Tech

Polskie uczelnie a rzeczywistość

324 interakcji
dołącz do dyskusji

Autorem wpisu jest Michał Zwoliński. Michał pochodzi z Łodzi, prowadzi firmę vojo.pl, na co dzień jest programistą i pracownikiem dydaktycznym na Uniwersytecie Łódzkim. W poniższym tekście przekazuje, w dość gorzki sposób to, jak jego i z pewne nie tylko jego zdaniem kształtuje się edukacja w naszym kraju.

Chcesz robić biznes internetowy, ale nie wiesz jak się za to zabrać? Skąd weźmiesz informacje, kto Ci powie jak to zrobić? Gdzie jest złoty środek i kto Ci go pokaże? A może pójdziesz do szkoły? Tylko po co?  

W Internecie jest masa informacji o tym, jak stworzyć swój własny startup. Istnieją przecież tysiące artykułów o małolatach, którzy w domowym zaciszu przy piwku i pizzy robią swoje i na swoje wychodzą. Ileż to osób w świecie biznesu nie ma skończonych studiów, ale ich konta w banku to sześcio- i ośmiocyfrowe kwoty? Często są to buntownicy, którzy byli uważani za dziwaków na uczelni, na której rozpoczęli naukę. Dla wielu ludzi stali się autorytetami, ale żeby iść w ich ślady trzeba mieć niezłe jaja. Decyzja o nie rozpoczynaniu studiowania lub porzuceniu uczelni jest w naszych realiach irracjonalna.  A my co? Jesteśmy wychowani w przeświadczeniu, że studia są najważniejsze i to one są gwarancją dobrej pracy, przecież babcia i mamusia z tatusiem tak mówili. Nic bardziej mylnego, chociaż ludzie dzielą się na dwa rodzaje. Jedni mają mentalność etatowca, a inni chcą wziąć sprawy w swoje ręce. Ci drudzy mają większy problem. Szczególnie przypadki osób, którzy w rodzinie nie mieli przedsiębiorczych przodków, po których mogą odziedziczyć rodzinny biznes albo wiedzy i doświadczenia dotyczącego kontaktów z klientem, umiejętności sprzedaży oraz zabawy z ZUS-em i fiskusem.

Zdarza się, że jeszcze za szczeniaka, np. w liceum ktoś zaczyna kombinować i wspierany wrodzonym fartem idzie przed siebie zarabiając więcej niż rodzice. Gratulacje o ile jest to względnie legalny interesik. Wtedy nic, tylko iść za ciosem i zbierać żniwo swojej pracy. Tak czy inaczej w końcu pojawia się pewien próg i pytanie “co dalej?”. Oczywiście doświadczenie rośnie, ale pojawia się bariera wejścia na wyższy poziom. Gdzie znaleźć odpowiedź?  Uczelnia? No po co? Przecież szkoda czasu na nudne wykłady i słuchanie o czymś, co ma się w jednym palcu. Z kolei czekanie na II etap studiów, na którym może wpadnie trochę informacji (tych naprawdę potrzebnych) graniczy z absurdem. Gdzie tu sens? Niestety go nie ma.

Uczelnie, z którymi miałem osobiście styczność i program, którym wabieni są studenci jest zawsze zachęcający. Same nazwy przedmiotów budują uśmiech na twarzy i mylne przeczucie, że właśnie na tych zajęciach “dowiem się tego, czego szukam”. Błąd!

Dlaczego tak się dzieje? Może dlatego, że informatyka to ta dziedzina nauki, która rozwija się bardzo dynamicznie. Jeszcze jakiś czas temu wyposażenie uczelni i bibliografie były tak pożółkłe, że człowiek bał się styczności w obawie zakażenia jakimś syfem. Obecnie jest lepiej. Darmowe lub studenckie, tańsze wersje oprogramowania i nowoczesny sprzęt robią wrażenie. To gdzie leży problem? W programie i wykładowcach.

