SW+

Biznes jak świadomy obywatel. Albo zapomni o zysku, albo zginie

Biznes jak świadomy obywatel. Albo zapomni o zysku, albo zginie

Mają wychować nowe pokolenie, szukać alternatywnych źródeł energii, a przede wszystkim zapomnieć o zyskach tu i teraz. Brzmi jak wymagania stawiane przed współczesnymi politykami. Jednak w dobie kryzysu klimatycznego to jedna z ról biznesu – i to z tych najbardziej istotnych. Wchodzimy w okres, w którym firmy muszą w końcu zrozumieć swą obywatelską odpowiedzialność. Tylko czy to w ogóle możliwe?

– Globalne ocieplenie nie zostało stworzone przez supermoc czy Boga. To wszystko dlatego, że firmy chcą zarabiać pieniądze. Nie mają czasu na myślenie o tym, co później stanie się z naszym zdrowiem. Liczy się zysk – z olbrzymim spokojem ogłosił Muhammad Yunus, ekonomista i laureat Pokojowej Nagrody Nobla z 2006 roku. Ze spokojem, mimo że przecież wystrzelił z armaty w stronę podstaw kapitalizmu.

 class="wp-image-16273"/><figcaption>Fot. <a class=""
Fot. NadyGinzburg/Shutterstock

– To biznes stworzył globalne ocieplenie – dodawał Yunus i nie gryzł się w język podczas rozmowy z Julienem Ducarroz, prezesem zarządu Orange Polska. Do rozmowy doszło podczas Miasteczka Myśli. Razem dla planety – organizowanego przez Orange cyklu spotkań, który jest przestrzenią do dyskusji na różne tematy, nie tylko związane z biznesem telekomunikacyjnym. Ostatnie spotkanie dotyczyło ekologicznej odpowiedzialności biznesu. 

Od dawna mówi się o odpowiedzialności człowieka za katastrofę klimatyczną, ale to słowo-wytrych rozmywające podejście do problemu. Tymczasem, jak mówił noblista, sprawa w gruncie rzeczy jest prosta: chodzi o pazerność i chciwość, które napędzają system i tworzą błędne koło. Firmy trują, bo chcą zarabiać pieniądze. Trują, bo dostarczają produkty, które potem trafiają na rynek i są kupowane. Logika systemu jest okrutna.

Yunus na własnej skórze przekonał się, o co w tej zabawie chodzi. Do założyciela Banku Grameen i entuzjasty biznesu społecznego zgłosiła się firma Danone. Obie strony miały wyłożyć po 500 tys. euro, aby w Bangladeszu uruchomić projekt mający zmniejszyć problem niedożywienia. Tyle że wtedy do akcji wkroczyli prawnicy.

Idea jest szczytna, stwierdzili, ale spółka nie może ot tak dać pieniędzy, które potem się nie zwrócą. Jej celem jest inwestowanie i zarabianie, a społeczne inicjatywy nie przynoszą zysku. Pomaganie jest ważne, ale przeczy giełdowym założeniom. Mimo że ostatecznie przedsięwzięcie się udało, bo udziałowcy z własnej kieszeni pokryli koszty, to ten kruczek prawny pokazał, czym kieruje się biznes. I jak jest egoistyczny, krótkowzroczny.

Oni wiedzieli

Barack Obama powiedział, że jesteśmy pierwszym pokoleniem, które zdało sobie sprawę z globalnego ocieplenia, a zarazem ostatnim, które może coś jeszcze zrobić. „Pokolenie” sugeruje, że chodzi o dość wąską grupę osób – współczesnych 50- czy 60-latków, którzy jako pierwsi doszli do wniosku, że dzieje się coś bardzo niedobrego. Były prezydent Stanów Zjednoczonych lekko jednak przesadził. 

Kiedy przyszedł na świat w 1961 roku, naukowcy już domyślali się, w którą stronę idzie ingerencja człowieka w naturalny porządek rzeczy. To właśnie mniej więcej w tym czasie pojawiały się pierwsze alarmujące wyniki badań. W latach 60. geochemik Charles Keeling zauważył, że co roku wzrasta stężenie dwutlenku węgla w atmosferze. 

fot. r-stok/Shutersctock.com

Pod koniec lat 80. normą były raporty, w których przestrzegano, że spalanie przez ludzi paliw kopalnych będzie miało katastrofalne skutki. Ale już wtedy naukowcy zdawali sobie sprawę, w jakim systemie żyją. W książce „Ziemia. Jak doprowadziliśmy do katastrofy” Nathaniel Rich wspomina m.in. Lestera Lave’a, ekonomistę z Brookings Institution od lat 70. XX wieku zajmującego się sprawami klimatu.

