SW+

Media społecznościowe zrobiły nam rewolucję. Ale nie taką o jakiej marzyliśmy

Media społecznościowe zrobiły nam rewolucję. Ale nie taką o jakiej marzyliśmy

Trochę ponad dziesięć lat temu w Iranie wybuchła „Twitterowa rewolucja”. Czy raczej doszło do protestów ulicznych, które nie były ani rewolucją, ani nie zaczęły się od wymiany tweetów. Mimo to nazwa się przyjęła. Dziś zaś obserwujemy jak to reżimy potrafią technologie do tego by tłumić demokratyczny zrywy. 

1 lutego 2021 roku nie niepokojona przez nikogo i przepisowo zamaskowana – oczywiście z powodu pandemii – instruktorka fitness Khing Hnin Wai streamowała w sieci sekwencję ćwiczeń na jednej z głównych ulic stolicy Mjanmy (dawniej Birmy). Gdy Hnin wykonywała swoją poranną rutynę, zza jej pleców wyjechał konwój samochodów na sygnale, w tym przynajmniej jeden wóz opancerzony. - To normalne w stolicy, więc nie zwróciłam na to większej uwagi – powiedziała później dziennikarzom, między innymi BBC.

Tyle że nie był to zwyczajny konwój, ani zwyczajny dzień – tylko wojskowi, którzy zmierzali właśnie, by po raz kolejny przejąć władzę nad krajem. Wai miało udać się nagrać i wypuścić do internetu początek zamachu stanu. „Tryumf mediów społecznościowych!” – krzyknęli niektórzy. I to jeszcze w kraju, gdzie do jeszcze dziesięć lat temu kontrola i cenzura w sieci uchodziły za jedne z najbardziej rygorystycznych na świecie.

To jednak – podobnie jak wiele takich historii z przeszłości – nic ponad barwną anegdotę. Podoba się nam i chętnie ją szerujemy, bo wpisuje się w obraz internetu i mediów społecznościowych, który wbijano nam do głów latami – są wolne, nie da się ich cenzurować, boi się ich władza, bla bla bla… W Mjanmie szybko jednak generałowie wrócili do starych praktyk ograniczania dostępu do sieci, a rzetelne informacje z kraju musiały przebijać się przez kolejne warstwy blokad dzięki fachowym dziennikarzom i redakcjom. 

Jest akcja, jest i reakcja. A fakt, że obywatele mają dziś smartfony i mogą nagrywać to, co robi władza i poinformować o tym świat, wcale nie znaczy, że władza koniec końców nie osiąga swoich celów. Bo prawdziwa historia tego, czy internet jest dziś nośnikiem rewolucji, jest trochę bardziej skomplikowana. I ciekawsza. Żeby ją opowiedzieć – tę historię internetowego rewolucyjnego mitu, złudzenia i bolesnego zderzenia z rzeczywistością – trzeba się jednak cofnąć o przynajmniej dziesięć lat. Do przełomu poprzedniej dekady, gdy to wszystko się zaczęło. 

Twitter da demokrację

Jesteśmy w Teheranie, stolicy Iranu, tuż po wyborach. Ulice pełne są ludzi. 

Irańczycy wyszli późną wiosną 2009 roku na ulice protestować z tak ważnego, co nienowego powodu społecznego niezadowolenia – podejrzeń fałszerstw wyborczych. Ogłoszone właśnie oficjalne wyniki wyborów dawały urzędującemu prezydentowi Mahmudowi Ahmadineżadowi miażdżącą przewagę, 63 proc. głosów. Rezultatu nie przyjął żaden z kontrkandydatów. Pogłoski o oszustwach były powszechne.

Do tego Ahamdineżad miał wygrać z tak wielką przewagą w wyborach, których tłem było rozdrobnienie elektoratu i społeczne podziały, co radykalnie utrudniało zdobycie jednemu z kandydatów szerokiego poparcia. Protesty w samym Teheranie zaczęły się jeszcze tej samej nocy, prawdziwie masowe demonstracje wybuchły kolejnego dnia, zaś do pierwszych krwawych zajść doszło w ciągu kolejnych 24 godzin.

Tempo wydarzeń było w istocie błyskawiczne. I taka też była reakcja części amerykańskich i europejskich komentatorów, którzy wystartowali w wyścigu na interpretacje wydarzeń w odległej Persji. 

Pierwszy na mecie zjawił się Andrew Sullivan, na łamach amerykańskiego lewicowo-liberalnego pisma „The Atlantic”. W swoim komentarzu - The Revolution will be Twittered - porównał wydarzenia w Iranie z wyborczą wygraną Baracka Obamy w USA rok wcześniej, a zasługę za ewentualny sukces „rewolucji” w Iranie przypisał „nowemu pokoleniu, Millenialsom”. „Ludzi nie da się już powstrzymać” – pisał – „Nie da się ich kontrolować. Ludzie mogą obejść tradycyjne media, mogą nadawać do siebie nawzajem, organizować się jak nigdy wcześniej”. 

Teza opublikowanego w „Atlanticu” tekstu była jasna: irański reżim ajatollahów nie jest w stanie cenzurować internetu; jest analogową skamieliną, która wciąż próbuje rządzić cyfrowym, żywym, ewoluującym społeczeństwem. To się nie może udać – szła dalej linia argumentacji. A globalny serwis do wysyłania błyskawicznych i krótkich informacji, jest i narzędziem protestu, i symbolem nowego porządku. Sullivan zakończył swój komentarz gromkim „Allahu Akbar!” i autorytatywnie stwierdził, że coś na zawsze się zmieniło. W ślad za nim o „twitterowej rewolucji” napisało brytyjskie BBC, francuskie Liberation i amerykańskie CNN. 

Choć amerykańscy politycy skłonni byli zgłosić Twittera do pokojowej nagrody Nobla i twierdzili, że „[inaczej] Irańczycy nie wystąpiliby w obronie wolności i demokracji", protestujący w Teheranie mogliby się zdziwić na wieść, że biorą udział w Twitterowej rewolucji”. Wszak środki protestu należały raczej do tradycyjnego („analogowego”) repertuaru, najpopularniejszymi mediami komunikacji elektronicznej były sms-y, zaś wyjściowe postulaty demonstrujących dotyczyły funkcjonowania instytucji politycznych, nie internetu ani nawet wolności słowa w ogóle. Według najsurowszego z szacunków, podczas protestów w całym Iranie faktycznie regularnie „tweetowało” zaledwie tysiąc użytkowniczek i użytkowników platformy. Wizja aktywistek i aktywistów uzbrojonych w smartfony i aplikacje, dzięki którym obalają skostniały reżim brodatych konserwatystów była niezwykle atrakcyjna – ale była i pozostała wizją, projektem zachodniej fantazji i oczekiwań. 

Wiec poparcia dla Irańczyków w Berlinie w 2009 roku, 360b/Shutterstock.com

Protesty kosztowały życie kilkudziesięciu osób, a niedoszła Zielona Rewolucja – jak skłonni byli ją nazywać Irańczycy – nie odsunęła prezydenta Ahmadineżada od władzy. Za jej ostateczny koniec uznaje się zimę 2010, gdy represje i ubiegający czas pozbawiły większość protestujących i międzynarodowych obserwatorów nadziei na podważenie wyników wyborów. Jednak sama idea „Twitterowej rewolucji” była dużo trwalsza. 

Wydarzenia 2009 roku dowiodły z pewnością jednego, triumfalnego wkroczenia na scenę nowej ideologii - cyberutopizmu. 

Clinton i Soros

Jewgienij Morozow, młody publicysta białoruskiego pochodzenia, był jedną z pierwszych osób, które głośno wyraziły swój sceptycyzm. Pisząc dla nowojorskiego magazynu „Dissent” Morozow wykazywał, jak naiwne i w gruncie rzeczy egoistyczne było przekonanie amerykańskich gadających głów co do zbawiennej roli nowych mediów. 

