Tech  / Recenzja

Kawał świetnej, nikomu niepotrzebnej roboty. LG Wing - recenzja po trzech miesiącach

Picture of the author

Spędziłem blisko trzy miesiące z LG Wing. Po tym czasie bardzo bym chciał, żeby na rynku pojawiło się więcej takich cudaków.

Aby rzetelnie ocenić LG Wing, trzeba mu się przyjrzeć z dwóch perspektyw i ocenić w dwóch kategoriach: jako smartfon i jako rozkładane dziwactwo. Tak też podzielona będzie ta recenzja. Najpierw przyjrzymy się, jakim smartfonem jest LG Wing, a potem przyjdzie czas na ocenę, ile sensu w praktyce ma jego rozkładana konstrukcja.

Od strony specyfikacji LG Wing to co najwyżej średniak, ale daje radę.

Gdy spojrzeć na suche parametry rozkładanego smartfona LG, nie ma tu na czym oka zawiesić. Jego sercem jest procesor Qualcomm Snapdragon 765G, więc średniaczek. RAM-u mamy 8 GB, a miejsca na dane 128 GB - standard. Akumulator na papierze też nie powala - 4000 mAh.

Ekran główny to 6,8-calowy wyświetlacz POLED o rozdzielczości FullHD+ i 60 Hz odświeżania, więc również przeciętnie. Nie ma głośników stereo, czytnik linii papilarnych pod ekranem jest mały i powolny, a obudowa nie spełnia normy IP68, a zaledwie IP54 oraz MIL-STD-810G. Na papierze: nic nadzwyczajnego.

W codziennym użytkowaniu jednak te nienadzwyczajne podzespoły bez najmniejszego trudu radzą sobie ze wszystkimi zadaniami. Konia z rzędem temu, kto potrafi odróżnić na pierwszy rzut oka pracę Snapdragona 765G od topowego 865 - tutaj się nie da. Smartfon działa z idealną płynnością… z wyjątkiem panelu ustawień. Nie wiadomo czemu, podobnie jak w LG Velvet, oprogramowanie Velvet UI odmawia tam posłuszeństwa, zwłaszcza podczas próby skorzystania z wyszukiwarki ustawień.

Poza tym telefon radzi sobie znakomicie we wszystkim, od komunikacji po gry. O dziwo akumulator 4000 mAh ani razu nie rozładował mi się przed końcem dnia, a ładowanie 25 W jest dość szybkie, by szybko podładować telefon kablem. Szkoda, że zabrakło tu ładowania bezprzewodowego. Z kolei certyfikat IP54 wystarczy, by bez stresu wyjąć telefon w czasie deszczu czy śnieżycy.

Sumarycznie LG Wing, pomimo średniawej specyfikacji na papierze, w praktyce spisuje się na piątkę z lekkim minusem.

Aparat to najbardziej rozczarowujący element LG Wing.

Możliwości foto- i wideograficzne LG Winga zasługują jednak co najwyżej na tróję z plusem. Już tłumaczę.

Zdjęcia robimy tu dwoma obiektywami głównymi: jednym szerokokątnym połączonym z matrycą 64 Mpix oraz ultrawide z matrycą 13 Mpix. Sensor 64 Mpix służy też do cyfrowego, dwukrotnego zoomu.

Za dnia trudno się do czegoś przyczepić. Zdjęcia są ładne, kontrastowe i nie brakuje im ani szczegółowości, ani zakresu dynamicznego. Moje jedyne „ale” to rozbieżność w balansie bieli między obiektywami - spośród wszystkich producentów smartfonów z Androidem tylko jeden Samsung i to tylko w topowych modelach zachowuje jednolity balans bieli i pomiar światła dla wszystkich obiektywów. W LG Wing niestety zdjęcia z obiektywu ultrawide wyglądają zupełnie inaczej niż z głównego sensora.

Aparat do selfie ma 32 Mpix i również oferuje bardzo przyzwoite rezultaty za dnia, zarówno podczas robienia zwykłych zdjęć, jak i w trybie portretowym.