Swoją książkę z 2019 roku (w Polsce wydano ją rok później) Rich zaczyna od mrożącego krew zdania: „Niemal wszystko, co wiemy o globalnym ociepleniu, wiedzieliśmy już w 1979 roku”. Co poszło nie tak? Odpowiedzią jest jego książka. Pozornie nudna i toporna, bo pełna dat, nazwisk, raportów ze spotkań. A jednocześnie przerażająco fascynująca, bo jak na dłoni pokazuje, że globalne ocieplenie nie jest współczesnym wymysłem. Już przed laty można było powstrzymać pełzającą katastrofę. Mimo że problem zauważyli choćby George Bush senior czy Margaret Thatcher, a firmy z branży paliwowej wspierały idee ekologów, to do happy endu nie doszło. Dlaczego? Rich wymienia kilka przyczyn, ale jedną z nich jest właśnie to, że nikomu zaciągnięcie hamulca się nie opłacało. Można było o tym mówić, bo temat zainteresował publikę, ale działać? Przecież to nie będzie nasz problem. W latach 80. takie terminy jak 2030, nie mówiąc już o 2050, były absurdalnie odległe.

Biznes musi się zmienić. Rządy też 

Nieco inaczej jest dziś. Zegar odliczający czas do katastrofy, jaką będzie wzrost temperatury o 1,5 stopnia Celsjusza, jest coraz bliżej godziny zero. Biznes nie ma wyjścia. Albo się zmieni, albo przestanie zarabiać. Bo nie będzie nikogo, kto będzie mógł pozwolić sobie na zakupy. Wcale nie chodzi o to, że nagle ludzkość zniknie. Po prostu zacznie zmagać się z problemami, jakich jeszcze nie było: zwiększoną liczbą anomalii pogodowych, wzrostem cen żywności spowodowanych suszą, wielką migracją z terenów, które przestały nadawać się do życia. Kupowanie nowych gadżetów spadnie na odległe miejsca na liście priorytetów. Takie właśnie wnioski płyną ze wspomnianej dyskusji podczas Miasteczka Myśli: Razem dla planety.

– Niektóre firmy jeszcze tego nie widzą i nie wierzą w zieloność. Ale to błąd. Trzeba się zastanawiać, jaki mamy wpływ na klimat? Co możemy z tym zrobić? Czego możemy się spodziewać w związku ze zmianami? To obowiązkowe tematy na spotkania zarządu każdej firmy. Te muszą sobie uświadomić swój wpływ na środowisko i zająć się tymi aspektami, które najbardziej obciążają klimat – zauważyła podczas tego spotkania dr Agnieszka Liszka-Dobrowolska, członek zarządu Climate Strategies Poland.

Dlaczego wciąż niektórzy nie widzą tego w taki właśnie sposób? Bo nie mają perspektywy samodzielnego zarobku. Muhammad Yunus przypomniał, że nawet w Stanach Zjednoczonych, które za sprawą Joe Bidena otwierają się na zieloną energię, nie brakuje firm opierających swą działalność na spalaniu paliw kopalnych, a mimo to mogą liczyć na wsparcie rządu. To właśnie władze muszą dać sygnał, że nietrucie się opłaca – poprzez skierowanie funduszy z dotacji w stronę zeroemisyjnych technologii. 

mat. prasowe Orange

– Nie można czekać na to, aż ktoś coś nam da. W takich warunkach tylko czekalibyśmy na elektrownie jądrowe czy wiatrowe, o których słyszę od dziecka – podkreśla Jacek Hutyra, oficer klimatyczny w Orange Polska.

Firma więc już działa. Na potrzeby Orange Polska ruszyły na przykład dwie farmy wiatrowe w Wielkopolsce. Produkują one prąd dla Orange Flex. Dzięki temu i działaniom kompensacyjnym jest on pierwszą w Polsce usługą telekomunikacyjną neutralną klimatycznie. Zapewnią one 9 proc. energii elektrycznej, której potrzebuje w ciągu roku. W ciągu 12 miesięcy uda się dzięki temu ograniczyć emisję CO2 aż o 34 tysiące ton. Dla porównania, jeden człowiek w skali roku generuje ok. 10 ton.

Takich akcji jest więcej. Yunus podał przykład Ikei, która w Rosji otworzyła 16 zeroemisyjnych i ekologicznych sklepów, wykładając miliardy euro z własnej kieszeni. Rosja to jednak trudny przykład, pokazujący, że bez porozumienia ponad podziałami niewiele się zdziała. Rosyjscy naukowcy zwracają uwagę na to, że kraj rządzony przez Putina nie przestawia się na zieloną energię. Co więcej, ta jest dla państwa zagrożeniem, wszak spadnie popyt na rosyjskie paliwa kopalne. Władze nic sobie z tego nie robią, a Rosja wciąż nie wyznacza sobie celów klimatycznych, tak jak robi to Unia Europejska, Stany Zjednoczone, a nawet Chiny.

Ideałem jest więc wspólne myślenie biznesu, rządu oraz… konsumentów. My, czyli kupujący, jesteśmy coraz bardziej świadomi. – Z doświadczenia wiem, że dziś młodzi zdecydowanie chętniej niż o sukcesach biznesowych słuchają o zielonej energii – mówi Julien Ducarroz, prezes Orange. Dodał też, że przez to wchodzący na rynek pracy wolą pracować właśnie w miejscach, które zwracają uwagę na problem zbliżającej się katastrofy klimatycznej. Ten, kto nie stawia na zieloną energię, traci nie tylko konsumentów, ale też potencjalnych specjalistów. 

– Moglibyśmy tylko śledzić regulacje i przejść na zieloną stronę dopiero w momencie, gdyby nas do tego zmuszono albo gdyby nam się to opłacało. Ale wolimy sami podjąć inicjatywę, bo to kluczowy aspekt nie tylko dla nas, ale i dla naszych klientów – dodał Witold Drożdż, członek zarządu ds. strategii i spraw korporacyjnych Orange Polska.

Klimat jest więc ważny, ale portfel – jeszcze bardziej. Martyna Sztaba, prezeska Syntoil, stwierdziła, że dziś dla firm problemem wcale nie jest technologia. Rozwiązań i pomysłów jest całe mnóstwo, czego właśnie Syntoil jest przykładem. To start-up, który zajmuje się czyszczeniem sadzy zanieczyszczonej ze zużytych opon do postaci sadzy technicznej. W ten sposób odzyskuje zasoby oraz ogranicza zużycie paliw kopalnych, powstawanie odpadów i emisję dwutlenku węgla. Sztaba nie ma wątpliwości, że nie brakuje na świecie podobnych materiałów, którym można dać drugie życie. Klasycznym „ale” są oczywiście pieniądze. 

Miasteczko Myśli. Razem dla Planety. Prowadzący Piotr Stanisławski (Crazy Nauka), Mirosław Proppe (WWF), Martyna Sztaba (Syntoil), Witold Drożdż (Orange).

– Każdy w pierwszym zdaniu mówi, że chce być ekologiczny, ale w drugim, które nie zawsze słychać, pada hasło, że ekologia musi być opłacalna, a najlepiej tańsza niż „normalne” rozwiązanie. I tu pojawia się problem – twierdzi Sztaba. 

Nadchodzi nowe pokolenie, czyli jak Greta zmienia świat

„Przywódcy G7 naprawdę dobrze się bawią, prezentując puste zobowiązania klimatyczne i powtarzając stare niespełnione obietnice” – Greta Thunberg na Twitterze po raz kolejny nie zostawiła suchej nitki na politykach, którzy ciągle robią niewiele, aby powstrzymać katastrofę. Tym razem na czerwcowym szczycie aktywistka nie doczekała się konkretów. 

Jest symbolem ekologicznej rewolucji. Nastolatka – której wiek ciągle jest wypominany, by podważyć jej opinie – była w stanie wyprowadzić na ulice setki tysięcy młodych ludzi na całym świecie. Echa jej działalności słychać też w Polsce. Niedawno pięć osób zdecydowało się pozwać polskie władze za bezczynność w sprawie kryzysu klimatycznego, którego skutki odczuwają już teraz. Wśród nich jest Maya Ozbayoglu, licealistka i działaczka klimatyczna. 

– Chciałabym, żeby rządzący słuchali głosu nauki, który mówi o tym, że ocieplanie atmosfery musi zatrzymać się na 1,5 stopnia. Tylko taki poziom da milionom Polek i Polaków szansę na bezpieczną przyszłość – stwierdziła. To najlepszy dowód na to, że młodzi ludzie chcą innego świata. Ci ludzie z jednej strony są najbardziej narażeni na skutki katastrofy klimatycznej. Z drugiej, są ważni dla biznesu, bo przecież to oni będą wybierać oferty firm i kupować ich produkty. Czy w 2050 roku, kiedy świat zapłonie, wybiorą sprzęty od tych producentów, którzy przyłożyli rękę do zniszczenia Ziemi? Nie wiadomo, ale dla prezesów lepiej by było, gdyby się o tym nie przekonali na własnej skórze. 

 class="wp-image-16288"/><figcaption>Strajk klimatyczny, Londyn 2019 r. fot. <a class=""
Strajk klimatyczny, Londyn 2019 r. fot. Ink Drop/Shutterstock

Aktywizm jest ważny, bo dzięki temu o problemie jest głośno. Nie można jednak liczyć wyłącznie na to, że władze posłuchają ludzi, którzy w szczytnym celu blokują ulice, maszerują, a w skrajnych przypadkach – przypinają się do drzew czy wspinają na budynki elektrowni węglowych. Trzeba działać od podstaw, nie czekając na to, aż nastolatkowie sami zrozumieją, że na świecie źle się dzieje. Bo wtedy może być już za późno. 

– Nie potrzebujemy tysięcy osób, które spisują się świetnie pod względem ekologicznym. Potrzebujemy miliardów, które będą działać „tylko” nieźle – podkreśliła podczas Miasteczka Myśli, Martyna Sztaba.

Te miliardy muszą wyjść ze szkół.

– Potrzebujemy teraz zmiany systemu edukacji, np. na uczelniach wyższych. By przygotowywał kolejne pokolenia na myślenie o wyeliminowaniu starych nawyków, ale też pokazywał, że kluczowe jest znalezienie sposobu na świadczenie starych usług w nowy, bardziej ekologiczny sposób – podkreślał podczas dyskusji Mirosław Proppe, prezes WWF Polska.

Dla prezesa WWF oczywistym jest, że szkoły muszą powiedzieć wprost: skończyło się życie i metody, jakie wprowadzano przez lata. Potrzebujemy nowej ścieżki. Zielonej, ekologicznej, dzięki której planetę uda się uratować. To ci ludzie będą ratować świat, ale jednocześnie wspierać firmy, którym zależy na tym samym.

Płonne nadzieje?

Pamiętajmy, w jakiej rzeczywistości jednak żyjemy. Kiedy na tegorocznym kwietniowym szczycie zorganizowanym przez prezydenta USA Joe Bidena władze kolejnych państw wyliczały, co zrobią w celu ratowania klimatu, Polska zapowiedziała, że uda się nam dojść do porozumienia ws. przedłużenia działania kopalń węgla do... 2049 roku.

– Ludzkość miała już kilka „grubych” momentów i za każdym razem wybierała źle. Nie mam wiary w ludzkość, w regulacje ani w to, że znajdzie się rozwiązanie, które pomogłoby nam w zrewolucjonizowaniu sposobu myślenia. Ale liczę, że się pomylę – gorzko ocenia sytuację na świecie szefowa Syntoil.

Eksperci wypowiadający się podczas Miasteczka Myśli. Razem dla planety, powtarzali jak mantrę, że biznes musi przestać myśleć o zyskach i pieniądzach. Musi stać się obywatelem, zwykłym Kowalskim, który bierze pod uwagę bliską przyszłość, ale stara się myśleć, jak będzie żyło się kolejnym pokoleniom.

Historia od rewolucji przemysłowej pokazuje jednak, że numerem jeden są pieniądze. Może więc zamiast szukać innej drogi, trzeba zacząć grać według narzuconych wcześniej zasad? Ekolodzy powinni być niczym księgowi, wyliczając, ile korzyści czerpiemy z natury i jak wiele stracimy, doprowadzając do katastrofy klimatycznej.

Jeszcze jest czas, aby potraktować ją tak samo poważnie. I lepiej, żeby do tego doszło. Chociaż wydaje się to trudne, to tak naprawdę niewiele potrzeba. Areta Szpura, autorka kampanii „Tu pijesz bez słomki” oraz książki „Jak uratować świat?”, w trakcie ostatniego Miasteczka Myśli podzieliła się szokującymi liczbami. Ale – co w rozmowie o klimacie zdarza się bardzo rzadko – w pozytywnym kontekście. – Wystarczy 3,5 proc. działających ludzi, aby zapoczątkować ruch prowadzący do zmian. Biorąc pod uwagę, że jest nas na Ziemi przeszło 7 miliardów, 3,5 proc. to naprawdę niewiele. Jeszcze nie wszystko stracone – przekonuje.

Julien Ducarroz, prezes zarządu Orange Polska

Spider’sWeb+ razem z Rzeczpospolitą są patronami medialnymi Miasteczka Myśli. Razem dla planety. Partnerem merytorycznym wydarzenia jest Orange Polska oraz ośrodek dialogu i analiz ThinkTank.