzieli wówczas jedynie najwierniejsi (i najbogatsi) fani, sprowadzając często sprzęt zza granicy albo kupując Gameboy'a – przenośny sprzęt na który powstało mnóstwo świetnych gier, ale tutaj mało kto o tym wie. Na bogatym Zachodzie nastolatki dorastały w tym czasie w zasadzie z jedną firmą, do której dzisiaj mają nostalgiczny stosunek. Dała im duet Mario i Luigi, dała Zeldę, Metroida. Kiedy na hasło „Nintendo” Polak z zakłopotaniem drapie się po głowie, w Niemczech czy USA do śniadania słucha się tej piosenki:

Zauważyliście, od jakiego słowa się zaczyna?

Fast forward do roku 2013. W przededniu nowej generacji konsol, nowych marek, nowych odsłon sztandarowych serii gier wyciskających ostatnie soki z silników graficznych, imponujących często rozbudowanymi systemami rozgrywki, animacjami mo-capowymi i nakładami na produkcję, Nintendo znowu reklamuje to samo. Zeldę, Mario i kolejnego Mario.

Te trzy reklamy pojawiają się właśnie w amerykańskich telewizjach, na bardzo ważnym dla firmy rynku. Ważnym, bo to jeden z nielicznych bastionów Nintendo na Zachodzie. Tam koncern hydraulika jest rozumiany, szanowany i rozchwytywany, a każda nowa gra przyjmowana z równym entuzjazmem.

Mój błąd – była przyjmowana.

W tym samym roku 2013, kiedy konkurencja pokazała nowe konsole i gry, Japończycy chwalili się odświeżoną wersją Zeldy sprzed kilkunastu lat. Tego było już za wiele nawet dla tradycyjnie przychylnych komentatorów i analityków branżowych. Amerykańscy publicyści wytykali firmie hydraulika utratę kontaktu z rzeczywistością i brak pomysłu na wprowadzenie Ninny w nową erę gamingu. Tymczasem pomylono się już wcześniej. Kiedy w 2012 roku debiutowała Wii U, nowa generacja konsoli Wii (z kierowaniem ruchowym), wyobrażano sobie, że sprzęt dobije do konkurencji pod względem oferty. Do tego potrzebny był mocniejszy sprzęt, tymczasem Wii U z ledwością osiąga parametry Xboksa 360 i PlayStation 3, będąc od nich słabszą. Od 8-letniego sprzętu! Nintendo liczyło na to, że wprowadzeniem obsługi HD i padletem (urządzeniem łączącym cechy tradycyjnego pada i tabletu) zadowoli tradycyjnych fanów i zaskarbi sobie nowych, gustujących w technicznych nowinkach.

nintendo mario

Tak się jednak nie stało, na co wyraźnie wskazują wyniki sprzedaży (Wii U w rok po premierze przytuliło ledwie 3,90 mln). Siłą Nintendo zawsze była przewidywalność – wydajemy maksymalnie dopracowane gry, na platformę którą doskonale znamy, bo jest nasza. Cechą naszych gier jest różnorodna rozgrywka zapewniająca psychiczny komfort użytkownika – dotychczas przez długie lata grał i nadal gra w to samo, uzupełnione o kilka nowych mechanizmów rozgrywki, podane w nowej grafice.

Ta wielka siła, mieszanka konsekwencji, tradycji i wychowanych fanów chyba w końcu się wyczerpała.

Kiedy na targi E3, największe święto branży gier, wychodzi manager firmy ledwo dukający kilka słów po angielsku i oddający stery szefowi amerykańskiego oddziału, po sali przetacza się szept zażenowania. Kiedy prezes w białych rękawiczkach otwiera na YouTube nową konsolę, budzi to niedowierzanie. Specyfika japońskiego rynku, jego dziwactwa niezrozumiałe na Zachodzie, mają pewien urok, ale głównie antropologiczny, kulturoznawczy. W 2013 roku nie robi się biznesu globalnego, nie odpowiadając na potrzeby rynku.

nintendo wii

A żeby odpowiedzieć, trzeba ten rynek najpierw zobaczyć, a potem zrozumieć. O sytuacji Nintendo w Polsce piszą już nawet anglojęzyczne media, tu piórem wrocławskiego pisarza. To głos wołającego na puszczy. Kiedy Nintendo się obudziło i dobiło targu ze Stadlbauerem (czyniąc z tej firmy oficjalnego przedstawiciela) wielu fanów myślało zapewne, że to początek do oficjalnego oddziału, lokalizacji gier, niższych cen… Tymczasem przedstawiciel dosłownie palił pieniądze – telewizyjne reklamy w najdroższym czasie antenowym, przed „Faktami” i „Wiadomościami” to nie najlepiej zrealizowany plan marketingowy. Aby robić takie rzeczy, trzeba najpierw budować świadomość marki. Czyniono to organizując pokazy sprzętu na wysepkach w centrach handlowych i to był pomysł, ale nikt nie poszedł za ciosem. Nie było akcji edukacyjnych, nie było powiedzenia – konsole dla rodziny, z bezpiecznym, pozbawionym przemocy przekazem, z dobrymi grami. Było: oto gry w 3D bez okularów, tytuł, tak się w to gra, a tak wygląda pudełko. W tempie karabinu maszynowego, by zmieścić się w 30 sekundach.