Program jest po prostu nudny. Nuda jak nuda, ale jest on ułożony zupełnie odwrotnie niż powinien. Matematyka, fizyka to przedmioty, które uważane są za obowiązkowe w informatyce. I OK, możemy się z tym zgadzać bo tak było od zawsze. Tylko jaki jest cel liczenia całek, rysowania wykresów, których nie rozumiemy i nie widzimy ich zastosowania w realnym życiu? Ileż tej matematyki w informatyce potrzeba? Zaraz zaraz, przecież mam komputer, tak? Czy nie mogę zrzucić na niego tych obliczeń? Czy umiejętność logicznego myślenia nie jest ważniejsza niż algorytmy liczenia delty? Zresztą co to jest ta delta? Gdzie z niej skorzystam w realnym życiu? O zgrozo, mam ją jeszcze liczyć na kartce?! Przecież mam komputer w plecaku! Fizyka, hmm. No fajnie, dzięki niej mogę obliczyć opór płynącego prądu w kabelkach, np w ścianie, czy w tych od twardego dysku. Super! Sprzedam tę wiedzę kumplom na ławce przed blokiem i wyjdę na mądrego, bo nikt inny tym nie będzie zainteresowany. Gdybym jeszcze chciał zostać inżynierem projektującym procesory, miałoby to sens. Programiście, którym chciałem zostać wystarczy wiedza podstawowa z liceum na temat płynących elektronów.

Architektura komputerów; idąc na informatykę decyduję się na obcowanie z tymi urządzeniami, ale czy ja muszę wiedzieć jak są zbudowane? Czasy, w których komputery składało się w domowym zaciszu minęły 10 lat temu. Ale OK, może to czyjś konik. Tylko teraz sprawdźmy ile osób kupuje blaszane PC’ty pod biurko, a ile sprzedaje się laptopów i innego rodzaju przenośnego sprzętu, w którym po prostu się nie dłubie. Sensowne byłoby odświeżenie programu właśnie o urządzenia przenośne, palmptopy, tablety i oczywiście telefony. Niektóre mają przecież GPS, kilka innych czujników. Czy nie warto byłoby pokazać jak je wykorzystać, zamiast paplać o magistralach. Tu nie ma biznesu.

I tak się brnie w te zajęcia i sesje, po których zamiast uśmiechu i poczucia poszerzenia horyzontów notujemy nieprzespane noce i wnioski typu “co ja tu robię?!”. Nie no, zaraz, przecież umiem policzyć prędkość komety! Czad, z pewnością mój przyszły pracodawca to doceni, ewentualnie mój biznes będzie się na tym opierał. Kasa i czas leci, a my stoimy w miejscu.

Wchodzisz na facebook.com i czytasz artykuł o pewnym młodziaku, w którego inwestor pakuje którąś bańkę i on jeszcze ma czelność powiedzieć, że studia to “strata czasu”. Szlag człowieka trafia. Czy wyjdę z dobrym projektem z uczelni? No nie, bo całki..

Dobra, inżynier zrobiony! Super! Co dalej? Szkoda zaprzestać edukacji, przecież jestem już tak daleko. Szukamy II stopnia. Teraz to już na pewno będzie ciekawie, a  program będzie ułożony wertykalnie dla specjalizacji, która mnie interesuje. Czytam ulotkę.. No wreszcie! Programowanie takie, siakie i owakie. Złapałem Boga za nogi! To jest to! I co? … matlab mówi dzień dobry. Kolejne 2 lata z nudziarzami, którzy leczą swoje niespełnione ambicje tkwiąc w teorii zero-jedynkowego świata w kompleksach. Teraz już będę wiedział jak obliczyć prędkość komety i jeszcze przedstawić to na wykresie! Jestem informatykiem z krwi i kości! Błąd. Nie jestem.

Idę do pracy! Mam papier, więc ktoś mnie musi przyjąć. Zresztą informatyk to teraz najbardziej poszukiwany na rynku i intratny zawód. Co się okazuje? Ilość ogłoszeń jest ogromna i fajnie. Tyle tylko, że wiedza, którą posiedli studenci jest o kant rozbić, bo nie jest poparta praktyką. Zresztą jest ona nieadekwatna do oczekiwań pracodawców. Później okazuje się, że tydzień w pracy daje tyle wiedzy praktycznej co jeden semestr, a nawet rok na uczelni. Mało tego, absolwenci nie są nauczeni działać samodzielnie. Kreatywność i najbardziej płodne lata umysłów zostały pogrzebane na ćwiczeniach z analizy matematycznej, która o dziwo teraz miałaby nawet sens.

System nauczania jest liniowy i rozpoczyna się na nauce o przeskakujących elektronach po transformatorkach procesora, a kończy na sensownym zastosowaniu jego mocy. Czy w dzisiejszych czasach jest to potrzebne? Nie! Tym podejściem nie da się zainteresować młodych ludzi możliwościami ich własnych komputerów, które noszą ze sobą na zajęcia. Każdy z nich ma sprzęt, na którym może stworzyć coś wielkiego.

Student musi dowiedzieć się czym jest informacja i jak ją przetworzyć do własnych celów. To właśnie dane stanowią najwyższą wartość w biznesie. Nikt o tym nie mówi, a jeśli nawet to jest to maleńka dygresja.

Osobiście na studiach interesowały mnie zajęcia z programowania. Chciałem zostać programistą. Wszystkiego czego nauczyłem się na uczelni to tak naprawdę praca samodzielna w domu.

Nauczanie metodą projektową to również mit. Każde zajęcia to inny projekt, inne zagadnienie i to wszystko po końcu semestru ląduje w najdalszym miejscu twardego dysku.

Studenta trzeba zarazić potencjałem obecnie dostępnych narzędzi. On musi czuć, że to co, właśnie robi faktycznie będzie miało zastosowanie. Trzeba mu pokazać “przycisk”, a dopiero później powiedzieć, że jest to obiekt, na którym może działać. Na uczelni najpierw opowiada się o wysoko abstrakcyjnych z poziomu postrzegania klasach, właściwościach i algorytmach wykonania wirtualnego zadania, którego rezultat jest po prostu marny lub mało logiczny.

A gdyby tak odwrócić program do góry nogami? Najpierw konkret, a później matematyka? Skoro mam narzędzie, które daje mi możliwość stworzenia prostej aplikacji poprzez przeciągnięcie i upuszczenie “przycisku” na scenę to teraz chcę wiedzieć co jeszcze mogę z nim zrobić przy pomocy kodu. Teraz sam będę chciał poznać algorytmy i matematyczne operacje. Chcę tego sam! Jestem ciekaw czego jeszcze mogę dokonać. Mało tego, mam pomysł na program, tylko nie czuję czego jeszcze mi brakuje.

W ten sposób stymuluje się umysły. Katowanie wzorami od początku zabija kreatywność i chęć do działania. Studia muszą być atrakcyjne. Sam program to jedno. Drugie “primo ultimo” to wykładowcy. Bywa tak, że pan prof., dr. prowadzi zajęcia tylko dlatego, że musi, bo prowadzi badania, którymi i tak nie dzieli się ze studentami. Jego zaangażowanie w zajęcia jest często co najmniej lekceważące w stosunku do słuchaczy. Niektórzy po prostu nie nadają się do przekazywania wiedzy, czy to tak trudno zrozumieć?

OK, teraz pytanie “czy warto iść na studia?”. Oczywiście, że tak, ale nie na byle jakie. Zanim wybierze się uczelnię, należy zasięgnąć opinii od absolwentów albo studentów, którzy są w trakcie nauki, ewentualnie szukać efektów ich pracy. Jakie studia wybrać? Takie, które faktycznie nas interesują, a nie podobne do naszych zainteresowań. Oby były jak najbardziej wertykalne. Wszechstronność nie jest w modzie. Należy się specjalizować jak najszybciej, bo skupienie się na jakimś zagadnieniu daje efekty. Moment osiągnięcia statusu fachowca w danym temacie jest sygnałem do poszukiwania kolejnych dróg rozwoju. Już szkoła średnia powinna mocniej kierować ucznia na odpowiednie tory. Jest mnóstwo placówek, które chwalą się mnogą ilością klas profilowanych. Ich przewagą jest często jedna godzina dodatkowych zajęć przedmiotu przewodniego. Na siłę stara się zainteresować wszystkich wszystkim. Slogan z reklamy proszku do prania mówi, że “jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego”. Powinno się kształcić fachowców, których brakuje, a nie pseudospecjalistów.

Od jakiegoś czasu pomiędzy szkołą podstawową a szkołą średnią jest gimnazjum. Kolejny element dezintegracji środowiska dydaktyków i uczniów, który negatywnie wpływa na samo wychowanie jak i przekazywanie wiedzy. To element, który pozornie wpływa na pojęcie dorosłości młodego człowieka w wieku jeszcze niedojrzałym, nadal nieukształtowanego.

Warto zastanowić się nad systemem edukacji w tym kraju, skoro sami absolwenci mają do niego wiele zastrzeżeń. Program, dobór odpowiednich narzędzi i kadry z powołania powinien zostać poddany głębszemu zastanowieniu i reformie. Ustawodawcy powinni wysłuchać postulatów zarówno ciała pedagogicznego, jak i odpowiedzieć na potrzeby samych uczniów i rynku pracy. Edukacja powinna być również dostosowana do ludzi, którzy w przyszłości będą chcieli zdobyć odpowiednią posadę, ale także dla tych, którzy chcą stworzyć swój własny biznes i miejsca pracy dla tych pierwszych. Nauka powinna stymulować kreatywność i umiejętność samodzielnego działania, współzawodnictwa i działania w grupie. Wiedza to nie tylko teoria, ale przede wszystkim praktyczne jej zastosowanie, o którym często się zapomina.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst