Łona: Spotify? Dziękuję, ale patrz trochę szerzej

Łona: Spotify? Dziękuję, nie słucham
355 interakcji
dołącz do dyskusji

– Czy to jest sprawka algorytmów, czy też stoją za tym jacyś podstępni demiurgowie z wielkich wytwórni... To ma drugorzędne znaczenie. Kluczowe jest, jak na nas wpływa – Adam „Łona” Zieliński twierdzi, że ucieka od słuchania muzyki na Spotify. Sam jako muzyk nie pozwala też, by ten serwis dyktował mu, jak ma grać. Ale Łona jest wyjątkiem. Algorytmy Spotify już rządzą tym, co słuchamy.

Pod koniec 2010 r. wejście Spotify na amerykański rynek jest mocno opóźnione. Daniel Ek zastanawia się, dlaczego.
– Dzwoni i dyszy mi do słuchawki – opowiada kumplowi.
– Kto taki?
– Steve Jobs.
Kumpel drąży temat.
– Ale jak to? Nic nie mówi? Skąd wiesz, że to on?
– Po prostu wiem.

Tak zaczyna się „Tajemnica Spotify. Muzyczna Rewolucja” Jonasa Leijonhufvuda i Svena Carlssona, czyli opowieść o małym szwedzkim start-upie, który stał się wielką platformą decydującą i o sukcesie w branży muzycznej, i o naszych gustach.

Sven Carlsson i Jonas Leijonhufvud, dziennikarze ekonomiczni Dagens Industri, opowiadają fascynującą historię firmy stworzonej przez Daniela Eka, chłopaka z betonowych przedmieść Sztokholmu. Ek już jako 16-latek wysyłał CV do Google, bo marzyło mu się zostanie jednym z wielkich cyfrowego świata. I dokonał tego, ale nie w garażu w Dolinie Krzemowej ani jednym z nowoczesnych biurowców w chińskim Schenzen. Wręcz przeciwnie – Spotify wywodzi się ze spokojnej Szwecji.

Historia zaczyna się, gdy poznajemy Eka – wtedy 22-latka – ledwie trzy lata po skończeniu liceum. Jego spotkanie z doświadczonym przedsiębiorcą 36-letnim Martinem Lorentzonem to początek Spotify. Pierwszy ma pomysł, wizję i trochę biegłych w programowaniu kolegów. Drugi może zainwestować w pomysł na wygodniejsze i, co ważne, legalne przechowywanie i słuchanie muzyki.

Reporterzy prowadzą nas przez kolejne zawirowania z buforowaniem, streamingiem, budowaniem aplikacji, zdobywaniem rozpoznawalności, negocjacjami z kolejnymi inwestorami, konkurencją z innymi start-upami. Carlsson i Leijonhufvud pisząc historię Spotify, przeprowadzili ponad 70 wywiadów. I to widać. Książka jest bardzo skrupulatna, miejscami opowiada niemal dzień po dniu historię firmy, jej kolejnych inwestycji, zatrudnianych geniuszy, umów z największymi firmami świata. 

„Tajemnica Spotify” daje wgląd w przeciąganie liny między już dojrzałymi, wielkimi graczami, którzy chcą sobie podporządkowywać kolejne rynki na drodze do globalnej cyfryzacji, a małymi, agresywnymi i pełnymi ambicjami firmami przekonanymi o tym, że lepiej rozumieją daną branżę. I jest to opowieść bardzo ciekawa.

Ale pozostawia niedosyt.

Autorzy w pewnym momencie sugerują być może najciekawszy wątek, pisząc: – Spotify już na starcie zostaje naznaczony przez kulturę milczenia. Umowy z wytwórniami płytowymi są tajne. Współpracownicy muszą podpisywać zobowiązania do zachowania poufności.

Daniel Ek , fot. Liv Oeian / Shutterstock.com

Najciekawsza jest właśnie ta tajność: i to nie tyle wokół działania firmy, a raczej jej wpływu na rynek muzyki. Niestety o tym w książce za wiele nie ma. Nie ma opisów tego, jak producenci muzyczni i sami artyści zaczynają zmieniać to, co tworzą, byle by być lepiej pozycjonowanymi w algorytmie serwisu, a dzięki temu mieć szansę na przebicie się i zarobek. Nie ma analiz tego, jak od czasu powstania Spotify zmienił się rynek muzyczny. Nie ma wreszcie opowieści samych muzyków, których życie zawodowe zostało w ogromnej mierze dostosowane do zasad, jakimi rządzą się serwisy streamingowe. A to jest przecież prawdziwa „Tajemnica Spotify” a nie czy to Jobs czy nie Jobs dyszał do słuchawki Eka.

„Tajemnica Spotify. Muzyczna rewolucja”, Jonas Leijonhufvud, Sven Carlsson, przetłumaczyła Patrycja Włóczyk, wydała Poradnia K.
Książka dostępna w wersji papierowej i jako e-book. 

– Słuchanie Spotify jest niebezpieczne, bo bajecznie łatwo można po prostu machnąć ręką i poddać się strumieniowi podpowiedzi – ostrzega Adam Łona” Zieliński. Raper opowiada nam, jak sam broni się przed rządami Spotify i czy polski hip-hop dużo zawdzięcza serwisom streamingowym.

Fot. Tomasz Kajszczarek. Fotografia tytułowa Rafał Kudyba Paradoxmedia

Pamięta pan moment, kiedy pojawiły się serwisy oferujące streaming muzyki, a wraz z nimi przekonanie, że teraz wreszcie zaczyna się taka prawdziwa rewolucja? Wszyscy będziemy mogli mieć dostęp do miliardów utworów z całego świata. Skończy się ograniczanie tak zasięgowe, jak i finansowe, a zacznie się prawdziwa demokratyzacja muzyki. 

Adam „Łona” Zieliński*: Ja od początku miałem mieszane uczucia, jeśli chodzi o te serwisy. Oczywiście, że wraz z nimi przyszła demokratyzacja dostępu do muzyki, ale jednak na bardzo specyficznych zasadach. Takich, które w gruncie rzeczy oddają większość procesu decyzyjnego komuś innemu.

Bo niby — owszem — mamy dostęp do muzyki w szerszym zakresie, ale za to słuchamy jej po łebkach. Czym innym jest przecież odbiór albumu jako pewnej całości stworzonej przez twórców, a czym innym jest chłonięcie tego, co podpowiadają serwisy. Sam po sobie widzę, że słuchanie Spotify jest niebezpieczne, bo bajecznie łatwo można po prostu machnąć ręką i poddać się strumieniowi podpowiedzi. I nie chodzi mi nawet o to, że to na ogół marne podpowiedzi – ważne, że to już nie jest nasza decyzja. Szkoda mi tej wolności wyboru. 

Po kilku latach funkcjonowania Spotify wyliczono, że na 99 proc. odsłuchów z całego świata przypada ledwie 10 proc. utworów dostępnych w tym serwisie. Czyli jest taka wysoka górka i bardzo długi ogon muzyków, którzy, owszem, mogą trafić do słuchacza, ale okazuje się, że wcale nie aż tak masowego. To efekt tego, jak działają algorytmy podbijające już popularne utwory czy raczej czystego przełożenia siły największych wytwórni muzycznych także na sferę online? A może my nawet mając dostęp do miliardów piosenek, chcemy tak najzwyczajniej na świecie tego, co już znamy? 

Czy to jest sprawka algorytmów, czy też stoją za tym jacyś podstępni demiurgowie z wielkich wytwórni... To ma drugorzędne znaczenie. Kluczowe jest, jak na nas wpływa. Bo te serwisy przy odrobinie dobrej woli mogą być pożytecznym narzędziem: ja się świetnie bawię, znajdując na YouTube muzyczne perełki; jakieś, nie przymierzając, mało znane przejawy funku z byłych demoludów, wydobyte skądś przez zwariowanych hobbystów. Ale wiem też, że to jest totalna — być może niezauważalna przez cały system — nisza. Coś, czego CEO tego portalu w ogóle nie bierze pod uwagę w wyliczeniach zysków, bo jak dany serwis usiłuje coś podpowiadać w takich sprawach, to zwykle pudłuje. No i wychodzi, że na prawdziwe zdobycze trafia się nie dzięki pomocy algorytmów, tylko dzięki innym ludziom, którzy dzielą się muzyką; dzięki ich prawdziwym namiętnościom i zajawkom. Sam jestem współautorem, z Webberem, takiego utworu „Udostępniam Ci playlistę”. On się składa z raczej egzotycznych propozycji i tu ciekawa rzecz: tego się nie da ułożyć na żadnym z serwisów, bo zawsze lista będzie niekompletna. Daliśmy sobie wmówić, że Spotify jest biblioteką całej światowej muzyki, że YouTube jest jakąś wszechnicą, a to nieprawda. Jest mnóstwo muzyki, której tam po prostu nie ma. Leży sobie gdzieś zapomniana, bez najmniejszych szans, by choćby się zbliżyć się do tych wybranych 10 procent, o których pani wspomniała.

A pan korzysta z playlist oferowanych przez serwisy streamingowe? Zagląda do „Karty na czasie” na YouTubie? Czy raczej, jak rapuje pan we wspomnianym kawałku, „Zero jeńców, od razu łam schemat i standard”?

Pewno, że zaglądam i na ogół tego żałuję. Co do podpowiedzi to samo – próbowałem parę razy i zwykle byłem rozczarowany. Mam poważne podejrzenie, że algorytm jest po prostu zbyt inteligentny; nie dojrzałem jeszcze do tych propozycji. Inna rzecz, że – łagodnie mówiąc – nie pędzę za nowościami. Ale to algorytmowi też umyka.

Mówi pan, że sztuczna inteligencja i algorytmy, które stoją podpowiedziami i badaniem, jakie piosenki lubimy, są mylne. Ale mimo wszystko jesteśmy prostymi istotami i okazuje się, że za 30 proc. wszystkich odtworzeń w Spotify jednak odpowiadają playlisty. Widzimy to zjawisko zresztą wszędzie wokół nas. Netflix i inne streamingi wideo podpowiadają, co powinniśmy oglądać. Amazon i Allegro – co kupić. Facebook pokazuje teoretycznie najlepiej dobrane treści od naszych znajomych. A my się na to zgadzamy. Więc może po prostu jesteśmy leniwi? Może wszystkiego wokół jest za dużo i potrzebujemy takiej pomocy, bo inaczej nadmiar by nas przytłoczył? 

Trudno się z tym nie zgodzić. Algorytmy są odpowiedzią na nasze czasy i pomocą w dokonaniu selekcji. Kto wie; możliwe, że bez tego bylibyśmy bezradni. To prawda. Podobnie jednak jak to, że wyszukane samodzielnie propozycje smakują dużo lepiej, zaś te podpowiedziane przez automat często stają się muzyką tła. Już nie wspomnę nawet o tej drobnostce, że rozmowa o muzyce, wymienianie się płytami, utworami to jest jakiś element kulturowego współistnienia z innymi ludźmi. Wiem, że z postępem nie można walczyć, że to przypomina dorożkarzy obrażających się, że oto na ulicach zaczynają się panoszyć się automobile – może to i urokliwe, ale bez znaczenia. Ale mogę mówić o swoim doświadczeniu: mi te serwisy nie dają wszystkiego, czego oczekuję od muzyki. I te braki uzupełniam sobie analogowo.

Czym jest streaming dla samych artystów? Jak mocno zwracacie uwagę na to, jak za jego pomocą można dotrzeć do słuchaczy? Kombinuje się, jak dopasować się do algorytmów? Quartz dwa lata temu wyliczył, że by mieć lepsze wyniki odsłuchów, muzycy zaczynają skracają długość swoich utworów. Widać to już nawet na liście Billboard Hot 100, gdzie średnia długość piosenki na przestrzeni pięciu lat skróciła się średnio o 20 sekund z około 3:50 do 3:30. Ilość piosenek o długości poniżej 2,5 minuty wzrosła o 10 proc. w ciągu ostatnich czterech lat. Analitycy wskazują też, że zmieniają konstrukcję utworów tak, by zaczynały się od hooku, który od razu przyciąga słuchacza.

Najchętniej bym odpowiedział, że prawdziwy twórca w ogóle nie będzie myślał takimi kategoriami. Ale byłaby to, łagodnie mówiąc, nieścisłość. Przecież samo tworzenie piosenek o długości trzech, czterech minut to tak naprawdę naginanie się do przyjętych od dziesięcioleci obyczajów. To, że albumy mają po kilkanaście utworów, też jest konwencją. Przecież najpierw ta długość wynikała z objętości winyla, potem zwiększyła się wraz z nadejściem kompaktu. Wszyscy więc tkwimy w jakichś ramach, nie ma się co oszukiwać. Istnieje jednak spora różnica między luźnym związaniem strukturą piosenki a celowym hookiem w pierwszych sekundach. 

Debiut Spotify na giełdzie w Nowym Jorku. 3 kwietnia 2018 r.
fot. Christopher Penler / Shutterstock.com

Kiedyś to było prostsze. W rapie nie budowało się bridge’a przed drugim refrenem, a później tego refrenu się nie powtarzało o tercję wyżej, bo po prostu nie było żadnych tercji. Takie zabiegi były zastrzeżone dla popu. Inna rzecz, że ostatnio te gatunki się niebezpiecznie zbliżają. Ale zapewniam, że rap jest bardzo szerokim gatunkiem – sporo się dzieje w drugim obiegu; tam, gdzie analitycy nie zaglądają. 

Jednak trzeba przyznać, że streaming bardzo pomógł polskiemu hip hopowi z wejściem na szerokie fale. Wystarczy spojrzeć na coroczne podsumowania Spotify publikowane w grudniu. Rap jest rok w rok na szczycie.

Hip hop jest najpopularniejszą muzyką w Polsce i, mimo że uczciwie na to zasłużył, osobiście uważam, że to źle. Bo mariaż z mainstreamem nie może się skończyć dobrze – rap jest po prostu bardziej szczery, kiedy błąka się po muzycznych obrzeżach. Jestem przekonany, że za 50 lat nikt nie będzie słuchał tych numerów, które zostały napisane z myślą o wysokiej rotacji w serwisach, a raczej tych, które ocaleją z bardziej, powiedzmy, artystycznych powodów. Ale ma pani rację: jesteśmy też beneficjentami tego, że dostęp do muzyki się zdemokratyzował i ta nasza nisza, która kiedyś była bardzo malutka, teraz urosła do olbrzymich rozmiarów. To jest rzeczywiście duże osiągnięcie, z którego skwapliwie korzystamy.

A sprawdza pan, które pana utwory są najpopularniejsze w Spotify? Jak odsłuchują się te nowe?

Jakoś regularnie tego nie monitoruję. Nawet nie wiem, co w Spotify jest naszym najpopularniejszym utworem.

Chyba „Błąd” jest najwyżej. Ma mocne 4 mln z kawałkiem odsłuchów. Ale jakoś trudno mi uwierzyć, że z kolegami i koleżankami nie prowadzicie rozmów typu: „Jak ci się odsłuchuje?”, „Na YouTubie ma już ileś milionów”... To jest jednak bardzo naturalne, by sprawdzać odbiór społeczny swojego dzieła. 

Oczywiście, że wyświetlenia to jakiś miernik odbioru. Ale znowu – czy za tym idzie radość słuchacza, że obcuje z dobrą muzyką? Pewnie: posprawdzam czasem, co tam słychać, poklikam, a potem i tak sięgam do własnej biblioteki nagrań. Nie mogę się oderwać od tej formuły, w której twórca dzieli się ze słuchaczami albumem jako bardziej kompleksową opowieścią.

Muzycy, producenci sięgają po specjalistów od streamingowych algorytmów? Bo jestem pewna, że tacy są – tak, jak w internecie są specjaliści od SEO, którzy pomagają np. przebić się artykułom dziennikarskim.

Na moim podwórku, czyli twórców raczej niemainstreamowych, próżno szukać takich speców. Choć zdaję sobie sprawę, że takie rzeczy się dzieją. Słyszałem o takich muzycznych no-name’ach, które nagle stawały się hitami w serwisach. Pocieszam się, że raczej nie przejdą do historii ludzkości – choć ten epizod uczynił ich pewnie zamożnymi ludźmi.

A staną się tacy zamożni? Na streamingu muzyki artyści dużo zarabiają?

Skłamałbym, mówiąc, że twórcy nie zarabiają na serwisach streamingowych. Wciąż nie tyle, co przy tradycyjnej sprzedaży, ale tendencja jest nieubłagana.

Streamingi, szczególnie po wybuchu pandemii i odwoływaniu kolejnych koncertów, zapewniały, że teraz to one będą ratunkiem dla muzyków. Tyle że od dawna mówi się o ogromnej nierównowadze zarobkowej między twórcami a platformami streamingowymi. Artysta średnio zarabia 0,00348 dolara za jeden odsłuch. Śmiesznie mało. W niektórych artystach ostatnio coś pękło i zaczęli publikować wyliczenia w rodzaju: „700 euro – to jest mój roczny zarobek na Spotify”. Czy u nas dochodzi do podobnych rozliczeń? 

Tak było od początku i niestety to się utrzymuje. Żeby coś się w tym zakresie zmieniło, musielibyśmy po prostu przestać pozwalać na taką nierównowagę. Podobnie jest z rynkiem taksówkarskim i Uberem. Taksówkarze są w tej walce na przegranej pozycji, bo to nie zmiana mechanizmu przewozów jest prawdziwym zagrożeniem – ona jest nieubłagana. Zagrożeniem jest dominacja jednego czy nawet kilku, ale nielicznych, podmiotów. Dobrze to widać w dowozach jedzenia z restauracji. Coraz głośniej mówi się, że zyski aplikacji są w nich niewspółmierne w stosunku do korzyści gastronomików.

Żeby było jasne: nie uważam, że w samej idei streamingów jest coś złego. Problemem jest coraz wyraźniejszy monopol z jednym dominującym podmiotem, którego model biznesowy jest taki, że pozwala mu lwią część zysków zachowywać dla siebie. I znikąd nie widać sygnałów, by miało się to zmienić.

Nie udało się to nawet Taylor Swift. Kilka lat temu jej głośne odejście ze Spotify w ramach protestu przed nierównomiernym podziałem zysku z artystami miało pociągnąć za sobą jakąś globalną zmianę. Ale właściwie nic nie zmieniło. Swift, mimo że jest globalną gwiazdą z ogromnym zapleczem prawnym i marketingowym, i tak w końcu pogodziła się ze szwedzkim serwisem. 

Koncert Taylor Swift, 2018 rok. fot. Christian Bertrand / Shutterstock.com

Jedna, choćby i nawet gigantyczna, postać ze świata muzyki niewiele może zmienić. Tak przecież powstał Tidal, który miał zaoferować artystom lepsze warunki. I rzeczywiście one są trochę przyjaźniejsze, choć to wciąż i tak jest jakaś suma po przecinku. Ale to liderzy skalują się w mgnieniu oka i urastają do rozmiarów, które prowadzą do nierównowagi. To dotyczy chyba wszystkiego, co jest związane z erą cyfrową: od przewozów taksówkarskich, przez noclegi w ramach AirBnB, po niestety także muzykę. 

Jak wyobraża pan sobie w ogóle przyszłość muzyki? Już tak przyzwyczailiśmy się do streamingu, jest nam z nim tak wygodnie, tak często traktujemy go niczym radio grające gdzieś w tle, że nikomu nie zależy na tym, by wrócić do płacenia bezpośrednio artystom za utwory? Czy może zacznie pojawiać się szerszy ruch wśród słuchaczy poszukujący czegoś więcej niż to, co oferuje algorytm i gotowych za to zapłacić?

W latach 90. podobało mi się może 5 proc. muzyki, która się wtedy ukazywała. Teraz podobnie – też podoba mi się 5 proc., tyle że ilość muzyki, do jakiej mamy dostęp, wielokrotnie wzrosła. Więc jak już się, nie bez trudu, odrzuci te marne 95 proc., to zostaje cały ogrom ciekawych rzeczy, po które warto sięgać. Można narzekać na postęp – i ja to chętnie czynię, co w całej naszej rozmowie doskonale widać – ale tak naprawdę to, co oferuje streaming, wcale nie jest inne od oferty stacji radiowych, także nastawionych na cele czysto komercyjne. Jak ktoś traktuje muzykę jako przyjemne tło, to zmienia mu się tylko technologia, nawyki zostają te same. A ja zostanę przy uważnym sprawdzaniu wskazówek od znajomych; to jest moja „karta na czasie”.

Łona – Adam Bogumił Zieliński, raper i producent muzyczny, a także prawnik i ekspert w dziedzinie prawa własności intelektualnej.