Tech  / Artykuł

28 minut. Tyle wystarczyło, by najbardziej hipsterski laptop na rynku na siebie zarobił

Pamiętacie Freewrite Traveler – laptop z ekranem e-ink służący wyłącznie do pisania, o którym pisaliśmy jakiś czas temu? Rozpoczęła się jego przedsprzedaż. I momentalnie rozbiła bank.

28 minut. Tylko tyle potrzebowali twórcy Travelera, by zebrać na IndieGoGo niezbędne do odpalenia projektu 50 tys. dol. Godzinę później zbiórka przekroczyła już 257 proc. zakładanego pułapu.

Gdy piszę te słowa, minęła ledwie jedna noc od startu kampanii, a na koncie Freewrite jest już blisko 190 tys dol. (czyli 379 proc. zakładanej kwoty). Na współczesną wersję maszyny do pisania wpłaciło pieniądze już blisko 600 osób, a do końca przedsprzedaży pozostał miesiąc, więc liczba ta z całą pewnością znacząco wzrośnie.

Freewrite Traveler

Przyznaję – nie spodziewałem się.

Freewrite Traveler może i jest ciekawą koncepcją, a na pewno ucieleśnieniem idei, którą bardzo szanuję – odcięcia się od rozproszeń. Po takich sobie wynikach pierwszego Freewrite’a spodziewałem się jednak, że następca nie znajdzie wielu nabywców, przynajmniej nie na początku.

Myliłem się. Pewnie po części ze względu na niższą o blisko połowę cenę (teraz Traveler kosztuje 319 dol., po premierze będzie to 599 dol.) klienci dosłownie rzucili się na nowy gadżet, udowadniając wszystkim sceptykom (w tym i niżej podpisanemu), że na świecie nadal jest zapotrzebowanie na sprzęt, który potrafi tylko jedną rzecz.

Freewrite Traveler pokazuje, że nie zawsze potrzeba „więcej”.

Dla przypomnienia – Freewrite Traveler to urządzenie, na którym można tylko… pisać. Nic więcej. Maszyna wykonuje automatyczny zapis do jednej z wybranych przez użytkownika chmur (Google Drive, Dropbox lub Evernote), liczy słowa napisane w danej sesji i… to tyle. Żadnych bajerów.

W dobie wszystkomających i wszystkomogących smartfonów i laptopów taka maszynka wydaje się być pozbawiona sensu. A jednak już znalazło się 600 osób, które ponad potencjalne możliwości cenią sobie bardziej prostotę i pracę w skupieniu. Bo w tym Freewrite Traveler bez wątpienia nie będzie miał sobie równych – w pracy bez ustawicznego rozpraszania powiadomieniami, przeglądarką internetową i mediami społecznościowymi.

Ten trend będzie postępował.

Z całego świata docierają sygnały, że zaczynamy ulegać cyfrowemu zmęczeniu. W Wielkiej Brytanii papier ponownie wyprzedził e-booki. Rośną w siłę wszelkie ruchy minimalistów, „wellness” i ludzi chcących żyć bardziej intencjonalnie. Wraca moda na retro-gadżety i kult analogu.

Technologia zaczyna nas męczyć, a ilość informacji wtłaczana do naszych głów każdego dnia – przytłaczać. A to otwiera rynek takim gadżetom jak Freewrite Traveler, potrafiącym tylko jedną rzecz. Pozwalającym skupić się na pracy czy i odciąć się od wszystkiego, co nie jest z nią związane.

Nie mogę się doczekać, aż osobiście sprawdzę Freewrite Traveler.

Pierwszy Freewrite mnie nie przekonał. Choć bardzo szanuję ideę, to format maszyny do pisania okazał się zbyt nieergonomiczny, bym chciał z niego korzystać na co dzień. Co innego klasyczna, zamykana obudowa, przywodząca na myśl Nintendo DS-a, którą można schować do torby i wyciągnąć w miejscu publicznym nie narażając się na pobłażliwe spojrzenia. A przy tym pracować bez narażania się na zespół cieśni nadgarstka i nadwyrężenie karku.

Muszę też przyznać, że cena – przynajmniej ta w przedsprzedaży – jest do przełknięcia. Jeśli komuś naprawdę zależy na tym, by skupić się na pracy, okolice 1400 zł nie są wygórowaną kwotą za narzędzie, które to umożliwi.

Co innego, gdy Traveler trafi do wolnej sprzedaży. Jeśli faktycznie będzie wtedy kosztował 599 dol. (czyli ok. 2500 zł po doliczeniu podatków), może nie znaleźć równie wielu nabywców, co w czasie kampanii na IndieGoGo.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst