Wiemy, kto płaci na pierwszej randce. "Randka zero" to idealne rozwiązanie

Czy to prawda, że kobiety korzystają z Tindera tylko po to, by zjeść darmową kolację? A mężczyźni myślą tylko o jednym? Dziennikarka Sylwia Stodulska-Jurczyk i terapuetka Joanna Godecka, autorki książki "Epoka singli. Jak zbudować związek w czasach scrollowania", opowiadają w rozmowie z magazynem Spider's Web+ jak randkować, by się nie rozczarować.

Wiemy, kto płaci na pierwszej randce. "Randka zero" to idealne rozwiązanie

Miłość dziś przypomina przejażdżkę uberem: jeśli coś pójdzie nie tak, wystarczy kliknąć "anuluj". Bez słowa. Bez konsekwencji. Bez wyjaśnień.

Kochać w epoce instant relacji jest szalenie trudno. Adrian Burtan w naszym tekście "Randkujesz w internecie i nic z tego? Oto dlaczego ci się nie udaje" dał przykład jednego z Tinderowiczów, niejakiego Haydena z USA, który przez 5 lat przesunął w prawo ponad 2 miliony razy (sic!). Dało mu to 2053 "matchy", 1269 rozmów i... jedną realną randkę. Dramat, determinacja czy smutek algorytmów?

Aplikacje randkowe dały nam złudzenie nieskończonych możliwości, ale jednocześnie sprawiły, że każda osoba stała się wymienialna. A może następna będzie lepsza? Tak brzmi mantra naszych czasów. Tyle że to nie tylko wina technologii. Coś głębszego się zmieniło w sposobie, w jaki postrzegamy zobowiązania, cierpliwość, pracę nad relacją.

Czy żyjemy w epoce samotności, mimo że nigdy wcześniej nie byliśmy tak bardzo "połączeni"? O tym, dlaczego można czuć się samotnym w związku, jak aplikacje randkowe zmieniły nasze oczekiwania, skąd bierze się lęk przed bliskością i dlaczego coraz częściej szukamy jej w technologi opowiadają: dziennikarka Sylwia Stodulska-Jurczyk i terapuetka Joanna Godecka, autorki książki "Epoka singli. Jak zbudować związek w czasach scrollowania".



Rafał Pikuła: Coraz częściej słyszymy, że żyjemy w czasach "pandemii samotności". To realny problem czy raczej publicystyczna fraza, którą media lubią opisywać kolejne kryzysy?

Sylwia Stodulska-Jurczyk: No właśnie, to dobre pytanie. Bo z jednej strony mamy hasło, które brzmi dramatycznie, a z drugiej – twarde dane. Coraz więcej badań pokazuje, że samotność rzeczywiście staje się zjawiskiem masowym. Pytanie tylko, jak ją definiujemy.

Joanna Godecka: I tu trzeba bardzo wyraźnie rozgraniczyć dwie rzeczy. Pandemia samotności nie jest równoznaczna z tym, że coraz więcej osób żyje solo. W krajach skandynawskich czy w Wielkiej Brytanii nawet co druga osoba mieszka w jednoosobowym gospodarstwie, ale to nie oznacza automatycznie samotności.

W języku angielskim jest zresztą bardzo trafne rozróżnienie: solitude i loneliness. Samotność z wyboru i samotność odczuwana jako brak. Nie każdy singiel jest samotny – i to jest bardzo ważne.

Sylwia: Dokładnie. My to zresztą widzimy w badaniach. W zeszłym roku robiliśmy ankietę wśród mężczyzn – z okazji Dnia Kobiet – i wyszło nam, że ponad 58 proc. deklaruje poczucie samotności. Co ciekawe, aż 26 proc.  z nich było w związkach.

Czyli można być niesamotnym singlem i jednocześnie bardzo samotnym partnerem.

Sylwia: Tak. Można mieć wokół siebie ludzi, a jednocześnie nie mieć ani jednej osoby, z którą da się naprawdę porozmawiać. W naszych badaniach wyszło, że nawet około 70 proc. respondentów nie ma nikogo, komu mogliby powiedzieć o swoich problemach. I to dotyczy nie tylko relacji romantycznych, ale też przyjacielskich i towarzyskich.

Joanna: Dokładnie. Nasza rozmówczyni,  socjolożka, dr.Julita Czarnecka, świetnie to opisuje. Kiedyś w małych społecznościach wszyscy wszystko o sobie wiedzieli – co bywało obciążające – ale w momentach kryzysu była cała wspólnota, która wspierała. Cała społeczność brała udział w życiu jednostki.

Dziś mamy większą wolność i anonimowość, ale często płacimy za to osamotnieniem. Szczególnie widać to u osób, które przyjeżdżają do dużych miast – za pracą, karierą, lepszymi warunkami.

Joanna: Tak, ale ceną bywa brak relacji. Miałam w gabinecie dwudziestokilkuletnią kobietę, która przeprowadziła się do Warszawy, zaczęła pracę w korporacji i powiedziała: "Ja nie mam do kogo buzi otworzyć".

A znajomi z pracy?

Joanna: Powierzchowna znajomość. "Cześć, cześć, ładna pogoda", trochę jak w Stanach Zjednoczonych – przyczepiony uśmiech, small talk i każdy wraca do swojego boksu.

Zaproponowałam tej klientce bardzo prosty, analogowy eksperyment. Zapytałam, co lubi robić. Odpowiedziała: jeździć na rowerze. Powiesiła więc w pracy ogłoszenie, że szuka osób na wspólne wycieczki rowerowe. I to zadziałało – znalazła ludzi, z którymi zaczęła budować relacje.

To ciekawe, bo dziś zwykle szukamy takich rzeczy w mediach społecznościowych: grupy na Facebooku, aplikacje, platformy. A jednak w mniejszych mikrospołecznościach, jak miejsce pracy, takie proste inicjatywy wciąż mają sens. I pokazują, że problemem nie jest brak ludzi, tylko brak realnej bliskości.

Odrzucenie w internecie nie jest prawdziwym odrzuceniem. My też nie każdemu się podobamy i nie na każdym zawieszamy oko. Dopóki tego nie zaakceptujemy, platformy randkowe zawsze będą nas frustrować. Ilustracja: shutterstock / Roman Samborskyi

A skoro jesteśmy magazynem technologicznym – muszę zapytać: na ile media społecznościowe i aplikacje randkowe pogłębiają ten problem samotności? Jonathan Haidt w "Niespokojnym pokoleniu" sporo o tym pisze.

Joanna:
Myślę, że one wrzucają nas w kulturę opcji.

Zaczynamy traktować relacje jak katalog produktów. Pamiętam historię dziewczyny, która była zmęczona randkami i powiedziała: "Na Zalando łatwiej – nie pasuje, odsyłam". Tylko że relacje tak nie działają.

Do tego dochodzi powierzchowność – zdjęcie, krótki opis, szybka ocena. Nawet Instagram stał się dziś przestrzenią randkowania.

Sylwia: Pracuję z portalami randkowymi od 2008 roku i zawsze powtarzam: to tylko narzędzie. Efekt zależy od tego, jak z niego korzystamy. Relacji nie buduje się w tydzień. Nie wychodzimy z klubu po 20 minutach z kandydatem na męża czy żonę.

Joanna:
 A my żyjemy w kulturze instant.

Dokładnie. Ludzie boją się "zmarnowanego czasu", chcą szybkiej pewności. Tymczasem w realnym świecie relacje często tworzą się miesiącami – bez żadnej gwarancji sukcesu.

Joanna: O tym mówi też psycholożka Kasia Kucewicz, nasza rozmówczyni – że odrzucenie w internecie nie jest prawdziwym odrzuceniem. My też nie każdemu się podobamy i nie na każdym zawieszamy oko. Dopóki tego nie zaakceptujemy, platformy randkowe zawsze będą nas frustrować.

Sylwia:
Zwłaszcza że im większy wybór, tym mniejsze zadowolenie z decyzji – i tym większe poczucie odrzucenia.

Joanna: Cały czas mamy wrażenie, że gdzieś "czeka na nas ideał". Idealna kobieta, idealny mężczyzna. Ludzie naprawdę zaczęli używać słowa "idealny" w odniesieniu do relacji. A to jest dokładnie tak, jakbyśmy szukali idealnej lodówki: sprawdzamy parametry, porównujemy modele i cały czas myślimy, że może producent jeszcze wypuści coś lepszego. A po dwóch tygodniach użytkowania i tak stwierdzamy, że czegoś brakuje. Z relacjami jest identycznie.

Po roku dowiadujemy się o partnerze czegoś nowego, po dwóch latach wychodzi kolejna rzecz, po pięciu latach pojawia się dziecko i nagle widzimy tę osobę w zupełnie nowej roli. Na każdym etapie relacji możemy poczuć rozczarowanie. I to jest normalne.



Jest jeszcze jeden ważny wątek, o którym wspomniałaś wcześniej – odrzucenie. Ono buduje dziś bardzo silny lęk przed relacją.

Joanna: Ludzie są dużo bardziej samoświadomi. I znają lepiej język psychologii; wiedzą, że mają jakieś rany, traumy, deficyty. Tylko czasem idzie to w stronę nadinterpretacji: "ja mam traumę", "ja mam schemat", "ja się boję". I zamiast budować relację, ludzie zaczynają się do niej skradać na palcach, w ciągłej gotowości na cios.

Sylwia: Zostawiają sobie furtkę.

Joanna: Dokładnie.

Sylwia:
Zamiast być w relacji, analizują każdy sygnał pod kątem zagrożenia. I często jest tak, że dwie osoby robią to jednocześnie – obie czujne, obie gotowe się wycofać. W pewnym momencie relacja się zamyka, zanim tak naprawdę zdążyła się zacząć.

A skoro mówimy o aplikacjach randkowych – badania pokazują, że są one bardzo nierównościowe. W przypadku Tindera przeciętny mężczyzna musi przesunąć setki profili, żeby dostać jednego matcha, a przeciętna kobieta – kilka. Do tego dochodzi narracja, że 90 proc. kobiet celuje w maks 10 proc. mężczyzn, w tak zwanego "jednorożca".

Sylwia: To jest też problem konstrukcji samej aplikacji. Kiedyś, na tradycyjnych portalach randkowych, zachęcano ludzi do rozmowy: do czytania profili, pisania pierwszej wiadomości. Gdy zaczynałam pracę w portalu randkowym, największym problemem singli był lęk przed pierwszym krokiem. Dziś ludzie czekają na swipe’a, nie dając od siebie niczego.

Ale co ma zrobić mężczyzna, który pisze i nie dostaje żadnej odpowiedzi? Pisze do dziesięciu, piętnastu kobiet i cisza.

Sylwia:
Często problemem jest jakość tych wiadomości. Kobieta dostaje dziesiątki "hej", "cześć", "kawa?", "Netflix and chill". Kopiuj–wklej. I potem pojawia się frustracja: "napisałem i nic się nie stało". No dobrze, ale co dokładnie napisałeś?

Znam mężczyzn, którzy mówią wprost: "ilość jest jakością samą w sobie". Piszą masowo, nawet z pomocą AI, bo – jak mówią – zarzucają sieć i liczą, że coś wpadnie. Jeden z moich kolegów opowiadał, że kiedyś bardzo się starał, pisał miesiącami, angażował się – i nic z tego nie wyszło. Więc zmienił strategię.

Joanna: I tu dochodzimy do bardzo ważnej rzeczy: im dłużej rozmawiamy online, tym bardziej tworzymy sobie wyobrażenie drugiej osoby. A potem przychodzi konfrontacja z rzeczywistością. Dlatego moment przejścia z online do offline jest kluczowy – jeśli coś "kliknęło", warto to zweryfikować jak najszybciej.

Znam pary, które spotkały się tego samego wieczoru. Mieszkali blisko siebie, chodzili nawet do tych samych szkół, a nigdy by na siebie nie trafili, gdyby nie portal. Spotkanie o 20:00, rozmowa do drugiej w nocy pod blokiem. Takie historie się zdarzają.

Sylwia: Albo historia przyjaciela mojego męża – po rozwodzie, załamany. Namówiliśmy go na założenie profilu. Po kilku miesiącach poznał kobietę, z którą umówiliśmy się wspólnie na rolki na krakowskich Błoniach. Okazało się, że pracuje piętro nade mną. Dziś są małżeństwem, mają siedmioletnią córkę. Bez aplikacji nigdy by się nie spotkali.

Zgadzam się, że aplikacje mogą pomagać. Ale jednocześnie rodzą ogromne frustracje. Znam historie, które brzmią wręcz absurdalnie: dziewczyna wysyła link do sukienki za 700 zł z komunikatem "jak mi ją kupisz, pójdę z tobą na randkę". Z drugiej strony mężczyzna, który umawia się na trzy randki jednego wieczoru – o 18, 20 i 22. I jeśli dobrze mu się rozmawia z drugą, to odwołuje trzecią piętnaście minut przed spotkaniem. Czy to nie jest traktowanie ludzi jak towaru?

Joanna: Jesteśmy w samym środku przyspieszenia, które przyniosła cyfryzacja. Przewodźcowaliśmy się nadmiarem informacji. Nasz mózg stał się popcornowy. Konsumpcjonizm przeniósł się na relacje. Tak jak scrollujemy produkty na platformach zakupowych, tak scrollujemy ludzi.

Sylwia: I to widać też w temacie pieniędzy.

Badania pokazują, że część kobiet jest na aplikacjach tylko po to, żeby zjeść darmowy obiad albo pójść do drogiej restauracji. Jak w takiej rzeczywistości rozmawiać o finansach na randce?

Joanna: Moim zdaniem kluczowe są słowa. Jeśli mówię: "zapraszam cię na kawę", to znaczy, że za nią płacę. Jeśli mówię: "spotkajmy się na kawę", to znaczy, że spotykamy się jako dwie dorosłe osoby. Kasia Kucewicz bardzo trafnie mówi, że pierwsza randka powinna być "randką zero" – neutralnym spotkaniem, bez zobowiązań. Zdecydowanie nie wystawną kolacją za kilkaset złotych.

Sylwia: Ani sukienką za 700 zł.

Joanna: Dokładnie. Spacer, kawa – to wystarczy. I jasna komunikacja. Bo jesteśmy w okresie przejściowym: kiedyś było oczywiste, że mężczyzna płaci, bo taka była jego rola społeczna. Dziś to się zmienia, ale narracje się mieszają.

Często słyszę od kobiet: „ja potrzebuję, żeby mężczyzna się mną opiekował”. I pytam wtedy: "a jesteś dzieckiem?". Jeśli nie, to dlaczego dorosły człowiek ma przejmować rolę opiekuna? 

To bardzo archaiczne podejście.

Joanna: Zdziwilibyście się, jak często to słyszę! I to jeszcze od kobiet, które są przedsiębiorczyniami, świetnie zarabiają, są bardzo samodzielne. One mówią wprost, że czasem mają ochotę po prostu zamknąć oczy i uciec od obecności tych mężczyzn, z którymi są. Co ciekawe, z drugiej strony mężczyźni też się na to buntują.

Sylwia: Bo często jest tak, że kobieta, która świetnie sobie radzi, nie chce być dla mężczyzny "kumplem z wojska", z którym można sobie trzasnąć w plecy i uznać, że wszystko jest okej.

Joanna:  Dokładnie. Gdzieś po drodze zaczęły nam się mieszać role – kto jest kim i dlaczego właściwie ma nim być. Ale mężczyźni mają dokładnie ten sam problem, tylko widziany z drugiej strony. Oni często mówią: "ja bym chciał się nią opiekować". A trafiają na kobietę, która ma super pracę, biega na fitness, na zajęcia, ciągle jest w biegu. I wtedy pada pytanie: gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla mnie?

Do tego dochodzi jeszcze kwestia statusu. Przeciętny mężczyzna bez większego problemu umówi się z kobietą, która zarabia mniej albo ma niższy status zawodowy. Ale kobieta, która jest „na wysokim poziomie”, bardzo rzadko zrobi to w drugą stronę. To jest ten klasyczny przykład: facet z firmą umówi się z kelnerką czy fryzjerką, ale odwrotnie już prawie się nie zdarza.

Joanna: To są wciąż echa poprzedniej epoki. Bardzo głęboko zakorzenione wzorce.

Znam historię osoby, dziś już dorosłej, z którą rozmawiałyśmy dwadzieścia lat temu. Prowadzi dużą firmę, jest bardzo konkretna. Wtedy zdecydowała się skorzystać z biura matrymonialnego i usłyszała propozycję spotkania z motorniczym tramwaju. I nie chodziło o pogardę wobec tego zawodu – po prostu ludzie lubią być z kimś o podobnym statusie. Jeżeli ktoś mówi: "Jedźmy na Bali albo Karaiby", a druga osoba odpowiada: "Ja mogę zaprosić cię do Ciechocinka", to gdzieś naturalnie pojawia się zgrzyt.

Sylwia: Bo nasze oczekiwania wynikają z tego, jak żyjemy i co mamy w ofercie.

Żyjemy w czasach ultrakapitalistycznych, ultraliberalnych, a język ekonomii bardzo głęboko wszedł w obszar relacji. Ilustracja: shutterstock / Roman Samborskyi

Tymczasem badania pokazują, że w dużych miastach to kobiety coraz częściej więcej zarabiają i są lepiej wykształcone. Widać to bardzo wyraźnie w Warszawie.

Sylwia: Tylko że kobiety boją się takich relacji. Boją się, że mężczyzna będzie z nimi po to, żeby sobie zapewnić wygodne życie. "Jeszcze mu będę prała skarpetki" – to zdanie naprawdę często pada.

Joanna: Miałam kiedyś klientkę: piękna, mądra, świetnie zarabiająca kobieta. Jej związek zakończył się z mężczyzną-artystą.

Opowiadała, że na jego czterdzieste urodziny zrobiła mu przyjęcie, zabrała go do Paryża – bajka. A kiedy przyszły jej czterdzieste urodziny, nie dostała nic. Było jej tak głupio, że kupiła sobie pierścionek i udawała przed koleżankami, że to prezent od niego.

Joanna: To już nie jest kwestia pieniędzy. To była relacja polegająca na wygrzewaniu się w cudzym cieple, bez dawania go od siebie. Nie chodziło o to, że ona oczekiwała, że on będzie dużo zarabiał – chodziło o brak równowagi w obdarzaniu się uczuciami.

I to jest dziś ogromny problem. Żyjemy w czasach ultrakapitalistycznych, ultraliberalnych, a język ekonomii bardzo głęboko wszedł w obszar relacji.

Sylwia: "Ekonomizacja miłości" – jak mówi w naszej książce dr Julita Czernecka. Do tego dochodzą zmiany demograficzne.

W mniejszych miejscowościach zostaje więcej mężczyzn, bo kobiety wyjechały w poszukiwaniu lepszego życia. A w dużych miastach jest więcej kobiet ambitnych i rozwijających się niż mężczyzn, którzy w ich oczekiwaniach są w stanie za nimi nadążyć.

No dobrze, ale co w takim razie zrobić w Warszawie? Obniżyć oczekiwania? Facetów nie naprodukujemy. Co wybrać: samotność czy kompromis?

Joanna: Ja myślę, że tu wcale nie chodzi o pieniądze. Chodzi o ciekawość świata, otwarty umysł, sprawność intelektualną. Osoby, które więcej widziały, czytały, doświadczyły, chcą dzielić życie z kimś, kto nadaje na podobnych falach.

Sylwia: Kto pójdzie do teatru, na wystawę, a potem będzie chciał o tym porozmawiać.

Joanna: I tu zaczyna się problem.

Wielu mężczyzn mówi dziś: "ja szukam kobiety, która po prostu lubi życie". Nie tylko schemat: praca, dom, kanapa, serial. Chodzi o gotowość do próbowania. Nie umie jeździć na nartach? To nic, bo  ważne, żeby chciała się nauczyć.

Czyli chodzi o głód życia, energię, ciekawość.

Joanna: Tak. A ludzie są często zmęczeni i zamykają się na życie. Tymczasem kobiety po czterdziestce czy pięćdziesiątce coraz częściej dopiero wtedy rozkwitają. Podróżują, rozwijają się, poznają nowych ludzi. Mężczyźni w tym samym czasie często szukają już kanapy i spokoju. I te drogi zaczynają się rozchodzić. Gdy kobieta sama zapewniła sobie bezpieczeństwo – ma mieszkanie, samochód, stabilność – wreszcie może zająć się sobą. Szuka partnera, który będzie jej towarzyszył, a nie ją zatrzymywał.

Sylwia:  Tego jednak nie widać na aplikacjach randkowych. Tam widać zdjęcia z nart, z jachtu, z pieskiem – ale nie widać energii życiowej. A to właśnie ona jest dziś najbardziej poszukiwana.

I kiedy tej energii zaczyna brakować w związku, ludzie często szukają jej gdzie indziej.

Joanna: Zdrady rzadko są planowane. Najczęściej wynikają z braku: uwagi, docenienia, ciepła. Ktoś gdzieś wyjedzie, kogoś pozna, ktoś powie jedno dobre zdanie  i nagle coś "klika".

Sylwia:  Każdy ma własną definicję zdrady. Kluczowa jest intencja. Tam, gdzie zanika bliskość, a telefon staje się łatwiejszy niż rozmowa, zaczyna się problem. To najłatwiejsza zdrada – bez spotkań, bez ryzyka. Zostaje tylko pytanie: czego nam brakuje i dlaczego szukamy tego gdzie indziej, zamiast tu, obok.

Joanna: Bo pojęcie zdrady to jest zawsze pewnego rodzaju umowa między dwojgiem ludzi. To, co nią jest, a co nie – zależy od tego, na co się umawiamy i co dla nas jest krzywdzące.

Dokładnie. Dam wam przykład pary, która ustaliła, że każda rozmowa z osobą płci przeciwnej  która nie jest rodzeństwem albo wspólnym znajomym jest już zdradą.

Joanna: No to pytanie brzmi: jakie oni mają poczucie własnej wartości i poczucie bezpieczeństwa w tej relacji? Jeżeli na każdym kroku boimy się, że "Boże, każda rozmowa to potencjalna zdrada", to coś jest bardzo nie tak. I to nie tylko ze związkiem, ale też z nami. To jest objaw patologicznej zazdrości. Zdarza mi się pracować z osobami, które przychodzą właśnie z takim problemem: skrajnej, niszczącej zazdrości partnera lub partnerki.

Sylwia: To bardzo często dowodzi tragicznego poczucia własnej wartości.

Joanna: Dokładnie.Zakładamy wtedy, że każdy kontakt z osobą płci przeciwnej jest zagrożeniem dla związku.

Sylwia: Albo że jest automatycznie nacechowany erotycznie czy romantycznie. My to sobie po prostu dopowiadamy.

Joanna: Jeżeli ktoś rozmawia z sąsiadką o tym, że w tym tygodniu śmieci są wywożone w piątek, a nie w czwartek, a partner uznaje to za zdradę – to znaczy, że każdy kontakt z osobą z zewnątrz wywołuje lęk. Czyli w głowie tej osoby partner na pewno kiedyś "odejdzie", "zdradzi", "zawiedzie". To jest naprawdę straszne.

Chcę dorzucić wątek technologiczny. Pisaliśmy ostatnio w magazynie, że 19 proc. dorosłych Amerykanów miało lub ma relację z chatbotem. Ludzie romansują z botami. I w tych badaniach wyraźnie było napisane, że bot jest tak skonstruowany, żeby mówić nam dokładnie to, co chcemy usłyszeć.

Sylwia: Asia napisała ostatnio świetny tekst o Japonce, która wzięła symboliczny ślub z hologramem stworzonym na bazie ChatGPT. I tam bardzo ładnie padło zdanie, że to jest lustro. ChatGPT to jesteśmy my. Słyszymy w nim własne potrzeby i własne słowa.

Czyli romansując z czatem, tak naprawdę romansujemy z samymi sobą?

Joanna: Tworzymy  idealnego partnera, skrojonego dokładnie pod nasze potrzeby. To jak portret pamięciowy – tylko zamiast rysów twarzy dobieramy cechy charakteru.

Takie usteczka, takie brewki, takie oczka – tylko że charakterowe. I ten czat zawsze jest taki, jak chcemy. Nie zdradzi, nie odejdzie, zawsze poklepie po plecach. Sama się na tym łapię, bo pracuję z ChatGPT na co dzień i on odpowiada mi już moimi powiedzonkami. Więc nie dziwię się, że niektórych to może ponieść.

Zauważmy też, że z badań wynika, że częściej w takie relacje wchodzą kobiety. U mężczyzn jednak aspekt fizyczny nadal jest bardzo ważny, a dla kobiet kluczowe jest bycie wysłuchaną i zaopiekowaną emocjonalnie.

Joanna: To trochę przypomina dawne afery z "oficerami marynarki" czy innymi oszustwami matrymonialnymi. Ludzie przez lata romansowali z kimś, kogo w ogóle nie było, wysyłali pieniądze. Pamiętacie "rosyjskie narzeczone"? Mężczyźni przelewali pieniądze na bilety, na chore mamy. Ten motyw był nawet w "Detektywie" z Jodie Foster: facet czeka na samolot, a kobieta nigdy nie przylatuje.

Czyli ewoluujemy w stronę bytów wirtualnych. Pytanie tylko: czy to jest alternatywa, czy już patologia?

Sylwia: To przede wszystkim pokazuje, jak bardzo potrzebujemy bliskości. Kogoś, kto będzie, kto odpowie, kto pocieszy. Przypomina mi się "Cast Away" z Tomem Hanksem i Wilson – piłka, która była jego jedyną relacją. On rzucił się za nią w ocean. I my dziś robimy bardzo podobnie.

Joanna: Do mnie też przychodzą ludzie i mówią: "Zapytałem ChatGPT o randkę, bo nie wiem, jak zinterpretować to, co ona powiedziała".

Problem w tym, że czat często utwierdza nas w przekonaniu, że to my mamy rację, a druga strona zawiniła.

Joanna: To zależy od tego, jak zadamy pytanie. Jeśli pytamy: "Co mogę zrobić, żeby ona chciała ze mną porozmawiać?", odpowiedź będzie inna niż przy pytaniu: "Dlaczego ona mnie tak potraktowała?". Intencja jest kluczowa. Ale wyobraźcie sobie osobę samotną, z problemami emocjonalnymi czy zdrowotnymi – czat oferuje swoje wspierające ramię. To jest bardzo kuszące.

Sylwia: I tu wchodzimy w temat edukacji. Dzieci już dziś uczą się relacji z czatem. Mój 11-letni syn słyszy od kolegów, że odrabiają prace domowe z AI.

Joanna: Dlatego edukacja i psychoedukacja są absolutnie kluczowe.

Nie każdy potrzebuje terapii, ale świadomość psychologiczna jest konieczna. To uwalnia ludzi – nagle ktoś rozumie, dlaczego ma trudności w relacjach. Bo przecież czasem możemy być osobą neuroatypową.

Sylwia: Świetnie pokazuje to serial "Miłość w spektrum". To nie jest reality show, tylko dokument o osobach w spektrum autyzmu, które szukają miłości. Oglądaliśmy to z mężem – łzy na każdym odcinku.

Na koniec zapytam: jest nadzieja? Mówi się, że 2026 ma być rokiem analogu. Ludzie wracają do winyli, książek, spotkań na żywo.

Sylwia: W randkach też to widać. Wracają speed dating, spotkania offline, inicjatywy przyjacielskie, kolacje z nieznajomymi. Ludzie chcą wychodzić do ludzi.

Czyli nie bać się technologii, tylko nauczyć się z niej mądrze korzystać.

Joanna:  I nie bać się "nie".

Nie ma porażek – są sytuacje, w których coś działa albo nie. Jak zabraknie benzyny, to nie porażka, tylko brak paliwa.

I nie mylmy kompromisu z poświęceniem. Kompromis to przestrzeń, a nie rezygnacja z siebie.

Sylwia: Relacja zaczyna się od rozmowy. Zdjęcie może przyciągnąć, ale wszystko, co najważniejsze, jest w słowach.

Autorki książki (po lewej Sylwia Stodulska-Jurczyk, a po prawej Joanna Godecka) i dziennikarz, autor wywiadu, Rafał Pikuła.

***

Joanna Godecka. Terapeutka, członkini Polskiego Stowarzyszenia Terapeutów Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach. Dyplomowany life coach, coach oddechu z tytułem Diploma Master Practitioner. Certyfikowany Praktyk Integracji Oddechem i Integrującej Obecności. Absolwentka Wydziału Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Autorka poradników, m.in. "Bądź pewna siebie", "Potrzeba kochania".

Sylwia Stodulska-Jurczyk.
Redaktorka i specjalistka content marketingu. Od 2008 roku związana z portalem Sympatia.pl. Autorka artykułów, porad i wywiadów o relacjach, związkach i singlach, które publikowała m.in. w Onet.pl, Zwierciadle i Fakcie. Współautorka książki "Miłość na celowniku" – pierwszego w Polsce poradnika o bezpiecznym szukaniu miłości w Internecie. Absolwentka studiów podyplomowych Digital Media na Uniwersytecie SWPS w Warszawie.