Tak będzie wyglądać polskie pole walki. "To nie była pokazówka dla mediów"
Roje dronów nad poligonem w Zielonce, Potwór z Tarnowa siekący cele tysiącami pocisków na minutę i pierwsza bojowa prezentacja systemu antydronowego SAN. To nie był pokaz dla mediów, lecz nieformalny test tego, czy PGZ rzeczywiście jest gotowa udźwignąć program SAFE wart miliardy.

Wojskowy Instytut Techniczny Uzbrojenia w Zielonce na jeden dzień zamienił się w podgląd tego, jak ma wyglądać polskie pole walki w nadchodzącej dekadzie. Na trybunach – premier Donald Tusk, szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz, wiceminister obrony Cezary Tomczyk i przedstawiciele resortów gospodarczych. Na placu natomiast drony rozpoznawcze i uderzeniowe, zrobotyzowane pojazdy lądowe, armaty przeciwlotnicze i wielolufowe karabiny maszynowe spięte w jeden cyfrowy system.
Premier podkreślał, że ćwiczenia nie są teatrem na potrzeby kamer, lecz przygotowaniem na scenariusz, w którym kraj będzie musiał natychmiast wykorzystać nowy sprzęt. Zwrócił też uwagę, że o bezpieczeństwie zdecyduje tempo – nie można pozwolić sobie na marnowanie ani jednego dnia, jeśli miliardy z SAFE mają zostać przekute w realne zdolności wojska.
PGZ i instytuty badawcze w jednej układance
Za tym, co widać było nad i na poligonem, stoi duża część krajowego przemysłu obronnego. Trzon demonstracji stanowiły spółki Polskiej Grupy Zbrojeniowej: PIT-RADWAR odpowiedzialny m.in. za radary i armaty przeciwlotnicze, Huta Stalowa Wola z bojowym wozem piechoty Borsuk, Wojskowe Zakłady Lotnicze nr 2 z Bydgoszczy – producent drona rozpoznawczego Wizjer – oraz Bydgoskie Zakłady Elektromechaniczne Belma, które wyspecjalizowały się w minach i ładunkach inżynieryjnych.
Drugą odnogą całego przedsięwzięcia są instytuty badawcze: Instytut Techniczny Wojsk Lotniczych, Wojskowy Instytut Techniki Pancernej i Samochodowej oraz Przemysłowy Instytut Automatyki i Pomiarów PIAP. To właśnie tam powstają algorytmy sterowania, systemy łączności i oprogramowanie, dzięki którym bezzałogowce, sensory i efektory mogą ze sobą rozmawiać.
Według rządu to połączenie produkcyjnych możliwości PGZ, zaplecza badawczego instytutów i finansowania z SAFE ma stworzyć coś, co politycy nazywają technologiczną suwerennością. Chodzi nie tylko o to, by mieć nowoczesny sprzęt, ale również o możliwość serwisowania, rozwoju i szybkiego modyfikowania systemów bez oglądania się na zagraniczne licencje.
SAN – polski parasol przeciw rojom dronów
Główną gwiazdą testów był system SAN, który ma być sercem polskiej obrony antydronowej. Jest to modułowa układanka złożona z radarów, głowic optoelektronicznych, systemów zakłócających i klasycznych środków rażenia, od armat po wielolufowe karabiny. Zadaniem SAN-a jest wykryć i zneutralizować zarówno pojedynczy dron zwiadowczy, jak i większy rój tanich konstrukcji, które w ostatnich latach zdominowały wojnę w Ukrainie.
Podczas demonstracji nad Zielonką wystartowały drony Wizjer, Orlik oraz takie uderzeniowe konstrukcje, jak Szerszeń i DragonFly. Ich lot był śledzony przez sensory systemu, a w rolę zapalnika wcielały się różne efektory – od armaty SA35 kalibru 35 mm po wielolufowy system WLKM na podwoziu Legwan Long, znany już pod nośnym przydomkiem Potwór z Tarnowa. Ten ostatni jest w stanie wystrzelić do 3,6 tys. pocisków na minutę i został zaprojektowany właśnie po to, by czyścić niebo z nisko lecących, małych celów.
Co istotne, SAN nie jest jednym urządzeniem, które można wstawić na granicę i uznać, że problem rozwiązany. To raczej katalog kompatybilnych klocków, z których można budować zestawy dopasowane do konkretnego zadania – ochrony lotniska, bazy logistycznej, kolumny wojsk czy węzła energetycznego. Taka elastyczność ma być odpowiedzią na bardzo szybko zmieniający się charakter zagrożeń z powietrza.
Bezzałogowce nie są już tylko prototypem
Prezes Polskiej Grupy Zbrojeniowej Adam Leszkiewicz podkreślał, że to, co pokazano w Zielonce, nie jest wizją na odległą przyszłość. Część systemów – jak dron Wizjer, bojowy Borsuk czy sam Potwór z Tarnowa – jest już w wyposażeniu Sił Zbrojnych RP. Demonstracja miała pokazać, jak wiele można zyskać, gdy połączy się je w jedną sieć wymiany danych, zamiast traktować każdy sprzęt jako osobną wyspę.
Na ziemi można było oglądać także zrobotyzowane platformy lądowe: bezzałogowy system Bluszcz, który może prowadzić rozpoznanie lub transport na pierwszą linię, oraz pojazdy Kuna i Hunter, przystosowane m.in. do ewakuacji rannych spod ostrzału. W rozmowach z wojskowymi przewijał się wątek, że takie rozwiązania nie tylko zwiększają siłę rażenia, ale przede wszystkim zmniejszają ryzyko dla żołnierzy – to maszyny mają wjeżdżać tam, gdzie do tej pory wysyłano ludzi.
Przeczytaj także:
PGZ stara się więc udowodnić, że jest w stanie produkować tego typu systemy w seriach, a nie jedynie w pojedynczych egzemplarzach demonstracyjnych. Przykładem jest Belma, która według rządu miała 30-krotnie zwiększyć zdolności produkcji min, oraz Mesko, gdzie w ostatnich latach mocno podbito wolumen amunicji małego i średniego kalibru. To ma być argument w debacie o tym, czy miliardy z SAFE powinny w pierwszej kolejności trafiać właśnie do krajowego przemysłu.
*Źródło zdjęcia wprowadzającego: MON







































