"Być jak Kylie Jenner". Te kobiety zarabiają na patriarchacie i niszczą życie dziewczynek

Współczesne piękno nie jest już darem natury ani nawet efektem pracy nad sobą – stało się projektem, który można zaplanować, sfinansować i zoptymalizować. Książka "Pixel Flesh" odsłania mechanizmy stojące za światem filtrów, zabiegów i algorytmów, pokazując, jak technologia i media społecznościowe zmieniły kobiece ciało w pole nieustannej modernizacji.

"Być jak Kylie Jenner". Te kobiety zarabiają na patriarchacie i niszczą życie dziewczynek

Twarz. Coś najbardziej osobistego, niepowtarzalnego. Dziś nie jest tylko "wizytówką", ale staje się projektem do zaprojektowania, zestawem opcji do wyboru, produktem możliwym do zamówienia jednym kliknięciem. W świecie, w którym obraz wyprzedza doświadczenie, a cyfrowe odbicie zaczyna mieć większą wagę niż fizyczne ciało, granica między tym, kim jesteśmy, a tym, jak wyglądamy, zaciera się niemal niezauważalnie. "Pixel Flesh" to książka o tej właśnie granicy, o momencie, w którym skóra staje się interfejsem, a piękno walutą.

Jej autorka, Ellen Atlanta, prowadzi nas przez świat aplikacji, algorytmów i estetycznych modyfikacji, pokazując, jak technologia nie tylko odzwierciedla ideały urody, lecz aktywnie je produkuje, standaryzuje i sprzedaje. To opowieść o systemie, który potrafi jednocześnie mówić językiem empowermentu i czerpać zyski z poczucia braku. Autorka, pulicystka magazynu Dazed i konsultatka marek, przez wiele pracowała w brnaży beauty i wie jak wielką szkodę kobietą wyrządził przemysł piękna, pompowany przez media antyspołecznościowe.

Jednak "Pixel Flesh" nie jest jedynie krytyką branży beauty czy platform cyfrowych. To przede wszystkim próba zrozumienia, dlaczego tak wiele z nas – świadomych, wykształconych, sceptycznych – wciąż uczestniczy w tej grze. Jak to możliwe, że narzędzia, które miały dawać wolność autoekspresji, stały się mechanizmami kontroli? I czy w kulturze, w której bycie "fotogeniczną" jest niemal obowiązkiem, w ogóle istnieje przestrzeń na autentyczność?

Ta książka demaskuje, ale nie potępia. Pokazuje koszt psychiczny, społeczny i ekonomiczny obsesji na punkcie wyglądu, a zarazem pozostawia czytelnika z czymś więcej niż niepokojem – z możliwością odzyskania sprawczości. Bo jeśli ciało zostało skolonizowane przez piksele, to równie dobrze może zostać przez nas odzyskane.

Wydawcą książki jest grupa W.A.B, a autorką tłumaczenia na język polski Nina Wum. Tylko w magazynie Spider's Web+ przedpremierowo fragment książki.

Zrób sobie twarz

Inaczej wyobrażałam sobie kupowanie twarzy. Wyobraźnia podpowiadała mi, że będzie ona silikonowa, o niewinnie rozchylonych wargach i zapakowana w celofan. Po wyjęciu z folii przyciskałoby się taką sztuczną twarz do własnej niczym maskę i czekało, aż stopi się z naszą żywą tkanką, idealna i uśmiechnięta. To, o czym teraz rozmawiałyśmy, tchnęło grozą. Siedziałam w zakurzonej sali konferencyjnej gdzieś pośród hiszpańskiego pustkowia. Zapadały właśnie decyzje odnośnie do przyszłości naszej technologii. 

Aplikacja, którą miałyśmy stworzyć, była utrzymana w odcieniach różu i brzoskwini – wyobraź sobie białe ekrany z cielistymi akcentami i wyrazistym czarnym logo na samej górze. Składała się z obrazów, z niekończących się serii zdjęć kobiet. Rolki i galerie, posortowane pod kątem najmodniejszej akurat zawartości. Były tam brwi, usta i policzki; klientka mogła poskładać z nich wymarzoną ofertę i od razu dokonać zakupu. Widziałyśmy przed sobą przyszłość, w której będzie mogła ona śledzić konta znajomych i celebrytek, dowiedzieć się, z jakich zabiegów medycyny estetycznej skorzystały, i nabyć te same usługi. 

Działałyśmy w branży beauty. Niezależni specjaliści ze związanych z nią dziedzin publikowali na naszej platformie zdjęcia swoich usług. Mogli synchronizować kalendarze wizyt i przyjmować zapisy od tysięcy miłośniczek piękna, które posługiwały się naszą aplikacją, żeby udokumentować swój ulubiony wygląd. Zaczęłyśmy od manikiuru, kolorowych doczepianych warkoczyków i makijaży imprezowych, ale bardzo szybko do gry wkroczyli specjaliści od medycyny estetycznej. Nagle mogłaś u nas kupić nowy nos, podbródek albo czoło gładkie jak z blachy (wszystko to dzięki zastrzykom).

Twoje konto w tej aplikacji zawierało wszystkie ulubione zabiegi oraz style. Kolor lakieru do paznokci, który wybrałaś na tamto wesele, przedłużki fryzjerskie, które dodały ci powabu podczas urlopu, czy nos wyrzeźbiony fachowo tuż przed uroczystością zakończenia studiów – wszystko na widoku, wszystko opatrzone linkami, aby inne użytkowniczki też mogły z tego skorzystać. Wyznaczałyśmy trendy, organizowałyśmy zabiegi dla sław i darmowe usługi dla influencerek. Nasza aplikacja stała się wyrocznią w dziedzinie najbardziej pożądanych tendencji w branży. 

Róż, blichtr i mrok

Pracowałam w tej firmie przez ponad rok, od chwili jej powstania. Miałam wówczas dwadzieścia trzy lata i był taki moment, gdy jak na kogoś w moim wieku robiłam błyskotliwą karierę. Byłam jasną, wschodzącą gwiazdą. Tuż po tym, jak udało nam się zebrać cztery miliony funtów finansowania, wybrałyśmy się całą załogą do Hiszpanii. To było ucieleśnienie wyobrażeń o tym, jak spędzają czas pracownicy firm technologicznych z Doliny Krzemowej. Ziszczona fantazja godna Goop (Goop to marka i firma zajmująca się wellness i stylem życia – przy. red) , a właściwie jego skąpana w mrocznym sosie parodia. Spałyśmy na nadmuchiwanych łóżkach, chodziłyśmy na wycieczki po okolicy, które miały pomóc nam odnaleźć siebie, i wy legiwałyśmy się wokół basenu, wypełniając kwestionariusze odnośnie do przeżytych w dzieciństwie traum. 

Pewnego dnia nasz kierownik zespołu (niegdysiejszy łowca głów do projektów venture capital) prowadził z nami zajęcia na temat budowania lepszych technologii. Z jakichś przyczyn oznaczało to, że każda z nas miała sobie wyobrazić, jak nasza firma popada w najgorsze możliwe tarapaty, a następnie stworzyć plan ich uniknięcia. Siedziałyśmy więc na plastikowych szkolnych krzesełkach, usiłując kolejno wyobrazić sobie jak najbardziej przerażający scenariusz biznesowego fiaska. Dane z naszej aplikacji mogłyby wyciec do sieci. Ktoś mógłby zhakować program. Mogłybyśmy stracić dane płatnicze naszych klientek. Kiedy przyszła moja kolej, wygłosiłam przepowiednię o tym, jak algorytm wznieci w armii dziewcząt krytyczny stosunek do siebie, jednocześnie zachęcając tysiące z nich, żeby wyrzeźbiły swoje twarze i ciała na obraz i podobieństwo jedynego słusznego wzorca, wydając na to dziesiątki lub setki tysięcy dolarów. A potem zmienimy algorytm i te kosztowne wyróżniki wyjdą z mody. 

Brzmiało to jak scenariusz odcinka Czarnego lustra. Gdy skończyłam mówić, uświadomiłam sobie, że to już się dzieje. Że właśnie się przeobrażam w serialowy czarny charakter. 

Nasze podejście do technologii było odmienne od wszystkich. Stanowiłyśmy w końcu kobiecy zespół miłośniczek branży beauty. Nasz startup miał być odpowiedzią na kalifornijską ziomokrację. Podpisałyśmy deklarację Organizacji Narodów Zjednoczonych o dążeniu do celów zrównoważonego rozwoju, a nasza oferta koncentrowała się na rozwoju kobiet i dziewcząt w kierunku osiągnięcia równości płci. Pracownicami branży beauty w 70 procentach są kobiety. Wiele z nich używa umiejętności pozyskanych w toku socjalizacji, żeby stworzyć sobie elastyczną działalność zawodową. Pracują z domu lub z wynajętych biur, często łącząc karierę z zaangażowaniem w życie rodzinne i w aktywności swoich dzieci. 

Jeszcze niedawno publicznie wyśmiewano dziewczęta wybierające zawody związane z fryzjerstwem czy usługami kosmetycznymi. Te same dziewczyny zarabiają dziś tysiące funtów miesięcznie, oddając się twórczym zajęciom, które sprawiają im radość. Głosiłyśmy wszem wobec, że zatrudnienie w branży urodowej zapewni kobietom w każdym wieku samostanowienie i karierę zawodową, w której pracuje się na własne konto; że to idealna droga dla tych, które chcą przejąć kontrolę nad własnymi zarobkami i rzucić się głową naprzód w przedsiębiorczość. 

Ale to tylko część prawdy. 

Kobiety zarabiające na patriarchacie

Nasz startup przynależał do globalnego rynku urodowego, który jest wart 500 miliardów dolarów. Jeżeli wierzyć przewidywaniom magazynu "Forbes", jego wartość wzrośnie w 2025 roku aż o połowę. Branża globalnie przybiera na sile, ewoluując i rozrastając się w odpowiedzi na wymogi kultury, która coraz częściej wydarza się w sieci. Moja firma była jedną z wielu spółek starających się zmonetyzować dekadę strzelania sobie selfies oraz wzrastającej powszechnie obsesji na punkcie własnego wyglądu. Branża beauty zmieniła się w tętniący życiem kompleks przemysłowy, w którym części ciała projektowano tak, by można je było łatwo replikować i sprzedawać tłumom. 

Z perspektywy czasu widzę, że nasz startup był książkowym przykładem wsadzania głowy w piasek, jeśli chodzi o standardy urody. Trąbiłyśmy na wszystkie strony o upodmiotowieniu jednostki i o miłości do samej siebie, jednocześnie zbijając fortunę na rosnących w zawrotnym tempie oczekiwaniach odnośnie do kobiecych ciał. Traktowałyśmy zabiegi medycyny estetycznej, jakby istniały w kulturowej próżni, niezależne od patriarchalnych ideałów karmiących się czasem, pieniędzmi i wysiłkiem kobiet na całym świecie. Wrzucałyśmy na Instagrama różowofioletowe obrazki z hasłami o tym, jak to kobiety powinny doceniać własne piękno (a także piękno innych kobiet wokół), umawiając się na zabiegi medycyny estetycznej za pośrednictwem naszej aplikacji. Nasze zarobki pochodziły bezpośrednio od kobiet, których poczucie własnej atrakcyjności podkopano – od kobiet usiłujących dosięgnąć wyśrubowanych standardów wmawianych im przez społeczeństwo. Jak ujęła to feministyczna autorka Jessa Crispin, "kobiety zarabiające na patriarchacie zadbają o to, żeby nigdy nie runął". 

Ale to również jest tylko część prawdy.

W drodze powrotnej z Hiszpanii wykorzystałam moment spędzony na stacji kolejowej. Wyciągnęłam z plecaka mały poprzecie rany notes i zaczęłam pisać, starając się ułożyć sobie w głowie pytania, które w niej dźwięczały. Stworzyłam listę tych, na które trudno było mi znaleźć odpowiedź: 

  • Czy jesteśmy w stanie promować samostanowienie przez piękno, jednocześnie nie powielając seksistowskich, kapitalistycz nych standardów urody? 
  • Czy wypełniacze w strzykawkach mogą być feministyczne? Jak wygląda szczera autoekspresja w patriarchalnym społeczeń stwie? Czy w ogóle mamy jakiś wybór? 

W jaki sposób kultura obsesji na punkcie piękna wpłynęła na moje własne życie? Jak czują się kobiety z mojego otoczenia? Co się stanie, jeśli się z tego wszystkiego wypiszę? Czy mogę się wypisać?

Jak możemy przekształcić narrację wokół urody i tego, co uważa się za piękne?

Jeżeli wszystko zmierza ku lepszemu, to dlaczego tyle kobiet czuje się ze sobą coraz gorzej?

Czy kiedykolwiek zdołam z czystym sumieniem wspierać branże, które przez całe moje życie podkopywały moją samoocenę? 

Jak mogę zabrać głos w ramach tej narracji i zrobić coś dobrego?

Jak możemy stworzyć kobietom i dziewczętom piękniejszą przyszłość? 

Przypomniałam sobie te wszystkie dziewczyny zgłaszające się jako ochotniczki do bezpłatnych zabiegów upiększających. Ile z nich przystąpiło do nich z własnej woli? Pomyślałam o kobietach, o tysiącach kobiet, które dzięki pracy w branży beauty zyskały niezależność finansową. A potem o milionach tych, dla których piękno było ostateczną formą kontroli. Zastanowiłam się, czy możliwe jest zarabianie r a z e m z kobietami, ale bez zarabiania n a kobietach. Przemyślałam swój własny, prywatny syndrom sztokholmski. Czy to ja byłam swoim oprawcą, a może był nim ktoś inny? Zastanowiłam się nad rolą feminizmu w patriarchalnym świecie i zdałam sobie sprawę, że tu tkwi największy paradoks. Przyszło mi do głowy, że trzeba rzucić tę pracę – a chwilę później, że przecież jeśli to zrobię, stracę dostęp do wszystkich darmowych zabiegów. 

Zdradliwe piękno

John Berger napisał słynne: "Cieszyło cię patrzenie na nagą kobietę, więc namalowałeś jej portret, włożyłeś w dłoń lustro i zatytułowałeś obraz Próżność. Potępiłeś kobietę, której nagość uwieczniono dla twojej osobistej przyjemności". 

Spójrzmy na sprawę pod jeszcze jednym kątem. Nauczyłeś dziewczynkę, że wysiłek wkładany w urodę to inwestycja konieczna do podtrzymania jej wartości, że zaplatanie warkoczy, dbałość o cerę i skubanie brwi to niezbędne umiejętności, bez których zatraci człowieczeństwo. Powtarzałeś jej raz po raz, że ten wysiłek ma wartość tylko wtedy, gdy jest darmowy, a kiedy zaczęła czerpać z niego zyski, zlekceważyłeś jej wysiłki jako niepoważne. A później feministki dostrzegły krew na jej rękach i wygnały ją ze swojego grona, wyzywając od zdrajczyń. 

Kilka tygodni po powrocie z tej wyprawy rzuciłam pracę. Zapisałam następne strony tego małego różowego notesika próbami odpowiedzi na pytania wciąż rozbrzmiewające w moim umyśle. Zaczęłam pisać tę książkę. 

Być jak Kylie Jenner

Odtwarzam ten filmik raz po raz. Przewijam go, a potem puszczam na przyspieszeniu, pauzując co ułamek sekundy, żeby ujrzeć jej znieruchomiałą twarz pod każdym możliwym kątem. Usta (o których świat wie, że zostały poprawione wypełniaczem) wymawiają słowa: 

– Dzisiaj zdecydowałam się na bardzo naturalny look.

Kylie Jenner tkwi w moim telefonie od lat, podzielona na osiemdziesiąt sześć schludnie skatalogowanych zdjęć, spoczywających jedno na drugim niczym klocki z gry Tetris. Osiemdziesiąt sześć wersji Kylie, do których dostęp mam tylko ja. 

Kylie Jenner – muza, matka, milionerka. Rodzina zarabia na niej od czasów, gdy była dziewięciolatką. Niedługo później rzucono ją na głęboką wodę programu z gatunku reality show (pierwszy odcinek Z kamerą u Kardashianów pokazuje nam młodziutką, jeszcze nawet nie nastoletnią Kylie wyginającą się w tańcu na rurze). Podobno zaczęła eksperymentować z medycyną estetyczną w poważnym wieku lat siedemnastu. Pierwszą firmę założyła jako dwudziestolatka. Sprzedawała swoim wielbicielkom specyfiki upiększające, dzięki którym one także miały osiągnąć jej (poprawiony chirurgicznie) wygląd. Rok później urodziła dziecko. 

Miałam okazję spędzić z Kylie pewien dzień w grudniu 2018 roku, dziesięć miesięcy po przyjściu na świat jej córki Stormi. Zanim zajęłam się technologiczną stroną przemysłu beauty, pracowałam w magazynach dla kobiet, a Kylie była naszą dziewczyną z okładki. Do moich obowiązków należało wówczas zawiadywanie mediami społecznościowymi magazynu, a zatem miałam zebrać jak najwięcej nieoficjalnych, zakulisowych treści i przeprowadzić z Kylie wywiad, który następnie opublikowano by na różnych platformach. Sześć zaakceptowanych wstępnie pytań, sześć odpowiedzi w formie krótkiego filmiku. Okładkę opublikowano, ale reszta treści nigdy nie doczekała się autoryzacji przez zespół Kylie. Od tej pory tkwią one na rolce w moim telefonie. 

Kilka miesięcy po naszym spotkaniu magazyn "Forbes" oficjalnie zaliczył Kylie w poczet bóstw, ogłaszając ją najmłodszą miliarderką, jaka kiedykolwiek samodzielnie dorobiła się swoich miliardów. (Tytuł ten później jej odebrano, ponieważ podniosły się głosy, że laureatka sfałszowała swoje wyniki finansowe. Kylie temu zaprzecza). Jest najmłodsza i najczęściej obserwowana z całego klanu Kardashianów. Ma ponad 400 milionów wielbicieli na Instagramie i jest drugą najpopularniejszą kobietą na tej platformie. Kylie Jenner to jednostka obdarzona tak wielką mocą sprawczą, że jeden jej tweet może odmienić trendy światowych giełd. Jej działalność przeobraziła koncepcję piękna w oczach całego pokolenia młodych kobiet. 

Był rok 2020, a my od trzech miesięcy tkwiłyśmy pozamykane w mieszkaniach. Tamtego czerwcowego dnia wspólny ogród niedaleko londyńskiej stacji Notting Hill wypełniało gorące, lepkie powietrze. Postanowiłyśmy – moja pandemiczna bańka społeczna i ja – poopalać się w tym skierowanym na południe ustroniu. Teraz nasze miękkie ciała spoczywały na kłującej sztucznej trawie, podczas gdy my rozkoszowałyśmy się słońcem. 

Kiedy widziałaś autentyczne ludzkie ciało?

Minęło sporo czasu, odkąd ostatni raz widziałam autentyczne ludzkie ciała. Cyfrowe mięso się nie liczy. Grzałyśmy się w słonecznych promieniach, otoczone roślinnością. Moje przyjaciółki wyglądały niczym bohaterki renesansowych płócien – zaokrąglone z powodu lockdownu, piękne, bezczynne i urzekające. Ich ciała były ciepłe, jedwabiste; tu i ówdzie dostrzegałam dołeczki, a w innych miejscach prążki. Miałam przed oczami drobne włoski, rozstępy, wałki tłuszczu i wąskie blizny po żyletce. Wokół rozpościerał się soczyście zielony ogród. Emanował z nas blask, którego nie da się uchwycić na ekranie telefonu. Na kilka krótkich chwil schroniłam się z powrotem w rzeczywistość. 

Nasze imiona – Ellen, Sienna i Eliza – współbrzmią ze sobą, ale to nie koniec podobieństw. Stanowimy trzy nieco odmienne wersje tego samego modelu o jasnej skórze, niebieskich oczach i blond włosach. Najbardziej różnimy się budową ciała, bo Sienna ma mały biust i drobne kości, podczas gdy Eliza jest wysoka i krągła. Ma najbardziej kobiecą sylwetkę z nas trzech, a jej kształty doceniłby sam Botticelli. Ja plasuję się gdzieś pośrodku i nieustannie towarzyszy mi poczucie, że powinnam być bardziej podobna do którejś z nich. 

Sienna poprosiła mnie, żebym zrobiła jej zdjęcia, więc naturalnie, że się zgodziłam (ma ponad pięć tysięcy obserwatorów na Instagramie i publikuje co drugi dzień, rzetelna niczym szwajcarski zegarek). Jej twarz promieniała od świeżo zaaplikowanego wypełniacza; wczoraj wyszła z zabiegu. Napuchnięte blizny przykryła korektorem. Sienna znalazła ofertę zabiegu na Grouponie – ostrzyknął ją jakiś facecik przyjmujący klientki na zapleczu zakładu fryzjerskiego na północy Londynu. Było jej bardzo nie po drodze, ale 120 funtów za mililitr substancji to okazja, której nie można przepuścić. Wylegująca się na tle przepysznej zieleni Sienna wyglądała jak błąd w matriksie. Jak przesadzona wersja siebie samej. Ale gdy tylko wzięłam do ręki telefon i uwięziłam ją w jego wnętrzu, stała się idealna. Perfekcyjna cyfrowa dziewczyna, emanująca naturalnym pięknem. 

Sienna ostrzykuje sobie twarz od sześciu lat. Ma dwadzieścia pięć. 

Odpuściłyśmy sobie lunch, żeby zdążyć ze zdjęciami na Instagrama. Żadna z nas nie ujęła tej decyzji w słowa, ale wszystkie byłyśmy świadome, że została podjęta. Starałyśmy się jak najlepiej wykorzystać popołudniowe ciepło, a potem schroniłyśmy się wewnątrz. Dzisiejsze przedstawienie dobiegło końca, a poza tym pod ostrym słońcem bardzo trudno jest patrzeć w ekran telefonu. Kiedy podeszłam do lodówki, żeby wyjąć z niej butelkę wody, zerknęłam Siennie przez ramię. Przerabiała zdjęcie w programie Facetune. Zaokrągliła biodra, zwęziła sobie talię i wyostrzyła podbródek. Patrzyłam kątem oka, jak ta nieskazitelna, promienna wizja, którą uchwyciłam chwilę wcześniej, podlega licznym poprawkom. Miałam ochotę wrzasnąć jej w twarz: "W tym nie powinno się grzebać!". Całe to przycinanie, wygładzanie i podciąganie sprawiło, że poczułam się okaleczona. 

Czterdzieści pięć minut później zdjęcie trafiło na Instagram, a konkretnie do relacji. Wszystko, co się tam znajdzie, ma krótki żywot; jest dostępne tylko przez dobę. 

Zdawałam sobie sprawę, że to nieuprzejme, ale nie mogłam oderwać od niej wzroku. Rozpoznawałam wprawdzie tę twarz, lecz nie do końca. Przypominała mi Kylie Jenner. Efekt był taki, jakby prawdziwa Kylie Jenner założyła na twarz m a s k ę Kylie Jenner, nieruchomą i niepokojącą w wyrazie. W prawdziwym życiu jej twarz nie działała, jak należy, ale też zapewne nie było takiej potrzeby. 

Każda epoka wyznacza swój własny kanon piękna – od Marilyn przez Twiggy i Kate Moss aż po Kylie. Taki ideał jest masowo rozpowszechniany, żebyśmy wszystkie mogły się do niego porównywać. W epoce cyfrowego przesytu pięknymi twarzami Kylie uosabia postmodernistyczny wzorzec, który analizowano i dekonstruowano częściej niż jakikolwiek inny ideał w historii. Łatwość i skala, na jaką rozpowszechniane są obrazy w sieci – oraz wynikające z tego powszechne skupienie na wyglądzie – sprawiły, że zapanował kanon urody oparty na przesadzie. Królują rysy dość przejaskrawione, żeby dobrze wyszły na zdjęciu, bezboleśnie poddały się rozpikselowaniu, a także zwracały na siebie uwagę na małym ekranie telefonu. 

Twarz z Insta

Jia Tolentino w 2019 roku nazwała ten wszechobecny ideał damskiej urody "twarzą z Insta". Opisała go następująco: "Jest to twarz młoda, oczywiście, o cerze pozbawionej porów i wyraźnie zarysowanych kościach policzkowych. Ma kocie oczy o rzęsach długich i podwiniętych jak u postaci z kreskówki. Całości dopełniają maleńki, kształtny nos i pełne, wydatne usta". Taką twarz mają jedne z najpopularniejszych kobiet w naszym cyfrowym wymiarze, czyli Kylie Jenner, Kim Kardashian, Bella Hadid czy Emily Ratajkowski. Opisany powyżej standard leży u podstaw współczesnego przemysłu urodowego, który promuje tę konkretną twarz i tę wąsko określoną estetykę pośród mas – wliczając w to mnie, Siennę oraz Elizę. 

W efekcie powstała kultura, w której obowiązuje jeden wzorzec piękna, kobiety zazdroszczą sobie nawzajem rysów twarzy i starają się osiągnąć ideał niemożliwy do spełnienia bez interwencji w naturę. Żeby zaliczać się do atrakcyjnych, potrzebujemy wypełniaczy w strzykawkach, chirurgii plastycznej, programów do edycji zdjęć oraz filtrów nakładanych na zdjęcia już gotowe. 

Kultura cyfrowego piękna wymaga, by podporządkować się jej bez zastrzeżeń. Musisz wyglądać tak samo jak wszyscy, nosić tę właśnie, a nie inną twarz. Najwięcej obserwatorów mają influencerki, które wyglądają jak klony, a do tego przybierają przed obiektywem niemal identyczne pozy. Badanie jakościowe, w którego ramach przeanalizowano twarze pięćdziesięciu modelek i influencerek o największych zasięgach, wykazało, że 64 procent tych kobiet ma kocie oczy o uniesionych zewnętrznych kącikach, a 86 procent – pełne wargi. Sto procent z nich ma ostro zaznaczone kości policzkowe, wyrazisty podbródek oraz mocną żuchwę. Siedemdziesiąt osiem procent ma prosty, zadarty nos, 84 procent – łukowate brwi, a 98 procent – płytkie, wypełnione doliny łez. Jak mają się sprawy w kwestii cery? Osiemdziesiąt cztery procent influencerek prezentuje światu twarze pozbawione zmarszczek czy nierówności, a okrągłe sto procent – nietknięte trądzikiem. Ogółem niemal połowa wszystkich kobiet wziętych pod uwagę w badaniu posiada wszystkie charakterystyczne cechy "twarzy z Insta". 

W ciągu ostatnich dwóch dekad wydarzyło się coś bez precedensu. Trendy urodowe nie następują już po sobie, lecz kumulują się w jedną wielką sprzeczność, wyznaczając paradoksalny ideał, który zaostrza nasze kompleksy. Współczesne kobiety nie tylko muszą być szczupłe lub odpowiednio zaokrąglone. Powinny także mieć smukłe ramiona i łydki, płaskie brzuchy, ale za to należycie krągłe biodra, tyłki i biusty, a do tego wąziutką talię. Jednocześnie wymaga się od nich nieskazitelnej cery, sprężystych włosów i widocznie zarysowanych mięśni. 

Statystyki wykazują, że mimo działających w sieci ruchów na rzecz ciałopozytywności skala zaburzeń odżywiania jest obecnie większa niż w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Równolegle bije rekordy zainteresowanie zabiegami medycyny estetycznej. Według danych Aesthetic Plastic Surgery National Databank w Stanach liczba zabiegów z użyciem botoksu wzrosła w latach 2019–2020 o 54 procent, a liczba zabiegów z użyciem wypełniaczy – o 75 procent. Do 2022 roku popularność tych zabiegów niechirurgicznych wzrosła o kolejne 23 procent. Wielka Brytania jest najszybciej rozwijającym się rynkiem wypełniaczy na świecie, a w 2020 roku brytyjscy chirurdzy plastyczni odnotowali siedemdziesięcioprocentowy wzrost liczby konsultacji.

Niedawne badanie przeprowadzone na Wyspach Brytyjskich wykazało, że 28 procent ankietowanych w wieku od osiemnastu do dwudziestu czterech lat i 31 procent ankietowanych w wieku od dwudziestu pięciu do trzydziestu czterech lat zastosowało jakąś formę zabiegu kosmetycznego (w porównaniu ze średnią dla całej populacji Wielkiej Brytanii, która wynosi zaledwie 21 procent). Ponad połowa populacji młodych kobiet w wieku od szesnastu do dwudziestu dziewięciu lat rozważa skorzystanie z takich usług teraz lub w przyszłości. 

Te procedury uznaje się za niezbędne do osiągnięcia współczesnego standardu urody. W miarę jak kapitalizm kolonizuje kolejne obszary kobiecej świadomości, ich lista tylko się wydłuża. 

Słynne usta Kylie wymodelował doktor Simon Ourian. Powiedział on w wywiadzie przeprowadzonym przez Kathleen Hale dla redakcji "Harper’s Bazaar", że dekadę temu mniej więcej jeden procent jego pacjentek wynosiły osoby z najmłodszej kategorii wiekowej" (osiemnasto i dziewiętnastolatki). Za to dziś w tym przedziale wiekowym znajduje się mniej więcej 10 procent jego pacjentek. Ourian zadeklarował, że nie przyjmuje nieletnich, ale kiedy zaczął ostrzykiwać Kylie Jenner, miała ona siedemnaście lat. 

Tłumaczenie: Nina Wum.
Śródtytuły pochodzą od redakcji.