„Twitterowa rewolucja byłaby możliwa” - stwierdzał wprost - „w państwie zupełnie nieświadomym działania internetu lub zupełnie w internecie nieobecnym”. Naiwnie byłoby zakładać, że obywatele wykorzystają nowe środki komunikacji przeciwko władzy, lecz nie stanie się odwrotnie. Że, słowem, współczesne autorytarne państwa pozostaną bierne w domenie komunikacji on-line, choć we wszystkich innych dziedzinach życia próbują aktywnie kontrolować społeczeństwo i reagować na zagrożenia. 

Morozow nie był z pewnością jedynym publicystą czy badaczem, który wskazywał na nadmierny optymizm i inflację zachwytu nad „prodemokratycznym" wpływem internetu. Ale to on w wydanej w 2011 roku książce „Net Delusion” (Złudzenie Sieci czy też Sieć urojona) najlepiej wyłożył założenia intelektualnej mody, która porwała i intelektualistki, i prasę, i decydentów.

Cyberutopizm to „naiwne przekonanie o wyzwalającej naturze komunikacji on-line, które opiera się na odmowie uznania jej gorszych stron”. Nowe media były w oczach politycznych cyberoptymistów kolejnym wcieleniem samizdatu, kserokopiarek i Radia Wolna Europa, które dwie dekady wcześniej „obaliły komunizm”. W XXI wieku ów samizdat 2.0 miał nie tylko pogrzebać nowe reżimy, ale i zakończyć monopol znienawidzonych mediów głównego nurtu (mainstreamu), a nawet pomóc w walce z terroryzmem i radykalizacją.

Cyberutopizm był w tym sensie dzieckiem nie jednej, a kilku ideologii końca millenium: przekonania o samoregulujących się rynkach, technologicznego determinizmu, idei społeczeństwa obywatelskiego oraz wiary w „koniec historii”. Na polu cyberutopizmu w połowie drogi spotykali się więc zazwyczaj niechętni sobie wzajemnie konserwatyści-jastrzębie polityki zagranicznej, wrodzy państwu i tradycyjnym instytucjom libertarianie-wolnościowcy i liberałowie, zwolennicy społeczeństwa otwartego. 

Przekonanie, że w nadchodzących latach cyberutopizm będzie istotnym nurtem w amerykańskiej i nie tylko polityce, nie wzięło się znikąd. W 2010 roku sekretarz stanu Hillary Clinton ogłosiła program „wolności internetu”, który miał przyświetlać działaniom Departamentu Stanu w kolejnych latach, podobne działania – nakierowane na poszerzanie pola wolności słowa i inwestycje w inicjatywy internetowe – prowadziła Bruksela, a hojnym sponsorem była także Fundacja George'a Sorosa.

Władza w Iranie, Rosji czy Chinach wyciągnęła z tego jedyny możliwy wniosek – nowe media są polem walki, a Zachód może wykorzystać ich potencjał do destabilizacji czy osłabienia władzy swoich przeciwników. Co więc należy zrobić? Wszystko, by nie pozostać bezbronnym. I nie jest przypadkiem, że to właśnie George Soros, Hillary Clinton i Unia Europejska jako taka stali się później antybohaterami masowej populistycznej wyobraźni. 

Choć w Iranie Twitter nie obalił władzy, a intelektualiści i dziennikarki na Zachodzie mieli dość czasu, by zweryfikować swoje wyjściowe hipotezy, niewiele się po 2010 roku zmieniło. Przeciwnie, fantazja o wielkim cyfrowym przewrocie powracała z zaskakującą regularnością. 

„Arabska wiosna”, antykorupcyjne demonstracje w Rosji prowadzone przez Aleksija Nawalnego, „protest parasolek” w Hong-Kongu, powstanie w Syrii, okupacja parku Gezi w Stambule – wszystkie tak różne wydarzenia udawało się wpisać w szerszą narrację o prodemokratycznym buncie niesionym cyfrową falą. 

„Kolejna rewolucja może zacząć się od wiadomości na Facebooku” - ogłaszali publicyści na łamach poczytnych dzienników. I w pewnym sensie tak się stało, ale historia zrealizowała tę przepowiednię niezwykle przewrotnie. 

Demokracja 0.0

Fast-forward do roku 2017, tym razem jesteśmy na Zachodzie. Wygrana Trumpa, Brexit, powstanie „populistycznej fali" w Europie, wzrost nastrojów ksenofobicznych i postaw skrajnych, plagę fałszywych wiadomości i dezinformacji, radykalizacja i rekrutacja do islamistycznych (i nie tylko) ugrupowań terrorystycznych – za wszystkie te zdarzenia i procesy winione są kanały komunikacji on-line, media społecznościowe przede wszystkim. Wydaje się, że nie ma społecznej plagi, której nie dałoby się zrzucić na Internet. 

Często zresztą niebezpodstawnie. Tam, gdzie wcześniej tryumfował „cyberutopizm”, dziś przerażenie sieje „cyberdefetyzm”. Przekonanie o marszu uzbrojonej w nowe technologii demokracji naprzód, ku końcówi historii, zastąpiła wizja demokracji i ostatnich instytucji „analogowego" państwa na ostatniej reducie, zewsząd otoczonej przez fejsbukowych barbarzyńców. 

„Ludzie przeciw technologii”, niedawna książka autorstwa analityka Jamie'go Bartletta, służy za wyśmienity portret tej zmiany nastrojów. Bartlett nie tylko nie próbuje przekonać czytelnika, że obietnice nowych mediów pozostają w mocy - Brytyjczyk przekonuje, że jest gorzej niż myśleliśmy. 

Demokracja, jaką znamy i współczesne technologie komunikacyjne przestały być (żeby użyć technicznego terminu) kompatybilne. Instytucje liberalnego państwa zostały wymyślone w czasach, gdy nie do pomyślenia były zautomatyzowane kampanie propagandowe prowadzone przez boty, niemalże zupełny brak kontroli nad globalnym przepływem pieniędzy i informacji czy faktyczna bezradność i bezużyteczność ciał kontrolujących media i kampanie polityczne.

Nie wspominając już o dezintegracji sfery publicznej, rozbitej na dziesiątki i setki odrębnych „baniek”, z których każda wierzy nie tylko w swoje poglądy i wartości, ale i w swoją własną prawdę i własne fakty. „Dolina Krzemowa, w swoim radosnym dążeniu do stworzenia globalnej wioski, niechcący wypuściła plemienność z klatki, jaką zbudowała jej demokracja przedstawicielska” – pisze Bartlett. W takich warunkach mamy przed sobą, twierdzi, gorzki dylemat: albo demokracja zaadaptuje się do nowych warunków i przetrwa w innym kształcie, albo nie będzie jej wcale. 

Badaczka Zaynep Tufekci w wydanej w 2017 roku „Twitter and Teargas” (Twitter i gaz łzawiący) pisała o klęsce prodemokratycznych protestów, które napędzać miał internet. „Likewars” Emersona Brookinga i P.W Singera pokazywało, jak media społecznościowe stały się narzędziem prowadzenia wojny. Tytuł popularnej książki Sivy Vaidhyanathana - „Media antyspołecznościowe. Jak Facebook nas dzieli i szkodzi demokracji" - mówi wszystko. A to tylko wybór z bestsellerów. 

To samo – brak cenzury, otwartość, globalność – co uznawano dekadę wcześniej za „naturalnie" demokratyczny aspekt komunikacji w nowych mediach, dziś uważa się za być może największe dla demokracji zagrożenie. Brak cenzury i otwartość komunikacji przestały kojarzyć się z „wolnym rynkiem idei”, wielu zaczęło widzieć na jego miejscu podły bazar, pełen podróbek, nieświeżego towaru i asortymentu drugiej jakości.

Bliskie zera koszty tworzenia własnych treści i ich publikacji otworzyły miejsce nie tylko dla prodemokratycznych aktywistów, ale i szarlatanów, zwolenników teorii spiskowych, radykałów. W tym również i przeciwników wolności słowa, z której sami ochoczo korzystali. Zaś globalny zasięg Facebooka, YouTube i Twittera pozwolił tym skuteczniej wykorzystywać je globalnym wrogom Zachodu do kolportażu antyzachodniej i antyliberalnej propagandy. 