Niestety tryb portretowy dla głównego sensora działa raczej mizernie. Nie radzi sobie z poprawnym odcięciem nawet równych kształtów, a przy bardziej skomplikowanych figurach kompletnie się gubi.

Im ciemniej, tym gorzej. Gdy zaczyna brakować światła, LG Wing robi naprawdę kiepskie zdjęcia, zdesaturowane i kompletnie pozbawione detali, jakby zostały namalowane farbą olejną. Jeszcze większy problem po zmroku to ustawianie ostrości. Aparat notorycznie się gubi, a ostrość „pływa”, zamiast zablokować się na fotografowanym obiekcie. Za każdym jednym razem, gdy próbowałem zrobić zdjęcie po zmroku, musiałem ręcznie wybierać punkt ostrości, bo automat za nic nie potrafił wyostrzyć tam, gdzie powinien.

Tryb nocny niewiele zmienia. Scena jest delikatnie rozjaśniona, a balans bieli nieco chłodniejszy, ale oprócz tego zdjęciom nie przybywa ani detalu, ani uroku. Wprost przeciwnie - jest jeszcze większa szansa, że wyjdą nieostre, ze względu na długi czas naświetlania.

Selfie po zmroku też lepiej sobie odpuścić. Zdjęcia robione przednią kamerą w kiepskich warunkach oświetleniowych wyglądają po prostu źle.

Trzecie „oczko” na pleckach LG Wing, służy zaś do nagrywania wideo w trybie gimbala. To 12-megapikselowy sensor z obiektywem ultrawide, którym możemy nagrywać super-stabilne ujęcia w rozdzielczości FullHD, po rozłożeniu „skrzydeł” smartfona.

Od strony użytkowej tryb gimbalowy jest naprawdę kapitalny. Nagrywanie wideo w tym trybie jest bardzo proste i - co najważniejsze - poręczne, bo dolna część smartfona służy za wygodny uchwyt, zaś ruchem „kamery” sterujemy przy użyciu wirtualnego joysticka. Pod kciukiem mamy też wszystkie inne niezbędne funkcje i przełączniki.

O ile jednak obsługa trybu gimbalowego jest kapitalna, tak jakość wideo pozostawia wiele do życzenia. Stabilizacja istotnie wygląda tu jak z gimbala, jeśli tylko nauczymy się go odpowiednio kontrolować; gdy próbujemy jednocześnie obrócić telefon i pokierować gimbalem w tę samą stronę, na nagraniu widać nieprzyjemne wstrząsy. To jednak kwestia wprawy. Przy odpowiedniej obsłudze rezultaty są niesamowicie stabilne. Sęk w tym, że sama jakość obrazka nie powala. Ujęcia są „miękkie”, ze względu na relatywnie niską rozdzielczość nagrania, a do tego na brzegach kadru pojawiają się artefakty. Sytuacja jest tym bardziej kuriozalna, iż znacznie ładniejszy obrazek uzyskamy… nagrywając wideo głównym sensorem w 4K. Nie mamy wtedy co prawda dostępu do trybu gimbalowego, ale „zwykła” stabilizacja jest więcej niż wystarczająca do większości zastosowań.

Jeśli ktoś zatem szuka smartfona fotograficznego, raczej powinien poszukać gdzie indziej. Za to jeśli ktoś szuka sprzętu innego niż wszystkie, o dziwacznej, acz szalenie użytecznej konstrukcji… LG Wing będzie jak znalazł.

Obracany ekran w LG Wing jest nadspodziewanie użyteczny na co dzień.

O ile sens smartfonów ze składanym ekranem relatywnie łatwo zrozumieć, tak aby pojąć sens obracanego ekranu w LG Wing, trzeba go trochę poużywać.

Wystarczy jeden ruch kciuka, by LG Wing ze zwykłego telefonu przekształcił się w podręczne narzędzie do wypędzania demonów dziwactwo, jakiego świat smartfonów nie widział od co najmniej 10 lat, kiedy to za sprawą sukcesu iPhone’a telefony stały się nudnymi prostokątami.

Odsunięcie ekranu głównego ujawnia mniejszy panel, o przekątnej 3,9” irozdzielczości 1080 x 1240 px, który - zależnie od trybu pracy - może pełnić różne role.

Gdy oglądamy wideo, możemy na nim trzymać kontrolki odtwarzania. To bardzo przydatna funkcja, którą szalenie doceniłem, gdy w czasie testów położyło mnie choróbsko i spędzałem dnie oglądając w łóżku seriale. Jako że w trybie rozłożonym trudno jest wcisnąć fizyczne przyciski regulacji głośności, bardzo przydaje się suwak na dodatkowym ekranie. A też o wiele łatwiej jest utrzymać telefon nad głową, trzymając go jedną ręką za wystający element, podczas gdy wyświetlacz obrócony jest do pozycji horyzontalnej. Wielka szkoda, że LG nie udało się tutaj wcisnąć głośników stereo, bo po rozłożeniu LG Wing jest wprost idealny do oglądania seriali na kanapie czy w łóżku.

Gdy z kolei nagrywamy wideo, oprócz wspomnianego trybu gimbala mamy też możliwość równoczesnego nagrywania z dwóch aparatów: przedniego i tylnego, obsługując całość przy użyciu panelu na małym ekranie.

Gdy korzystamy z nawigacji, możemy użyć drugiego ekranu do wyświetlenia drugiej ulubionej aplikacji, np. serwisu streamingowego. W sam raz do samochodu - wsadzamy telefon w uchwyt i na dużym ekranie mamy podgląd trasy, a na dodatkowym podgląd odtwarzanych piosenek.

Gdy gramy w gry, na drugim ekranie mogą się wyświetlać dodatkowe informacje, np. mapa w Asphalt 9. Albo możemy jednocześnie grać i oglądać streamera na Twitchu, grającego w tę samą grę.

Możliwości wykorzystania dwóch ekranów są ogromne i zależne tylko od naszej wyobraźni. Możemy np. równocześnie uruchomić dwie aplikacje, a nawet utworzyć skrót, by otwierać je na raz jednym dotknięciem. Co najważniejsze, te wszystkie tryby i zastosowania nie są tylko marketingowymi bajerami, ale naprawdę użytecznymi funkcjami, które przydają się na co dzień.

Jedyną funkcją drugiego wyświetlacza, która w ogóle mi nie przypasowała, było pisanie tekstu na jednym ekranie i wyświetlanie podglądu na drugim. W trybie poziomym klawiatura jest zbyt ściśnięta, by na niej wygodnie pisać, a w trybie pionowym dodatkowy ekran jest zbyt malutki, by wygodnie podejrzeć pisany tekst. Oprócz tego jednak każde z powyższych zastosowań przydaje się w codziennym użytkowaniu. Szczególnie podczas oglądania wideo, gdy możemy telefon trzymać jedną ręką. Ba, istnieje możliwość zmiany małego ekranu w płytkę dotykową, którą możemy - jak wirtualnym kursorem myszki - obsłużyć zawartość na dużym ekranie, bez konieczności odrywania ręki od obudowy.

Niestety te wszystkie dobrodziejstwa niosą ze sobą szereg kompromisów.

Przede wszystkim, LG Wing jest bardzo ciężki. Waży aż 260 g i nie jest przesadnie dobrze wyważony, więc na co dzień odczuwalnie ciąży w kieszeni i w dłoni, gdy jest zamknięty.

Jak na smartfon o dwóch wyświetlaczach nie jest on przesadnie gruby, mierząc tylko 10,9 mm, ale za to odsuwany ekran jest wyczuwalny pod palcem i bardzo często zdarza się, że przypadkowo na niego naciskamy a nawet rozsuwamy przy wyciąganiu z kieszeni. Trzeba się do tego przyzwyczaić, ale ja nawet po trzech miesiącach miałem problem z mimowolnym odsuwaniem ekranu.

