Szamałek: „Wszyscy jesteśmy podsłuchiwani, wszyscy jesteśmy obserwowani. Nieważne, czy jesteśmy kimś ważnym, czy nie”

– Każdy z nas jest interesujący jako źródło surowca w postaci danych, jako potencjalny klient albo wyborca – opowiada Jakub Szamałek, autor trylogii „Ukryta sieć”, która choć jest fabularnym kryminałem, to bliżej jej do reportażu o świecie technologii niż czystej fikcji.

Szamałek autor „Ukrytej sieci":  „Wszyscy jesteśmy podsłuchiwani i obserwowani"

Gdyby to były po prostu kryminały osadzone w środowisku hakerów, raczej nie trafiłyby do cyklu recenzji w Spider’s Web+. Ale o trylogii „Ukryta sieć” Jakuba Szamałka słyszałam w ostatnich miesiącach regularnie od ekspertów i edukatorów związanych z nowymi technologiami. Wszyscy wskazywali na to samo: szczegółowy, profesjonalny i bardzo przejrzysty opis tego, jak wygląda wpływ na nas nie tylko cyberprzestępczości, ale także mediów społecznościowych, algorytmów i coraz bardziej zależnych od SEO mediów. I rzeczywiście Szamałkowi udało się w przystępnej formie opowiedzieć to, co do tej pory było traktowane albo jako trudna ekspercka wiedza dla nerdów, albo zjawiska tak skomplikowane, że dopuszczano sobie tłumaczenie ich mechanizmów w literaturze popularnej.

Absolwent Oksfordu, doktorant University of Cambridge i stypendysta Fundacji Billa i Melindy Gatesów ukończył studia na Wydziale Archeologii Śródziemnomorskiej, od lat pracuje w CD Projekt Red, gdzie jest jednym z głównych scenarzystów odpowiedzialnych za fabułę Wiedźmina 3 i Cyberpunk 2077. Co więcej to także autor kryminałów osadzonych w starożytnej Grecji. Jakub Szamałek wyrasta na jedną z ciekawszych postaci naszej sceny pisarskiej. Ale jednak dopiero cyklem o rzeczywistości świata nowych technologii pokazuje, jakie ma świetne wyczucie współczesności. Tego, że żyjemy w świecie, który sam w sobie bez specjalnego ubarwiania jest gotową fabułą do naprawdę fascynujących opowieści.

Oczywiście wątki kryminalne opisywane przez Szamałka są fikcyjne, podobnie jak i fikcyjni są kolejni bohaterowie. Jednak to jak zarysowane zostały postaci, jakie reprezentują zawody wplątane mniej lub bardziej w świat nowych technologii, nowych mediów, nowego marketingu i jakie ma to konsekwencje oraz w jakim otoczeniu polityczno-społecznym wszystko się dzieje, powoduje, że czytelnik ma wrażenie czytania kolejnych doniesień z jak najbardziej prawdziwego świata. 

Autor przyłożył się tak dokładnie do zbierania i zbadania opisywanego materiału, że całość czyta się miejscami jak reportaż i sprawnie odnoszący się do kolejnych wydarzeń z ostatnich lat. Czasem dosłownie, gdy przykładowo pojawiają się nawiązania do afery Cambridge Analitica. Czasem w bardziej ukryty sposób licząc na to, że czytelnik sam wyłapie nawiązania, np. w budowaniu farmy trolli dla fikcyjnej partii.

Owszem, opisywanych jest sporo mrocznych i bardzo mrocznych zakątków darknetu, ale ogromna część technologicznej fabuły wcale nie jest aż tak ściśle powiązana z najbardziej ciężkimi przestępstwami, jak pedofilia, snuff movies czy handel narkotykami w sieci. Ale to właśnie te wydawać by się mogło bezpieczniejsze, zwyklejsze oblicze internetu na czele z targetowaniem za pomocą mediów społecznościowych, dezinformacją czy nawet prostym do zainfekowania malwarem są w tych książkach o wiele bardziej przerażające. Te na pierwszy rzut oka – wydawać by się mogło – niegrożące zwykłym ludziom techniki pokazane są jako realne i łatwe do odpalenia.

By ten otaczający nas świat pokazać przekonująco i przejrzyście, autor wykonał naprawdę ogromną robotę researchera. Co więcej, widać, że sam ręka w rękę ze swoimi bohaterami odkrywa kolejne poziomy skomplikowania rzeczywistości, w jakiej żyjemy. A im więcej bohaterowie, autor i czytelnicy wiedzą, tym bardziej mają świadomość, że nie mogą przestać dalej orientować w tym, co się dzieje w świecie technologii. Inaczej to one przejmą kontrolę nad nad naszym życiem. 

Jakub Szamałek, cykl „Ukryta sieć”, tom 1. „Cokolwiek wybierzesz”, tom 2. „Kimkolwiek jesteś”, tom 3. „Gdziekolwiek spojrzysz”, wydawnictwo W.A.B, Warszawa 2018, 2019, 2020. 
Książki dostępne w wersji papierowej, jako e-book i audiobook.

– Popkultura pokazuje technologie, hakerów, cyberprzestępców w kolosalnym uproszczeniu i zromantyzowaniu. Wszystko jest trochę jak magia, jakieś fantasy, nie ma żadnych logicznych zasad. Im szybciej się klepie w klawiaturę, tym więcej i skuteczniej się hakuje. Postawiłem sobie za cel napisanie książek, które rzeczywiście przybliżą czytelnikowi, jak ta cyberprzestrzeń działa, co się w niej dzieje i jak się to dzieje – mówi nam Jakub Szamałek.

Po lekturze pana książek byłam pewna, że nie ma pan żadnych nawet publicznych profili w mediach społecznościowych. A tu, owszem, tylko autorskie, ale jednak są konta na Facebooku, Instagramie, LinkedIn. Poczułam więc lekką ulgę. Jednak jest pan zwykłym człowiekiem, takim jak my, wszyscy konsumenci społecznościowego internetu. 

Jakub Szamałek: Można by wręcz powiedzieć, że jestem hipokrytą. Przecież jak można wywnioskować z moich książek, nie jestem wielkim fanem mediów społecznościowych, a mimo wszystko całkiem z nich nie zniknąłem. Powody są bardzo przyziemne. Gdy z wydawnictwem planowaliśmy premierę pierwszego tomu „Ukrytej sieci”, to na spotkaniu z działem promocji zapowiedziałem, że nie chcę mieć żadnych kont w mediach społecznościowych.

I załamali ręce…

Oj tak, załamali ręce, rwali włosy z głowy, bo jak promować się w dzisiejszych czasach bez mediów społecznościowych. Rozmawialiśmy, szukaliśmy jakiegoś kompromisu i koniec końców stanęło na tym, że będą takie profile, ale prowadzone przez wydawnictwo. Tyle że jak to bywa, metodą małych kroków zostałem wciągnięty w to, żeby też coś czasami tam zrobić. To jest taki prawdziwy znak tego, że nie za bardzo mamy alternatywę. Nawet osoba taka jak ja, która ma ogromny dystans do świata mediów społecznościowych, ma problem, by bez nich funkcjonować w dzisiejszym świecie. Pewnie mogę sobie wyobrazić taki scenariusz, w którym odcinam się i mieszkam w szałasie w Bieszczadach i w ogóle w internecie nic nie robię. Ale nie wydaje mi się to dobrym rozwiązaniem. 

Coraz częściej i coraz więcej osób ma takie rozterki. Wiemy więcej o kosztach, jakie pociąga za sobą funkcjonowanie w tym internetowym świecie, ale równolegle są przecież też korzyści. Czysto pragmatyczne związane z wykonywanymi przez nas zawodami, ale również takie bardzo psychologiczne. Media społecznościowe są tak skonstruowane i zaprogramowane, by przywiązywać nas do siebie kolejnymi uderzeniami pozytywnego odbioru, takimi strzałami endorfin. A to po prostu uzależnia.

Zyski nie przeważają jednak nad kosztami. Coraz dokładniej wiemy, że korzystanie z mediów społecznościowych ma swoją ciemniejszą stronę. Ich konstrukcja jest taka, żeby pochłaniać jak najwięcej naszego czasu, który przez wielkie firmy stojące za tymi portalami wymieniany jest po prostu na pieniądze. Dlatego właśnie media społecznościowe są darmowe: płacimy za to naszymi oczami i mózgiem.

Kiedy coś jest darmowe, to my okazujemy się być produktem

Dlatego bardzo pasuje mi to, że jednak sam korzystam z nich tylko zawodowo, że te profile są autorskie i nie kusi mnie, żeby sobie scrollować, co sobie ktoś wrzucił i wdawać się w dyskusje w internecie. Owszem, w efekcie trochę wypadłem z obiegu kolejnych politycznych i newsowych awantur i czasem muszą mi znajomi tłumaczyć co, kto i dlaczego tym razem powiedział. Ale jakoś niosę ten krzyż. 

Pan się może opierać, ale cóż, dziś bycie w jakiejś formule w mediach społecznościowych jest już pewnego rodzaju wymogiem. Szczególnie, jeśli prowadzi się publiczną działalność. Kilka tygodni temu rozmawiałam z Kate Fazzini, byłą dziennikarską WSJ i autorką „Królestwa kłamstw”, reportażu o cyberprzestępczości. Ona jest też bardzo zapobiegliwa w kwestii ochrony swojej prywatności w sieci, ale jednak ma konto na Twitterze, bo wymagał tego od niej pracodawca. Takie czasem niewyrażane bezpośrednio wymogi są dziś coraz powszechniejsze. Przynajmniej póki co. Gdy rozmawia się z nastolatkami urodzonymi już w świecie internetu mobilnego i mediów społecznościowych, to takie funkcjonowanie dla nich wcale nie jest oczywiste. Spora część broni się przed pokazywaniem siebie. Więc może to tylko przejściowa faza, może za kilka lat normą jednak będzie powrót do ochrony prywatności? 

Niestety, wydaje mi się, że będzie jeszcze gorzej niż dziś. Nie wyobrażam sobie, żeby ludzie, którzy pracują w marketingu, PR, dziennikarstwie czy finansach, mogli funkcjonować w dzisiejszym – czy jutrzejszym – świecie bez jakiejś obecności w sieci, bez kont na portalach społecznościowych. I żeby było jasne. Ja wcale nie uważam, że samo to w sobie jest czymś złym. Przecież w momencie, gdy umasawiał się wynalazek telefonu, też były obawy, że to zmieni społeczeństwo, osłabi więzi między bliskimi, spowoduje, że zamiast się spotkać i rozmawiać twarzą w twarz, ludzie spłycą kontakty tylko do tych za pośrednictwem kabla. Obawa przed technologiami jest naturalna. Różnica dziś jest taka, że my po prostu nie mamy kontroli nad tym, co te nowe technologie z nami robią. Dlatego kluczowe jest, byśmy tę kontrolę zaczęli odzyskiwać, by kwestie dotyczące prywatności zaczęły być traktowane bardziej poważnie, żebyśmy mieli wybór w korzystaniu z różnych platform. By pojawiły się alternatywy: choćby takie, że może wolimy płacić za konto, a w zamian nie być traktowani jak źródło danych. Ja osobiście bardzo chciałbym mieć taki wybór. Niezwykle ważne jest, by masowa stała się świadomość, że nie ma niewinnego funkcjonowania w mediach społecznościowych. Że nawet jak nie wrzucamy tam jakichś bardzo intymnych zdjęć czy wyznań, to każda nasza działalność jest jakimś aktem obnażenia siebie.

Skąd właściwie u pana zainteresowanie właśnie na taką tematyką? Czy było tak, że pana lub któregoś z pana bliskich spotkało coś trudnego, poważnego, ciężkiego ze strony cyberświata i to stało się impulsem do pisania o ciemnej stronie usieciowanego życia? 

Całe szczęście nie mam na koncie traumy, która by była katalizatorem takiej decyzji. Tak naprawdę ja się długo w ogóle nowymi technologiami nie interesowałem. Pomimo tego, że przecież od lat pracuję dla CD Projektu i byłem otoczony programistami i wszelkiej innej maści ekspertami od takiej tematyki. Natomiast przyszedł taki moment, w którym zdałem sobie sprawę, że te technologie to już nie jest nisza, to już nie jest hobby, to już nie jest coś, czym mam wybór interesować się lub nie. To na tyle mocno kształtuje moje życie i to w jakim świecie żyję, że trzeba się tym na poważnie zająć. Moment olśnienia nastąpił, gdy podczas urlopu rodzicielskiego zajmowałem się córką. Byłem na jakimś spacerze i słuchałem podcastu, w którym opowiadano o cyberprzestępczości związanej z pedofilią. To zderzenie, że ja tu tak spokojnie spaceruję z dzieckiem, a równocześnie dzieją się przerażające rzeczy, które mogą temu spokojowi zagrozić, spowodowało, że zdałem sobie sprawę z potrzeby lepszego zrozumienia świata technologii. Chociażby dlatego, że jest to mój obowiązek jako rodzica. Przecież w życiu mojej córki technologie będą odgrywały jeszcze większą rolę, będą jeszcze większą częścią jej świata. Więc chcę zrozumieć ten świat nie tylko ze względu na siebie, ale też dlatego, że chciałbym móc być też dla niej przewodnikiem. 

Bardzo przebija z pana książek właśnie takie edukacyjne podejście. Są w nich wręcz takie kolejne miniwykłady, w których bohaterowie tłumaczą nie tylko innym postaciom, ale i czytelnikom co to phishing, DDoS, botnety, TOR, targetowanie behawioralne, dezinformacja itd.

Nie przepadam za przymiotnikiem „edukacyjny”, bo to się od razu kojarzy z lekturą szkolną. Chciałbym raczej powiedzieć, że to jest próba objaśnienia, jak działa świat, w którym żyjemy. Owszem, dla ludzi, którzy siedzą w tym temacie, którzy się nim zajmują, te kwestie mogą wydawać się oczywiste. Ale jednak dla większości ludzi one absolutnie oczywiste nie są. Miałem takie wrażenie, jak się przygotowywałem do pisania książek, że popkultura pokazuje technologie, hakerów, różnych internetowych szpiegów, cyberprzestępców w kolosalnym uproszczeniu i zromantyzowaniu. Że to wszystko rodzaj magii, jakieś fantasy, nic nie jest tłumaczone, nie ma żadnych logicznych zasad. Ludzie, którzy się tym parają, znają tajemnicze zaklęcia i mówią żargonem, rzeczy dzieją się samoistnie, a im szybciej się klepie w klawiaturę, tym więcej i skuteczniej się hakuje. Ja sobie postanowiłem za cel napisanie książek, która rzeczywiście przybliżą czytelnikowi, jak ta cyberprzestrzeń działa, co się w niej dzieje i jak się to dzieje.

Że nie trzeba wcale jakiegoś zastępu superhakerów, którzy siedzą w zaciemnionym pomieszczeniu i dokonują samych terrorystycznych działań manipulujących całym światem. Tylko że wiele dzieje się właśnie na takim bardzo bliskim nam poziomie, co więcej często w stosunku do ludzi, którzy w ogóle nie widzą siebie jako potencjalnych ofiar. Pewnie pan też się spotkał z takimi argumentami: „ja się nie przejmuję, bo nie jestem nikim ważnym”, „co można takiego na mnie znaleźć”?

Cały czas takie myślenie pokutuje. Wydaje mi się, że to się bierze z historycznego przekonania, że dopiero, gdy ktoś był osobą zamieszaną w jakieś szemrane sprawy, w politykę, to zakładało się podsłuch na linii tej osoby. To dotykało tylko naprawdę wąskiej grupy ludzi. Tyle że teraz de facto wszyscy jesteśmy podsłuchiwani, wszyscy jesteśmy obserwowani. Nieważne czy jesteśmy ważni, czy nie jesteśmy ważni. Bo po pierwsze, ten proces jest zautomatyzowany, jest wbudowany w tę infrastrukturę. Po drugie, każdy z nas jest interesujący jako źródło surowca w postaci danych, jako potencjalny klient albo wyborca, zwolennik tej czy innej tezy. Dlatego stwierdzenie „ja jestem szaraczkiem, więc nie muszę się przejmować” jest oszukiwaniem samych siebie. Oczywiście, nie każdego internautę będą na szczęście spotykały takie przygody, jak Julitę z moich książek, nie każdy zostanie wzięty na celownik przez jakiegoś przeciwnika, który się będzie wyżywał za pomocą nowych technologii.

Wspomniał pan o Julicie, początkującej dziennikarce przypadkowo wciągniętej w coraz bardziej mroczne zakątki internetu. Czy ona jest pana alter ego? Jest postacią, która z takiej nieświadomości i podejścia, że te całe technologie to takie odległe sprawy, wchodzi coraz głębiej? Odkrywa, że mogą dotyczyć zwykłego człowieka, a im głębiej w to wchodzi, tym bardziej jest nie tylko przerażona, ale też zapobiegliwa. Czy pan też się tak czuł, pisząc te książki?

Tak, zdecydowanie myślę, że ona jakoś odzwierciedla przemianę, którą sam przeszedłem. Od osoby, która się w ogóle na tych sprawach się nie zna, po osobę, która się zagłębia coraz bardziej i bardziej w tym świecie. Tematyka kolejnych tomów pokazuje drogę, którą przeszedłem, moich przemyśleń. Na początku chciałem pisać bardziej o tym, co się dzieje w tych ciemnych zakamarkach internetu, jak jest wykorzystywany przez przestępców, co to jest ten owiany złą sławą dark web. Potem jednak zdałem sobie sprawę, że jakbym miał tak naprawdę wskazać, co jest problemem, to wcale nie byłby to darknet, który jest jakimś totalnym marginesem. Tylko wszystko to, co się dzieje w tym naszym internecie powszednim. Tym, który się wydaje znacznie przyjaźniejszy. Okazuje się, że mamy do wyboru albo prawie że totalną anonimowość, którą oferuje sieć TOR, albo totalną inwigilację, którą nam przygotowują giganci z Doliny Krzemowej lub z Chin. Żaden z tych biegunów nie jest tak ideałem i celem, do którego powinniśmy dążyć. 

Czy w ramach researchu do książki było coś, co pana rzeczywiście najbardziej zaskoczyło i przeraziło?

Najbardziej zaskakujący i przerażający był warsztat prowadzony przez dziennikarzy kolektywu Bellingcat, w którym uczestniczyłem, gdy przygotowywałem się do pisania drugiego tomu „Ukrytej sieci”. Tam po raz pierwszy zrozumiałem, że jak się dobrze poszuka, to w sieci jest już wszystko. I to było niesamowite. Oni nam pokazywali, jak wykorzystują internet do swoich śledztw, do swojej pracy dziennikarskiej. To nie byli wymiatacze programiści, którzy pisali jakieś swoje skomplikowane programy, wykonujące za nich większość roboty. To byli ludzie, którzy obsesyjnie przeklikiwali różne portale społecznościowe czy inne strony zbierające dane. Po prostu wiedzieli, gdzie tych informacji szukać, jak to robić i efekty tej pracy były niesamowite. Za pomocą materiałów, zebranych głównie z mediów społecznościowych, byli w stanie zdemaskować kilkunastu rosyjskich agentów; udowodnili, że to Rosja stała za zestrzeleniem malezyjskiego samolotu nad Ukrainą, choć próbowano winę zwalić na Ukraińców. I nie korzystali do tego z tajnych, wykradzionych danych. Przykładowo byli w stanie nawet prześledzić, skąd przyjechała jakaś jednostka wojskowa, która była na tej Ukrainie, na podstawie tego, że jej żołnierze przygarnęli sobie jakiegoś pieska. Na kilku zdjęciach jest szczeniakiem, a na zdjęciach z Ukrainy już jest dużym psem, który miał charakterystyczną plamę na pysku. Na podstawie tych kilku zdjęć psa byli w stanie zidentyfikować, jaka to jest jednostka wojskowa. Po spotkaniu z nimi miałem wrażenie, że pływamy w oceanie danych i że te dane można sobie naprawdę swobodnie wyławiać. 

Mając taką świadomość, czy doradza pan teraz swoim bliskim, by jednak ograniczali swoje działania w sieci? Że może jednak nie jest najlepszym pomysłem publikowanie zdjęć dziecka czy ciągłe oznaczanie się w geolokalizacji?

Chyba każdy, kto jak ja przeżył taką konwersję, z zaangażowaniem neofity zaczyna podchodzić do tych kwestii prywatności. Tyle że nie chodzi o to, by wszystkiego zakazywać. Musimy sobie wypracować złoty środek. Więc nie jest tak, że za każdym razem reaguję i robię bliskim wykład. Natomiast mam nadzieję, że to moje książki będą skłaniały do przemyśleń, że to one wykonują swoją robotę, po prostu pokazując, że internet nie jest bezpieczną przestrzenią. 

A może to sami pana bliscy szukają teraz u pana podpowiedzi i wsparcia? Bo to zrozumiałe, że ludzie czują się zagubieni w świecie internetu i nowych technologii. Przecież co chwilę pojawiają się nowe zjawiska, terminy, jak choćby w tym roku 5G, które naprawdę budzą obawy. 

Rzeczywiście, ludzie szukają takiego wsparcia. Pewnego razu zadzwonił do mnie znajomy, że ktoś mu się włamał na Instagrama i co on ma teraz zrobić. W szkole mojej siostry jeden z dzieciaków pokazywał na telefonie innym dzieciom jakiś drastyczny film i co mają począć, by sytuacja się nie powtarzała. Może i mógłbym w takich sytuacjach doradzać, ale cały czas mam świadomość, że nie jestem ekspertem, nie czuję się kompetentny, żeby dawać konkretne rady. Wydaje mi się, że moją rolą jest bardziej zwracanie uwagi na pewne mechanizmy, problemy, a nie dawanie recept.

Pytam o to, czy ludzie się tak zgłaszają, bo ma, wrażenie, że my naprawdę nie wiemy, gdzie się zgłosić, gdzie konkretnie szukać pomocy, gdy dzieje się coś niepokojącego w kontekście internetu.

Absolutnie. Widzę to nawet po spotkaniach autorskich, bo na nich regularnie pojawiają się właśnie pytania o to, co zrobić, kto może pomóc. To pokazuje, że jest ewidentna potrzeba pogłębiania wiedzy, że jak już ludzie wykonają ten pierwszy krok i przestają sobie wmawiać „to jest skomplikowane, to mnie nie dotyczy”, to starają się zrozumieć, jak ten cały technologiczny świat działa. I chcą wiedzieć więcej. Faktycznie przydałoby się pomyśleć, jak im to ułatwić. Zaczynając od szkół i tego, co uczone jest na lekcjach informatyki. Szkoła powinna zacząć na poważnie przygotowywać dzieciaki do funkcjonowania w sieci. 

Niestety wciąż nie mamy też co liczyć na faktyczne wsparcie ze strony policji. Nie ufamy w jej kompetencje i nie wierzymy, że faktycznie zrozumieją skalę zagrożenia w przypadku sieciowych przestępstw. To też się u pana już w pierwszej książce pojawia: „Policja? Co mi policja pomoże”. 

Oczywiście jest już sporo specjalistów w szeregach policji, jest na przykład specjalne Biuro ds. Cyberprzestępczości przy Komendzie Głównej Policji. Ale i tak wcale się nie dziwię, że na zwykłym posterunku funkcjonariusze nie bardzo wiedzą, co mają zrobić ze zgłoszeniem dotyczącym przestępstwa w cyberprzestrzeni. Tu jest ogromne pole do reform. Nie może utrzymywać się stan, w którym ktoś za pomocą internetu ukradł z konta pieniądze, a jako że przestępca był gdzieś z Nigerii czy Malezji, to policja rozkłada ręce. Świat nam się nagle bardzo wypłaszczył, dystans geograficzny przestał mieć znaczenie. Z jednej strony to wspaniałe, ale z drugiej są nowe zagrożenia, więcej ludzi, którzy mogą namieszać w naszym życiu prywatnym, ale też w sprawach o wadze politycznej, państwowej. Czas przestać udawać, że to odległe, niedotyczące nas problemy. 

Sami te problemy umniejszamy, wyśmiewamy słynnym zwrotem „halo policja, przyjedźcie na Facebooka”. Uważamy, że w internecie pewne obowiązujące poza nim prawa przecież nie działają. Jakiś czas temu pisałam tekst o syntetycznej kradzieży tożsamości, co też budzi pobłażanie. Kradzione są tylko kawałki tożsamości: głos, zdjęcie, profil z portalu społecznościowego i nie od razu prowadzi do wyczyszczenia konta bankowego, tylko np. jest wykorzystywane do złośliwej reklamy czy tworzenia fałszywych trollingowych kont. Niby nie jest to wielka krzywda, dopóki się nie okazuje, że ofiara faktycznie to przeżywa, boi się o siebie, o bliskich, traci zaufanie do ludzi, jej wizerunek może trafić np. do deep fejków. Ale i tak pierwszą reakcją ludzi na takie przestępstwa jest wzruszenie ramionami. 

To wynika też z tego, że to wszystko jest takie bardziej abstrakcyjne, niedotykalne – tak mi się wydaje. Bo jakby mi ktoś dał w zęby w parku, to jest jasne, jaka będzie krzywda… A tu? Podobnie jest czasem z cyberatakami, choćby słynne WannaCry i NotPietya, które nie zaowocowały przecież jakimiś wybuchami w fabrykach, tylko wyłączały i blokowały komputery w kolejnych firmach. Wywołały kolosalne straty, setki milionów dolarów na całym świecie. A i tak nie przebiły się do powszechnej świadomości, bo nie było widać takich fizycznych objawów, nikt nie umarł… 

A mógł, bo zaatakowane były także szpitale.

Tyle że i takie śmierci mogłyby być za mało spektakularne. Bo przecież poszkodowani byliby przykładowo ci, których operacji nie można było przeprowadzić z powodów technicznych. Jako że brakuje nam prostych do ogarnięcia, fizycznych manifestacji tego cyfrowego zagrożenia, to wciąż jest problem z masowym zrozumieniem, że ono może każdego z nas dotknąć.