Protest QAnon w Bukareszcie, 15 lipca 2020 r. M.Moira / Shutterstock.com

„Historia pełna jest upadłych utopii, a mało jest tak nadużywanych diagnoz, jak ta o końcu kolejnej złotej ery. Czasem jednak frazesy okazują się prawdziwe” - ogłosił pod koniec 2018 amerykański magazyn „Foreign Affairs”. Utopia, o której mowa, to wizja wolnego i tolerancyjnego Internetu. Frazes o tym, że „dobrze już było", tym razem zdaniem autorów pisma się niestety sprawdza: „cokolwiek się wyłoni, będzie inne, a wielu wymiarach gorsze, niż to co jest”. Amerykańska dyplomatka Karen Kornbluch nazwała dominujące w ostatnim dziesięcioleciu podejście do Internetu i amerykańską politykę (którą współtworzyła) „naiwnym technoutopizmem”. W równo dziesięć lat po tryumfie pewnej idei wyprawiono jej pogrzeb. 

Upieranie się przy jednej z dwóch skrajnych pozycji w sporze utopistów i ich przeciwników jest bezcelowe. Ostatnia dekada przyniosła dość dowodów, by zadać kłam tezom tych pierwszych. Świat nie jest bardziej demokratyczny - co więcej, zdaniem większości badaczy, mniej wolny i otwarty jest sam Internet. Stare medialne monopole zastępują nowe. Tweety nie pokonały terroryzmu. Z drugiej strony, także teza przeciwna, że wszystkim problemom Zachodu winne są media społecznościowe, nie jest pozbawiona wad. Obwinianie „złego Internetu” za co tylko się da, także jest mocno redukcyjne – współczesna liberalna demokracja stworzyła sobie wiele problemów (i doczekała się silnych wrogów) niezależnie od liczącej zaledwie kilkanaście lat historii social-mediów. 

Naprawdę interesujące jest coś innego. Odpowiedź na pytanie, co musiało się wydarzyć, że w samym centrum debaty w ciągu mniej niż dziesięciolecia znalazły się biegunowo różne poglądy? Co się stało, że straciliśmy resztki optymizmu wobec nowych mediów? (A była to rozłożona na raty katastrofa). 

Dekada zerwania

Cofnijmy się teraz, ponownie do 2011 roku i początku ubiegłej dekady. Znów na wschód. 

Zaczęło się od „Arabskiej wiosny”. Protesty, pierwsze z nich w Tunezji, sprowokowane były przez cały szereg powodów i wcale nie były jednorodne w całym regionie – ale w globalnej narracji o nich olbrzymią rolę ponownie odegrał Internet. Faktycznie, depesze o korupcji reżimu Ben Alego w Tunezji opublikował portal WikiLeaks, media społecznościowe pełniły zaś istotną rolę jako źródło komunikacji ze światem zewnętrznym i pole formowania się języka ponadnarodowego protestu. Interesującym epizodem było zaangażowanie się w partyzanckie działania sieciowe – wymierzone przeciwko m.in służbom Basszara Al-Assada – hakerów i hakerek z międzynarodowej grupy Anonymous. 

Początkowo – podobnie jak wcześniej w Iranie – głośno wyrażano nadzieje, że usieciowiona i zwesternizowana dzięki internetowi młodzież obali stare dyktatury i doprowadzi do demokratycznych przemian. Prędko jednak ta opowieść zaczęła ujawniać swoje dziury: protesty nie były ani wyłącznie młodzieżowe, ani miejskie, ani internetowe. Wśród przewodnich sił protestów były nie tylko prozachodnie partie i ruchy, ale i społeczni i religijni ultrakonserwatyści. 

Władza Mubaraka w Egipcie i Assada w Syrii również nauczona irańskim doświadczeniem szybko podjęła walkę z opozycją na cyfrowym froncie. Represje wobec opozycji i pacyfikacja nastrojów społecznych przy użyciu narzędzi cyfrowych zostanie później uznana na jeden z najważniejszych fenomenów „Arabskiej Wiosny”. Ostatecznie obalono władzę lub doprowadzono do zmiany reżimu w Tunezji, Libii, Egipcie i Jemenie - ale tylko w tym pierwszym kraju doszło do demokratycznych przemian. W Syrii wybuchło zaś najpierw powstanie, które ewoluowało w krwawą wojnę domową.

Protesty w Taiz, Jemen, luty 2011, akramalrasny / Shutterstock.com

Wkrótce, dzięki tym samym mediom społecznościowym, zachodni obserwatorzy i międzynarodowa opinia publiczna mogły oglądać nie demokratyczną transformację, a katastrofę humanitarną. Zarówno błagalne apele cywili, kręcone telefonami wideo bombardowań i intymne zdjęcia przedstawiające próby normalnego życia pośród ruin – wszystkie trafiały do sieci, czyniąc wojnę w Syrii konfliktem wojennym w bezprecedensowy sposób relacjonowanym na żywo przez uczestników i ofiary. 

Syria była także polem bitwy w jeszcze jednej wojnie – informacyjnej. W Syrii media społecznościowe były używane i nadużywane – wielość komunikatów płynących z, na przykład, Aleppo służyła do tworzenia kolejnych wykluczających się narracji. Zaagnażowanie w konflikt Rosji i Stanów Zjednoczonych wywindowało tę wojnę na kolejny poziom – czyniąc z każdego relacjonowanego przez media zdarzenia kolejny epizod w wojnie informacyjnej. Paradoksalnie, im więcej doniesień i newsów „z pierwszej ręki” płynęło do nas, tym trudniej, było się dowiedzieć o realnych wydarzeniach, ich wadze i skutkach.

Co więcej, pożytek z mediów społecznościowych zrobili bojówkarze z Daesh - tak zwanego „państwa islamskiego”. Posłużyły one i do siania propagandy strachu, i do rekrutacji bojowników i przyszłych „obywateli". Saga Shamimy Begum – brytyjskiej nastolatki, która poleciała do Syrii zostać „ISIS bride”, czyli „żoną w kalifacie” - jaskrawo pokazuje, jak spowszedniała propaganda ekstremistyczna. 

Begum (urodzona w 2000 roku) postanowiła „włączyć się do jihadu" w wieku 15 lat, nie mając żadnych rodzinnych i politycznych związków z toczącą się w Syrii, Iraku i Afganistanie wojną. Cztery lata później błagała władze Zjednoczonego Królestwa o możliwość powrotu. Mówiła, że przez internet „wyprano jej mózg” i przekonano, że przyszły kalifat to dla mieszkającej w Londynie nastolatki... idealne miejsce na założenie rodziny. Do Syrii – podobnie jak ona – lecieli młodzi ludzie, którzy wcześniej nie byli ani bywalcami meczetów, ani nie mieli doświadczenia walki zbrojnej czy wojny, ani nie mówili po arabsku. Szybko zostali zidentyfikownai przez służby jako zupełnie nowa grupa „zradykalizowanych przez internet”. Szacunki (m.in centrum badania ekstremizmu przy Uniwersytecie George'a Waszyngtona) mówią o pięciu-sześciu tysiącach obywateli i obywatelek Unii Europejskiej, którzy dołączyli do „kalifatu”. 

W 2015 roku bułgarski politolog Iwan Krastew ogłaszał na łamach „New York Timesa” globalną klęskę „Twitterowych rewolucji” i „buntu klasy średniej”. Owszem – przypominał – młodzi i usieciowieni, a także aspirująca klasa średnia, protestowali od końca pierwszej dekady XXI wieku na całym świecie. Ale długotrwały zamęt i burzenie dawnego porządku w końcu tworzą również potrzebę stabilności. 

W wielu społeczeństwach to nie kto inny, jak właśnie nieliberalny czy autokratyczny reżim, był jej najlepszym gwarantem. I ową stabilność dostarczył, przy okazji wzmacniając swoją pozycję i opanowując język nowych mediów. Tak stało się – pisał Krastew – i w Rosji, i w Turcji, gdzie kolejne protesty „młodych, wykształconych z dużych ośrodków” na dłuższą metę umocniły konserwatywną władzę, miast ją obalić. 

W Rosji Władimir Putin powrócił do władzy w 2012 roku i rządzi do dziś, także Recep Tayyip Erdogan i jego partia AKP mniej lub bardziej pewnie wygrywa każde kolejne wybory w Turcji. W najbardziej surowej z ocen, komunikacyjna rewolucja sprzed dekady zachwiała całą geopolityką, popychając wiele z krajów do bardziej agresywnych kroków na arenie międzynarodowej. 

Trolle w Pittsburghu, Trolle w Petersburgu

Zachód nie tylko nie zainstalował przy pomocy nowych technologii demokracji na Bliskim Wschodzie, ale wkrótce przekonał się, że jego własna demokracja znajduje się pod ostrzałem. Ostatnie lata dostarczyły aż nadto przykładów na to, jak zdecentralizowana propaganda i dezinformacja podważają fundamenty demokratycznego społeczeństwa. I choć w wojnie informacyjnej przeciwko liberalizmowi i „mediom głównego nurtu” biorą udział aktorzy państwowi (Rosja), jej front przebiega już od dawna w poprzek samego Zachodu.

Ulica Savushkina 55 w Petersburgu, fot. Charles Maynes – Voice of America

Według jednego z badań, połowa wyborców amerykańskiej partii demokratycznej wierzy, że Rosja nie tylko wpłynęła na wynik wyborów prezydenckich, ale wprost (na przykład włamując się do systemu informatycznego) je sfałszowała. Niezależnie od tego, czy cokolwiek z tego jest prawdą, dezinformacja wygrywa – wielomilionowa rzesza ludzi wierzy w wersję wydarzeń, która odpowiada ich politycznym preferencjom, nawet jeśli dowody na jej prawdziwość nie istnieją.

Nie jest to oczywiście przypadłość zwolenników jednej opcji ani jednego politycznego sezonu – w 2016 roku połowa zwolenników republikanów wierzyła przecież, że prezydent Barack Obama nie jest obywatelem USA, sfałszował swój akt urodzenia i ukrywa, że tak naprawdę jest muzułmaninem. 

Polaryzacja, nieufność i rozczarowanie rozprzestrzeniają się w nowej architekturze informacyjnej szybciej i w „wirusowy” sposób – z pomocą zadeklarowanych wrogów demokracji, jak i bez nich. Sfera publiczna, instytucje wiedzy i wiarygodne media, czyli filary nowoczesnych zachodnich demokracji, które nowe technologie miały wzmocnić i odnowić, dziś pod wpływem tych samych technologii komunikacyjnych kruszeją w posadach. A tak przynajmniej mówią sceptycy.

Tych dziś głośniej słychać, bo i jest ich więcej. Nieliczni – jak Yochai Benkler z Uniwersytetu Harvarda – gotowi są w 2019 roku, jak dekadę wcześniej, wciąż bronić nowych technologii komunikacyjnych i przekonywać o dobroczynnych skutkach korzystania z nowych platform. Wielu z dawnych ewangelistów Internetu po cichu jednak przebranżowiło się na krytyków. Jeszcze inni swoją „technosceptyczną” epifanię opisują zaś otwarcie. 

Pewne jest jednak, że dyskurs Internetu i nowych technologii komunikacyjnych zawrócił o 180 stopni. Współcześnie ci, którym zależy na przetrwaniu demokracji, modlą się o jak najmniejszy wpływ nowych mediów na politykę. Hurraoptymistyczny wizerunek młodego obywatela cyfrowego świata, uzbrojonego w smartfon i nie bojącego się go (w słusznej sprawie) użyć zastąpiła wizja legionów trolli, pozamykanych w swoich bezpiecznych piwnicach (czy to w Petersburgu czy Pittsburgshu) i psujących zabawę wszystkim dookoła. Think tanki nie badają już „technologii dla demokracji” lecz „przeciw”. 

Ci, którzy przepowiadali, że „kolejna rewolucja zacznie się na Facebooku”, mieli rację. Nie wiedzieli tylko, jaka rewolucja to naprawdę będzie. 

Tekst Jakuba Dymka, w pierwotnej formie pod tytułem „Internet Radykałów" był opublikowany w serwisie Substack.

Zdjęcie tytułowe: Ohaio, w USA, Protesty Black Lives Matter w 2020, PictureThisImages / Shutterstock.com.jpg