Nie tak buduje się świadomość marki, tworzy rynek.

Problemy polskich fanów Nintendo wynikają nie tylko z małej liczebności, powodowanej brakiem tradycji kontaktów z marką. To przede wszystkim problemy strategii samych Japończyków, którzy – tradycyjnie dla tej kultury – nie rozumieją realiów prowadzenia biznesu na zachodnich zasadach gry. Nintendo traktuje Polskę gorzej, niż Microsoft i Sony biedną Brazylię, gdzie nowa generacja konsol będzie sprzedawana w cenie – bagatela – zbliżonej do 5.700 zł. Tam obecna jest PlayStation 2, PlayStation 3 jest dla najbogatszych, a na nową generację pozwolić sobie mogą tylko synowie właścicieli dochodowych firm. Tymczasem w Polsce mój 10-letni kuzyn, widząc pod telewizorem obie konsole z aktualnej generacji, z wrażenia zaniemówił. Jak to możliwe, że można mieć coś innego niż Wii (to pierwsze)? Kiedy spytałem w co gra na sprzęcie kupionym przez rodziców, dyplomatycznie się skrzywił i nie powiedział ani słowa.

nintendo zelda

Problemem Nintendo jest niezmącone przekonanie o słuszności wybranej przez siebie drogi. Zamiast diametralnie przeformułować założenia biznesowe i strategię, tkwią na tej samej ścieżce od 30 lat. Tu potrzeba istnej rewolucji – otworzenia dostępu do gier Ninny konsolom konkurencji, wzmocnienie specyfikacji sprzętowej przez produkcję nowej konsoli, wprowadzenie do oferty nowych gier mających potencjał przekształcenia się w stabilne IP, zmiana filozofii komunikacji z klientami. To nie jest niemożliwe – Nintendo podniosło się w przeszłości po katastrofie Virtual Boya. Teraz może być tak samo, wystarczy przyznać się do błędu. Tak, zrobiliśmy sprzęt za słaby na nową generację, dlatego od czasów Wii U nasze sprzęty zamiast current gen, nazywane są other gen. Tak, zaniedbaliśmy naszych fanów, nie urozmaicając oferty.

Dosłownie chwilę temu prezes Sony Worldwide Studios Shuhei Yoshida, pozytywnie wypowiedział się o konkurencji mówiąc:

Kiedy spojrzysz na sytuację wokół Nintendo, czy postrzegasz ich jako naszą konkurencję? W szerszej perspektywie wydarzeń toczących się w naszej branży oraz w kwestiach związanych z tym jak ludzie grają i jak uczą się zabawy z grami, myślę, że wraz z Nintendo znajdujemy się w tej samej grupie. Oni muszą odnieść sukces, by zapoznawać z wirtualną rozrywką jak największą liczbę konsumentów. Sam mam dwa Wii U. Gram na Wii U z córkami, ponieważ na tę konsolę powstają przyjazne, rodzinne gry.

nintendo wii zabawa

W języku dyplomacji biznesu oznacza to mniej więcej – dzisiaj przeciętnego konsumenta angażuje i rozprasza tyle potencjalnych źródeł i rodzajów contentu, a także systemów i urządzeń z jakich korzystają by go pozyskać, że takie firmy jak my muszą mieć stabilne platformy przyciągające klienta. Musimy być przewidywalni – zapewniać jakość i dobrze ją komunikować. My mamy nową generację konsol, systemy takie jak cross-play i cross-buy, umożliwiające granie stacjonarne oraz mobilne. Mamy PlayStation Plus, które przyciąga głośnymi tytułami w rocznej cenie abonamentu sięgającego jednej gry. Nintendo, jako nasza konkurencja, ma to co zawsze – przyjazne, rodzinne gry. I w zasadzie tyle.

Kiedy spojrzeć na fana Nintendo, przede wszystkim polskiego, który kupuje gry nie w sklepach ale na Allegro, a za źródła informacji ma zagraniczne serwisy, wieczne wspominanie o rodzinnych grach bardziej irytuje niż cieszy. W Wielkiej Brytanii sprzedaż Wii U po premierze „Legend of Zelda Wind Waker HD” skoczyła o… 685%. Szokujące, ale to nadal przekłada się na 3,9 mln konsol globalnie i 400 sztuk w Polsce. Czy Nintendo w końcu zrobi rachunek sumienia i przyzna się do błędów?

Jarosław Ściślak – dziennikarz, pasjonat nowoczesnych technologii, w tym aplikacji mobilnych, Internetu i gier wideo. Publikował w internetowych serwisach politycznych, był publicystą w drukowanym miesięczniku PSX Extreme. Aktualnie współpracuje z dwumiesięcznikiem Gramy! Autor dwóch książek, prowadzi bloga pod adresem www.scislak.wordpress.com.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst