Od geeka do polityka. Kim jest Andrew Yang, który obiecuje Amerykanom darmowe pieniądze?

Andrew Yang
156 interakcji
dołącz do dyskusji

Trochę człowiek-mem, trochę poważny polityk, a na pewno jeden z najpopularniejszych obecnie Azjatów w Stanach. Andrew Yang elektryzuje dziś każdego zwykłego Amerykanina.

Na skrzyżowaniu dwóch nowojorskich ulic stoi czworo ludzi. I podobnie jak tysiące ulotkarzy czy sprzedawców liczy, że ktoś się zatrzyma, by poświęcić im sekundę uwagi. Od innych różni ich to, co próbują rozdawać. Pieniądze za darmo! Może nie dosłownie i do ręki, ale blisko. Chodzi o dochód podstawowy, polityczny postulat kontrowersyjnego przedsiębiorcy i polityka Andrew Yanga, który kandyduje w prawyborach na urząd burmistrza Nowego Jorku, a owa czwórka ludzi to wolontariusze kandydata. Za nimi stoi jeszcze kolejny baner, na którym widnieje dodatkowo, by przyciągnąć uwagę, podobizna i nazwisko ikony amerykańskiej demokracji Martina Luthera Kinga. „Recepta na ubóstwo – dochód gwarantowany”, podpisano MLK. Tak na wszelki wypadek, gdyby samo nazwisko Yanga nie zwróciło dość uwagi przechodniów. Ale to nie znaczy, że Yang nie jest znany. Przeciwnie, 46-letni syn imigrantów z Tajwanu, obecny w polityce i życiu publicznym Ameryki od niedawna, akurat na brak popularności nie może narzekać.

W ciągu pięciu lat Andrew Yang zdążył zostać kandydatem na prezydenta USA i burmistrza Nowego Jorku, wydać popularną książkę, zostać twarzą dochodu podstawowego i automatyzacji pracy oraz jednym z najbardziej rozpoznawalnych Amerykanów azjatyckiego pochodzenia. W ogóle został człowiekiem-memem. Złośliwi powiedzą zresztą, że to jedyne, co zostanie z jego licznych przedsięwzięć biznesowych, publicznych, filantropijnych i politycznych. Że ze wszystkich ambitnych planów pomocy Ameryce – bezrobotnym, start-upom, miastom w pokryzysowej zapaści czy zadłużonym studentom i komu tylko się da – Yangowi udało się pomóc przede wszystkim Yangowi.

Cóż, to też jakieś osiągnięcie. Ale fenomen faceta w czapce z napisem „MATH” nie kończy się na jego osobistym sukcesie.

Dyplomy to potęgi klucz

Urodził się w Schenectady w stanie Nowy York, jest synem tajwańsko-chińskiej pary, która w nowej ojczyźnie związała się z nauką i technologiami. A jakby tego do kompletnego stereotypu było mało, można dodać, że przyszli państwo Hsiung-Yang zakochali się w sobie po spotkaniu w szkole podyplomowej na Uniwersytecie Berkeley w Kalifornii – umysłowym zapleczu zarówno technologii, jak i lewicowych elit amerykańskiej polityki. Ojciec pracował dla IBM i ma na swoim koncie kilkadziesiąt patentów, mama zdobyła dyplom ze statystyki. Poszło im na tyle sprawnie, że mieli pieniądze, by także swoich synów wykształcić w najlepszych szkołach.

„Na życiowej loterii szans Yangowie zgarnęli całkiem sowitą nagrodę” – tak komentował ten merytokratyczny awans rodziny przyszłego kandydata na prezydenta popularny podcast „Freakonomics”. W ostatnich kilkunastu latach, a w szczególności po demokratycznej stronie amerykańskiego życia publicznego, podobne historie i edukacyjne ścieżki łączą wiele postaci, które sięgnęły najwyższych urzędów. Przykład? Barack Obama czy Kamala Harris, obecna wiceprezydentka.

Yang skończył więc prestiżową szkołę z internatem (taką, jak na filmach o rozpieszczonej białej młodzieży) Brown University, a potem Columbia Law School, skąd wyszedł jako dyplomowany prawnik. Był przełom XX i XXI wieku, więc yuppies po dobrych uczelniach jak wystrzeleni z procy lecieli do pracy w kancelariach prawniczych i bardzo jeszcze wtedy nowych przedsięwzięciach internetowych epoki www. Yang trafił i tu, i tu. W komercyjnej kancelarii prawnej nie wytrzymał długo. Karierę zrobił później jego cytat, gdy nazwał tę pracę „konkursem w jedzeniu ciasta, gdzie w nagrodę dają więcej ciasta”. Cała późniejsza droga zawodowa i polityczna Yanga już wtedy związała się – na dobre i złe – z merytokracją. Sektor prywatnej edukacji, start-upy i fundusze inwestycyjne, technokratyczne fundacje – świat stworzony dla ambitnego kujona z misyjnym zacięciem.

Tu zaś należy się pewne wyjaśnienie. Słowo „merytokracja” często kojarzy się jednoznacznie pozytywnie – jako awans i rządy lepiej przygotowanych i mądrzejszych. Rzadziej zaś jako tyrania testów i certyfikatów, władza dyplomów i stopni oraz cały przemysł do wytwarzania obietnic – „skończysz szkołę, zrobisz karierę, zobaczysz”. Yang reprezentuje obydwie strony tego medalu: jest dzieckiem awansu, ale i udziałowcem w tej wielkiej fabryce dyplomów.

Firma Manhattan Prep, której szybko został prezesem w pierwszej dekadzie XXI w., zajmowała się przygotowaniem kandydatów do testów, w szczególności zaś na egzaminy do podyplomowych szkół biznesowych. Jedno z tych miejsc, które pomaga za pieniądze zdobyć kwalifikacje do zarabiania jeszcze większych pieniędzy – jak we wspomnianej anegdotce z ciastem, którą opowiadał Yang. Był to więc z pewnością biznes oparty na wiedzy, ale niekoniecznie tak idealistyczny, jak później Yang – którego jedno z haseł brzmiało „najpierw człowieczeństwo!” – opowiadał. A jednak to po tej, mniej szlachetnej stronie merytokracji Yang zarobił pierwszy milion. W 2009 roku, gdy szalał już wielki kryzys, Manhattan Prep został kupiony przez ówczesnych właścicieli „Washington Post”, a Yang dostał sześciocyfrową kwotę.

Kujon kontratakuje

Yang „nawrócił się” na społeczne inicjatywy i pomoc słabszym wtedy – co złośliwie odnotowały później lewicowe pisma – gdy już miał tyle kasy, by pozwolić sobie także na dobre serce. Ale z drugiej strony trzeba było poważnej społecznej ślepoty i wrażliwości komiksowego Jokera, by nie zobaczyć, co się wokół dzieje. Yang awansował dzięki prestiżowym szkołom, zrobił karierę w biznesie, przygotowując do kariery innych podobnych sobie młodych ludzi, w końcu dostał za to sowite wynagrodzenie.

Ale to była bańka w bańce – Manhattan, Nowy Jork, wschodnie wybrzeże i życie jego elit. Młodzi ludzie, nie mniej utalentowani, którzy urodzili się na prowincji albo w upadających miastach w rodzaju Baltimore czy Detroit, nie mieli już tak łatwo. Nie każdy miał bogatych rodziców i nie każdy wchodził na rynek pracy w czasach hossy. Rynek nawet w głębokim kryzysie wciąż generował zapotrzebowanie na prawników i finansistów, ale jednocześnie dziesiątkami i setkami tysięcy likwidowano miejsca pracy w przemyśle. Te same miejsca pracy, które dawały stabilność rodzinom na pokolenia, znikały w ciągu miesiąca, tygodnia, doby. To nie była piękna „kreatywna destrukcja”, ale destrukcja paskudna jak dziura po kopalni i dno pustego doku. Dopiero po wyjściu ze swojej wygodnej bańki – jak przyznał się w wywiadzie udzielonemu Stephenowi Dubnerowi z „Freakonomics” – Yang przejrzał na oczy.

Za pieniądze zarobione ze sprzedaży Manhattan Prep Yang założył Venture for America – skrzyżowanie funduszu inwestycyjnego, organizacji pozarządowej i programu dla absolwentów. W VfA chodziło o to, by, mówiąc najkrócej, zachęcić do pracy i pomóc zainwestować w start-upy absolwentom prestiżowych szkół i aby te pieniądze oraz miejsca pracy trafiły do mniej prestiżowych lokalizacji: miast takich jak Cleveland czy Detroit. Podwójny zysk: zdolni ludzie trafiają do miejsc, gdzie normalnie by nie wysłali CV, ale by ich do tego zachęcić, otrzymują wsparcie finansowe i stypendia. A dzięki ich talentom gospodarka w postprzemysłowych ośrodkach ma szansę odżyć.

Nie udało się. To znaczy nie do końca – dziś Yang mówi, że przez te kilka lat działania VfA udało się stworzyć trzy tysiące miejsc pracy i firmy „z obrotami idącymi w miliony dolarów”. Jednak najnowsze doniesienia m.in „New York Timesa” mówią, że faktycznie tych miejsc pracy jest dziś dwudziestokrotnie mniej (dosłownie 150 etatów!), a projekt zarządzany był fatalnie. Co więcej, gazeta pisze, że zanim Yang opuścił VfA, prawie do dna wydrenował budżet organizacji, wydając więcej, niż udawało się zbierać od darczyńców.

Kiepski wynik, jak na kogoś, kto będzie promował się jako „seryjny przedsiębiorca” i biznesowy mózg. Z drugiej strony, polityka to także sztuka przekonywania ludzi do swoich pomysłów i zarażania ich ambicją – fakt jak długo i z jakim wsparciem (m.in. prezydenta Obamy) działał Yang, pokazuje, że tych akurat talentów mu nie brakowało. I nie zraził go, najdelikatniej mówiąc, połowiczny sukces Venture for America. Prosto ze swojej organizacji poszedł wysłać papiery do urzędów i zarejestrować swoją kandydaturę w wyborach prezydenckich. Był to niezwykle ryzykowny, szalony wręcz pomysł. I nigdy pewnie byśmy o Yangu nie usłyszeli, gdyby nie historia pewnej idei.

Kasa dla każdego!

Scenka otwierająca ten artykuł – z wolontariuszami reklamującymi kandydaturę Yanga za pomocą twarzy Martina Luthera Kinga – pochodzi z dużego tekstu o Yangu z magazynu „American Prospect”. A konkretnie o tym, jak Yang, przedsiębiorca, kujon i od niedawna polityk, sprawił, że postulat uniwersalnego dochodu podstawowego zszedł pod strzechy. Albo dosłownie „na ulice” amerykańskich miast. Uniwersalny dochód podstawowy to pomysł na politykę socjalną czy zastrzyk gotówki do gospodarki, którego cała mechanika zawiera się już w nazwie. Chodzi dokładnie o to, żeby każdy obywatel i obywatelka dostawał z góry określoną kwotę co miesiąc, niezależnie od tego, czy pracuje i ile zarabia. Po prostu dywidenda od państwa za sam fakt obywatelstwa. Te pieniądze mają w zamyśle zabezpieczyć ludzi na wypadek utraty pracy, zaspokoić podstawowe potrzeby i zastąpić wiele celowych zasiłków – dla bezrobotnych czy rodziców. Zamiast nich (i obsługujących je urzędów) można, zdaniem zwolenników tej propozycji, po prostu przesłać ludziom czeki i nie wikłać się w dyskusje, ile i komu. Każdemu i każdej po równo. Skutek? Natychmiastowa i prosta eliminacja ubóstwa.

W przeciwieństwie do różnych pomysłów na zasiłki czy świadczenia społeczne, dochód podstawowy (czy w skrócie UBI – Universal Basic Income) wcale nie cieszy się zainteresowaniem tylko lewicy, socjaldemokratów czy zwolenników większego zaangażowania państwa w gospodarkę. Przeciwnie, to rzadki przykład propozycji, która z różnych powodów znajduje fanów i wśród socjalistów, i libertarian.

W Ameryce nawet długo po kryzysie z 2008 roku nie było jednak nikogo w głównym nurcie, kto chciałby się po ten pomysł schylić. Może i nic w tym dziwnego – bo jakże tak, w tradycyjnie niechętnej rozszerzaniu „socjalu” Ameryce? Gdzie każdy stan zazdrośnie strzeże swojej kasy, a lęk przed imigrantami wyciągającymi ręce po zasiłek skutecznie paraliżuje większość polityków przed mówieniem o rozdawaniu komuś pieniędzy? Trzeba było więc ekscentryka, by właśnie na idei dochodu podstawowego wjechać do centrum debaty. Andrew Yang owinął hasło dochodu podstawowego w amerykańską flagę – nazwał go w swoim programie wyborczym „dywidendą wolności” – i zgłosił się do udziału w prezydenckim wyścigu.

I to był dopiero sukces, na jaki przedsiębiorca i filantrop czekał latami. Pomysł był prosty, Yang budził zainteresowanie, meryto- i technokratyczna aura wokół kandydata powodowała, że ludzie mu zaufali. Co pewnie pomogło, Yang miał wizerunek sympatycznego i autoironicznego biznesmena/informatyka/kujona, który wpisywał się w popularny w USA stereotyp o Azjatach. Punktował więc tym, że w przeciwieństwie do przedstawiającego się jako socjalista innego kandydata w prawyborach prezydenckich, Berniego Sandersa, nie wydawał się groźny. „Dochód gwarantowany uczynił z Yanga polityczny fenomen i wybił go na sondażowe wyżyny” – pisał w przywoływanym tu już tekście Alexander Sammon.

Późnym latem 2020 roku według pracowni Pew Research Center aż 45% Amerykanów i Amerykanek oraz aż dwie trzecie demokratów popierało dochód podstawowy! W styczniu 2021 r. magazyn Bloomberg ogłosił, że nadchodzi „rok eksperymentów z dochodem podstawowym” i w kraju rozpocznie się 11 pilotażowych programów z „kasą do ręki” w amerykańskich miastach i miasteczkach. Zasługa Yanga w tym nagłym skoku popularności UBI była oczywista. Pracownia PEW postanowiła zresztą zilustrować swój raport o dochodzie podstawowym zdjęciem młodego faceta trzymającego wielki kartonowy banknot dolarowy z podobizną Yanga w miejscu, które tradycyjnie zajmują martwi prezydenci. Po drodze był występ u Joe Rogana, pandemia COVID-19, pięć prezydenckich debat, porażka, start na burmistrza Nowego Jorku (i kolejna porażka).

12 tysięcy plus

„Stany Zjednoczone powinny zapewnić roczny dochód w wysokości 12 tysięcy dolarów dla każdego Amerykanina w wieku 18-64 lata. Ustawę taką można by znowelizować lub znieść tylko przy pomocy konstytucyjnej superwiększości. Dziś linia ubóstwa wynosi 11 700 dolarów. W największym skrócie rzecz biorąc, udałoby się nam dzięki temu wyciągnąć wszystkich Amerykanów i Amerykanki ponad ten próg i zlikwidować najbardziej dotkliwą biedę” – pisał Yang w swojej wydanej w 2018 roku książce „The War on Normal People” (Wojna ze zwykłymi ludźmi). Później ta myśl stanie się jednym z fundamentów jego kampanii prezydenckiej. Yang podszedł do tematu, jak na geeka przystało: jego polityczne postulaty dotyczyły automatyzacji miejsc pracy (znikają przez roboty), inwestycji w nauki ścisłe i innowacje, a jedno z jego haseł – Make America Think Harder – układało się w akronim M.A.T.H, czyli „matma”.

Nikt jednak dzięki samej tylko atrakcyjności swojego programu nie zaszedł w amerykańskich wyborach prezydenckich daleko. Kandydaci w tym trudnym, wycieńczającym i długim wyścigu muszą mieć tuzin innych cech i niemało szczęścia, by cokolwiek osiągnąć. W przypadku Yanga – i tu robi się dopiero ciekawie – szczęście miało twarz przypakowanego pięćdziesięciolatka o nazwisku Joe Rogan. Niezwykle popularny autor podcastów, komik, celebryta, znienawidzony przez niemałą część mediów głównego nurtu były komentator sportowy, który jest medialnym fenomenem sam w sobie, zaprosił w lutym 2019 Yanga do swojego programu.

Występ wystrzelił na orbitę popularność wcześniej marginesowego kandydata. Z perspektywy czasu można łatwo zrozumieć, dlaczego. Słuchacze Rogana – których są miliony – nie lubią głównego nurtu, zaś chętnie posłuchają o wszystkim, co niekonwencjonalne i co nie mieści się na stronach takiego „New York Timesa” czy „Washington Post”. Skoro już do studia Rogana przyszedł kandydat na prezydenta, to musi mieć coś ważnego i szokującego do powiedzenia, prawda? Opowieść Yanga: o automatyzacji, która zabiera miejsca pracy, pieniądzach do kieszeni i kryzysie normalnej Ameryki – także was, chłopaki! – musiała zadziałać. Yang jako kujon mówiący także do innych kujonów, geek i nerd, myślący o polityce trochę swojsko i prozaicznie, a trochę jak innowator i technokrata wierzący, że wszystkie sensowne rozwiązania są na wyciągnięcie ręki, trafił we właściwą niszę. Na swojej stronie wyborczej pisze o sobie „Rodzic, patriota, nie polityk”.

To oczywiście trudne do wyobrażenia, ale gdyby w Polsce istniała jakaś hybryda Zandberga i Mentzena, zgromadziłaby podobną publikę. Czyli ludzi złych na system i mainstream, z lewa i prawa, politycznych nerdów obrażonych na wszystkie partie, wychowanych na debatach w sieci, a nie harcerstwie i partyjnych młodzieżówkach. A jakby tego było mało, Yang jeszcze kokietował azjatycką mniejszość w USA i ortodoksyjnych Żydów. W swoim programie zmieścił też obronę zabiegu obrzezania i poparcie dla szkół rabinicznych (oskarżanych, jak na ironię, o nienaukowy program nauczania).

Ta kampania na długą metę musiała oczywiście przegrać, była zbyt niszowa. Oficjalnie Yang zrezygnował z ubiegania się o prezydenturę w lutym 2020, rok po pamiętnym występie u Rogana. Następnie grzecznie poparł Joe Bidena i nie przeszkadzał demokratom głównego nurtu. Ale Yang Gang – jak nazwali się najwierniejsi sympatycy Yanga – wywołał trochę zamętu. Sam Yang też utrzymał się w prawyborach demokratów dłużej niż wielu zawodowych polityków z doświadczeniem w waszyngtońskiej administracji i Senacie. Nie był pierwszym kandydatem, którego wypchnął na szerokie wody internet. Ale z pewnością pierwszym, którego karierę rozkręciły fora, grupki na Facebooku i jeden odcinek podcastu. Bo fakt, że to podcast Rogana i występ Yanga szalenie rozpropagował nie tylko samego kandydata, ale i pomysł dochodu podstawowego, został już zbadany. Wiosną tego roku nakładem wydawnictwa Cambridge University Press ukazała się książka badaczek i badaczy związanych z Uniwersytetem Północnej Karoliny, którzy wymieniają Yanga – obok Marka Zuckerberga i eseisty Ta-Nehisi Coatesa – jako jednego z największych we współczesnej Ameryce „rozpowszechniaczy” idei.

Prezydent in spe

I tu wracamy do zgranej mądrości o tym, że idee mają konsekwencje i rządzą światem – nawet jeśli głoszący je ludzie dawno już zeszli ze sceny. Kampania wyborcza na burmistrza Nowego Jorku poszła Yangowi podobnie jak prezydencka. Długo był czarnym koniem wyścigu, budził zainteresowanie i entuzjazm, a przez pewien czas nawet był faworytem. Ostatecznie z takich lub innych powodów paliwo się wyczerpało – Yang spadł nawet z podium. Zamiast wygrać, osiągnął czwarty rezultat w prawyborach partii demokratycznej, gdzie jako faworyta wskazało go ostatecznie mniej niż 12% zarejestrowanych wyborczyń i wyborców.

To w politycznych kategoriach porażka. Ale jeśli kiedykolwiek USA wprowadzi w życie dochód podstawowy, nikt nie będzie miał wątpliwości, że stało się to dzięki jednemu podcasterowi. I temu, że w 2019 roku zaprosił do swojego programu pewnego faceta, który na tym szalonym pomyśle postanowił ubiegać się o posadę w Białym Domu. Nie przeszkodziło mu wówczas to, że nawet jego rodzina, gdy powiedział o tym, że chce zostać prezydentem, zapytała: „prezydentem czego?”.

Zdjęcia:
Mężczyzna z banknotem – Janson George / Shutterstock.com
Andrew Yang na wiecu – ​​lev radin / Shutterstock.com

Jakub Dymek – kulturoznawca, dziennikarz, publicysta Przeglądu. Publikował m.in także w „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”, „Tygodniku Powszechnym”, „Dwutygodniku”, Gazecie.pl i NewsweekuZa publikacje o tajnych więzieniach CIA w Polsce nominowany do nagrody dziennikarskiej Grand Press. Można go również czytać na portalu Substack.