Ruchoma część zawsze wiąże się z kompromisem wytrzymałości. LG deklaruje, iż zawias rozkładający wyświetlacz powinien wytrzymać 200 tys. cykli. Po trzech miesiącach nie zauważyłem, by pojawił się jakikolwiek luz na zawiasie, więc może być to prawdą. Tym niemniej przez ten ruchomy element nie mamy tu pełnej wodo i pyłoszczelności, jak w innych topowych smartfonach. Pamiętajmy też, że LG Wing ma jeszcze jeden ruchomy element prócz zawiasu - przednią kamerę, która wysuwa się z górnej części obudowy. Przykład wielu innych smartfonów udowodnił już, że o ile to rozwiązanie samo w sobie jest wytrzymałe, tak bardzo łatwo o przedostanie się pyłu do obudowy przez taki „peryskop”.

No i oczywiście jest też kompromis ceny; zaprojektowanie i wyprodukowanie takiego dziwactwa musiało być kosztowne, więc urządzenie również musi być kosztowne. LG Wing kosztuje obecnie 4600 zł, czyli mniej więcej tyle, co topowe smartfony Samsunga i Apple’a. Jest od nich oczywiście ciekawszy i w ogóle, ale czy lepszy? Nie powiedziałbym. I tu jest przysłowiowy pies pogrzebany.

LG Wing to kawał świetnej, nikomu niepotrzebnej roboty. Uwielbiam go.

Pomimo niezwykłej użyteczności rozkładanego wyświetlacza i zaskakująco praktycznej konstrukcji, LG Wing jest smartfonem w zasadzie… dla nikogo. Na przecięciu przeciętnej specyfikacji, aparatu poniżej przeciętnej i ceny powyżej przeciętnej mamy urządzenie, którego zakup trudno jest komukolwiek polecić. To telefon dla odważnych konsumentów, którzy z jednej strony chcą mieć w kieszeni coś nietuzinkowego, a z drugiej nie żal im pieniędzy na urządzenie, które obiektywnie rzecz biorąc nie należy do najlepszych w danej półce cenowej.

Ale wiecie co? Nie ma to żadnego znaczenia. Owszem - inżynierowie LG wykonali kawał świetnej, nikomu niepotrzebnej roboty, ale bardzo bym sobie życzył, żeby każdy z producentów smartfonów miał w swoim portfolio choć jednego takiego cudaka. Nawet jeśli LG Wing nie podbije rynku, to uwielbiam ten telefon, darząc go czystą geekowską miłością do gadżetów.

Samo LG wie, że to nie jest projekt nastawiony na profit. LG Wing jest pierwszym produktem z serii Explorer - sprzętów eksperymentalnych, których zadaniem nie jest sprzedaż w wysokim wolumenie, a raczej pokazywanie światu, że innowacja w świecie smartfonów wciąż jest możliwa. Kolejnym w serii ma być rozwijany LG Rollable, za którego mocno trzymam kciuki, bo ostatnie doniesienia coraz częściej mówią o tym, jakoby projekt miał być opóźniony a może nawet wstrzymany.

Rynek elektroniki użytkowej potrzebuje takich dziwadeł, jak LG Wing, tak jak rynek motoryzacji potrzebuje egzotyków, by budzić emocje wśród entuzjastów i prowadzić swoistą „zimną wojnę” między producentami, popychając ich do cięższej pracy nad własnymi innowacjami.

Nie mogę powiedzieć „kupujcie”, tak jak nie mogę powiedzieć, że sam chętnie używałbym tego telefonu na co dzień, bo jednak choćby przez wzgląd na delikatniejszą konstrukcję nie nadaje się on do moich codziennych zastosowań. Tym niemniej cieszę się, że taki produkt powstał i liczę na to, że będzie ich więcej.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst