REKLAMA

Oto dlaczego ceny gier rosną i nie skończy się na 349 zł za pudełko

Nintendo zaczęło sprzedawać gry w cenie 80 dolarów od pudełka, co stanowi nowy rekord. Na tym jednak wzrosty się nie skończą, a do Japończyków niebawem dołączoną kolejni wydawcy. Innego rozwiązania po prostu nie ma, przynajmniej w dającej się przewidzieć przyszłości.

Oto dlaczego ceny gier rosną i nie skończy się na 349 zł za pudełko
REKLAMA

Część rynkowych analityków zakładała, że wraz z premierą GTA 6 wzrośnie standardowa cena typowej gry. Grand Theft Auto 6 jest produkcją skazaną na sukces, oczekiwaną oraz gwarantującą rekordową sprzedaż. Siła marki miałaby usprawiedliwić podniesienie ceny tej gry do 80 dolarów, a przez drzwi wyważone buciorem GTA 6 gładko prześlizgną się potem kolejni wydawcy.

To jednak Nintendo pokazało kolegom w branży, kto tu nosi spodnie (właściwie to ogrodniczki). Niedługo po prezentacji konsoli Nintendo Switch 2 okazało się, że gry Wielkiego N na nową platformę będą sprzedawane w cenie 70 oraz 80 dolarów, czyli odpowiednio 289 oraz 349 zł. Dla porównania, standardowa cena gry Nintendo dla pierwszego Switcha to 249 zł, z kilkoma wyjątkami.

REKLAMA

Mario Kart World w cenie 80 dolarów za wersję bazową to na ten moment najdroższa standardowa edycja nowej gry na rynku. Nintendo podniosło poprzeczkę, której inni bali się nawet dotykać. Nie ma za to wątpliwości, że ci inni niebawem pójdą śladem Wielkiego N, serwując gry za 349 zł nie tylko na konsolach, ale również na Steam.

Jestem przekonany, że na 80 dolarach (349 zł) się nie skończy. Aby wytłumaczyć dlaczego, spójrzcie na ten magazyn z 1997 roku:

 class="wp-image-5408978"

Popularna sieć z zabawkami Toys R Us wykupiła w nim reklamę na całą stronę, gdzie przedstawia katalog oferowanych gier. Pudełkowe produkcje Nintendo są wycenione na 60 - 70 dolarów. Czyli dokładnie tak, jak ma to miejsce współcześnie, nie licząc szarży Japończyków po 80 dolarów za Mario Kart World dla Switcha 2. Cały problem polega na tym, że tamte 70 dolarów to dzisiejsze... 140 dolarów.

Biorąc pod uwagę realną wartość pieniądza – a więc to, co faktycznie możemy za niego nabyć w sklepie – gry z magazynu nie kosztują 60 - 70 dolarów. Tak naprawdę kosztują 120 - 140 dolców, w przeliczeniu na współczesną walutę zarabianą przez Amerykanów. Pomyślcie nad tym: tamte Super Mario 64 oraz Need for Speed 2 było dwukrotnie droższe od dzisiejszych gier lądujących na PS5 czy PC.

Co więcej, w 1997 r. produkcja typowej gry wideo była tańsza, krótsza i wymagała zatrudnienia mniejszej liczby osób. Czyli przy mniejszych kosztach wydawało się wtedy dwukrotnie droższy produkt względem dzisiejszego, zarabiając dwukrotnie więcej realmych pieniędzy od każdego sprzedanego pudełka. Warto mieć to w głowie, debatując o cenach gier.

Książki, muzyka, bilety do kina – przez ostatnie dekady wszystko drożało, ale nie gry wideo. Jak to możliwe?

Do teraz pamiętam bilet do kina za 8 zł. Dzisiaj płacę za niego 32 zł. Dawniej kupowałem nową książkę za 20 zł. Dzisiaj dobrze wydany bestseller to 50 zł jak nic. Rosną abonamenty serwisów VoD, rosną ceny biletów koncertowych, rosną subskrypcje platform muzycznych. Jednak z perspektywy amerykańskiego gracza ceny gier stały w miejscu, niezmiennie po 60 - 70 dolarów od pudełka. Nawet mimo faktu, że aktualne 70 dolarów to jak 35 dolców z 1997 roku, czyli dwa razy mniej. Nie znam nikogo, kto chce zarabiać dwa razy mniej za swój produkt, gdy wszystko dookoła drożeje.

Jak to więc możliwe, że ceny gier w USA i na Zachodzie nie rosły, podczas gdy wszystkie inne formy rozrywki drożały niemal z roku na rok? Odpowiedź składa się z dwóch głównych elementów:

  • Po pierwsze: niesamowita kreatywność twórców i wydawców w wyciskaniu z gracza dodatkowych środków. DLC, karnety sezonowe, reklamy, mikrotransakcje, edycje premium, wczesny dostęp – to wszystko mechanizmy mające sprawiać, że poza 70 dolarami za bazową grę, gracze zostawią na koncie wydawcy drugie tyle, w formie rozmaitych mniejszych zakupów. Z kolei jeśli nie mają pieniędzy, to niech przynajmniej obejrzą reklamy, za które zapłaciła firma trzecia.
  • Po drugie: efekt skali. Do 2023 roku branża gier nieustannie rosła w trzech kluczowych aspektach: wartości rynku, pieniędzy wydanych przez graczy oraz łącznej liczby graczy. Zjawiska takie jak powszechne granie mobilne na telefonie czy pandemia COVID pompowały balon nieustannych wzrostów, od 10 lat większych niż średni wzrost globalnej gospodarki. Miliony nowych graczy – czy to mama grająca w Candy Crash czy jej syn grający w Overwatcha – powodowały, że coraz mniejsze realne zyski z każdej sprzedanej gry dało się zasypać efektem skali.

Jednak teraz, w 2024 i 2025 roku, eldorado się skończyło. Nie ma już ciągłego wzrostu, zapukaliśmy w sufit. To pierwszy raz w historii, kiedy łączna liczba aktywnych graczy jest MNIEJSZA niż przed rokiem. Niewiele, ale mniejsza. TikTok wygrał z Fortnite.

 class="wp-image-5409005"
Pancerz dla konia w grze TES IV: Oblivion, powszechnie uznawany za pierwsze DLC

Teraz najciekawsze: Chociaż graczy jest mniej niż rok temu, z danych wynika, że wydali więcej niż rok temu. Oczywiście nie dlatego, że chcą. To w dużej mierze właśnie efekt cen, które zaczęły rosnąć od 2020 roku. Pierwsze wzrosty okazują się jednak niewystarczające. Wydawcy i inwestorzy są przerażeni globalnym odpływem graczy, dlatego chcą wycisnąć jeszcze więcej z tych, co zostali. W końcu na koniec dnia zawsze liczy się tylko wzrost. Taki mamy patologiczny system giełdowy.

Branża gier codziennie chce mieć więcej jaj z mniejszej liczby kur. Dlatego Nintendo woła o swoje 80 dolarów za nowe Mario Kart World, chociaż chciało 60 dolarów za Mario Kart 8 Deluxe dla pierwszego Switcha. Japończycy uważają, że dobrze znają swoje kurki i wiedzą, na co mogą sobie pozwolić. Już niedługo przekonamy się, czy faktycznie mają rację.

Jeśli liczba graczy będzie dalej spadać, nawet 80 dolarów za grę może nie wystarczyć. Jesteście gotowi na gry za 400 zł?

Koniec gamingowego eldorado widać gołym okiem. W 2024 roku mieliśmy do czynienia z rekordową liczbą zwolnień w branży gier. Do tego została anulowana masa projektów. Z trybu covidowej rozrzutności, wydawcy przechodzą w tryb ostrożności. Nastrój ekscytacji i gorączki złota minął. Zaczęło się szukanie oszczędności, bo i chęć inwestorów do inwestowania wielkiego kapitału w gry drastycznie spadł, cofnięty do poziomu z 2018 roku.

Skoro wydawcy nie mogą już dłużej budować wzrostu, polegając na efekcie skali oraz inwestorach, wyciskają niezbędne do tego celu pieniądze z wiernych graczy. Dlatego jestem przekonany, że po 80 dolarach od pudełka pojawią się gry za 90 dolarów. Wtedy aktywnych graczy będzie jeszcze mniej, a dramatyczna spirala będzie się nakręcać aż do kolejnego globalnego przełomu. Takiego na miarę gier mobilnych albo pandemii covid.

REKLAMA

Słowem: dostaniemy po kieszeniach i to ostro. Gracze na PC poczują to nieco mniej, ponieważ na komputerach oferta jest najszersza, a dystrybucja zróżnicowana. Jednak na konsoli takiej jak Nintendo Switch 2 portfel aż zasyczy z bólu. Niestety, jako fan Mario, Zeldy i Pokemonów, nie jestem w stanie odmówić sobie tego syczenia.

REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2025-04-04T06:01:00+02:00
Aktualizacja: 2025-04-03T21:28:20+02:00
Aktualizacja: 2025-04-03T21:07:54+02:00
Aktualizacja: 2025-04-03T20:38:19+02:00
Aktualizacja: 2025-04-03T08:04:41+02:00
Aktualizacja: 2025-04-03T06:00:00+02:00
Aktualizacja: 2025-04-02T21:35:00+02:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA