Gry  / Recenzja

Najlepsze wyścigi odległej galaktyki wróciły. Star Wars Episode I: Racer na Switchu cieszy niemal jak za dzieciaka

Z perspektywy gówniarza chodzącego do szkoły podstawowej, Mroczne Widmo było świetnym filmem. Walka z Darth Maulem, bitwa z droidami, no i oczywiście wyścig na Tatooine! To wszystko ekscytowało nieletnią, niezbyt wymagającą widownię, ze mną włącznie. Dlatego miałem taką słabość do Star Wars Episode I: Racer.

Gdy Mroczne Widmo podbijało polskie kina, możliwość odtworzenia wyścigu niezwykle szybkich podracerów we własnym domu była czymś niesamowitym. Pamiętam, jak ekscytowałem się każdym okrążeniem na Tatooine, będąc pod wrażeniem niemal rzeczywistej oprawy wizualnej. Wszystko wyglądało, brzmiało i zachowywało się tak, jak w długo oczekiwanim filmie. Byliśmy pod szczególnym wrażeniem efektu prędkości. Z kolei obecność torów na innych planetach otwierała przed nami zupełnie nowe, egzotyczne uniwersum, którego nie widzieliśmy w kinach.

Teraz Star Wars Episode I: Racer powraca, w wersji na konsolę Nintendo Switch.

Nim jeszcze tytuł został oficjalnie zapowiedziany na platformę Nintendo, kilkukrotnie wspominałem, że z chęcią ograłbym go ponownie na Switchu. Dostałem czego chciałem, ale końcowy efekt mógłby być lepszy. Bo chociaż do samych wyścigów nie mogę się przyczepić, tak kuleje otoczka wokół nich. Port został potraktowany po macoszemu zwłaszcza w obszarze interfejsu i nawigacji. Ekrany informacji są rozpikselowane tak jak w oryginale. Nie da się zmienić sterowania. Do tego gra nie wykorzystuje żyroskopu Switcha, chociaż powinien to być naturalny dodatek.

Zrezygnowanie z sensorów Switcha jest dziwne o tyle, że te zostały wykorzystane w dwóch poprzednich gwiezdnowojennych portach tego samego producenta: Jedi Outcast oraz Jedi Academy. Tam pasowały jak pięść do nosa, tutaj byłyby przydatnym, ciekawym urozmaiceniem. Nie rozumiem takiej polityki deweloperów, ale być może ma ona związek z pandemią koronawirusa oraz lekkim opóźnieniem premiery Racera, wymuszonym pracą zdalną.

Wystarczy jednak wziąć udział w wyścigu, a od razu zapomina się o tych mankamentach.

Star Wars Episode I: Racer został podciągnięty pod współczesne standardy technologiczne. Nowe proporcje ekranu współgrają z salonowymi telewizorami. Wyostrzono i poprawiono tekstury, a także zadbano o wygładzanie krawędzi. Dzięki temu trójwymiarowe obiekty w Racerze nie straszą pikselami w taki sposób, jak robi to interfejs użytkownika. Gra pozwala dostrzec więcej szczegółów niż w 1999 r. Tyczy się to zwłaszcza modeli pilotów oraz ich facjat.

Niestety, nie oczekujcie żadnej graficznej rewolucji. Producenci portu nie pokusili się o bardziej złożone bryły wielokątów czy zupełnie nowe tekstury. Nie uświadczycie również dodatkowych efektów wizualnych. Trochę boli, że deweloperzy nie pokusili się o zwiększenie zasięgu widzenia na Switchu. Grze towarzyszy charakterystyczna mgiełka, pozwalająca oszczędzać zasoby na komputerach z minionego wieku. Teraz jest ona zbyteczna. Nawet biorąc pod uwagę ograniczoną moc Switcha na tle innych platform do gier.

Z niekłamaną radością stwierdzam, że frajda z rozgrywki jest niemal ta sama, co dawniej.

Dzisiaj szansa wcielenia się w Anakina Skywalkera i pokrzyżowania planów Sebulby nie ekscytuje już tak, jak dwie dekady temu. Mimo tego Star Wars Racer wciąż jest grą dostarczającą masę frajdy. Przedzieranie się przez ciasny wąwóz na Tatooine, z pamiętnym wąskim wylotem, dalej sprawia wyzwanie i dalej cieszy. Tak samo jak zamarznięte jezioro na lodowej planecie, ograniczające możliwości pilotażu. Nie mam za to złudzeń: gra jest znacznie, znacznie łatwiejsza niż gdy siadałem do niej w 1999 r. Niby oczywiste, ale warte zaznaczenia.

Warto dodać, że Star Wars Episode I: Racer wspiera rozgrywkę dwóch graczy na podzielonym ekranie. Również w trybie mobilnym. Niestety, producenci nie podjęli próby wprowadzenia do gry typowego modułu wieloosobowego wykorzystującego dostęp do Internetu oraz sieciowe lobby. Brakuje również możliwości rozgrywania wyścigów PvP w trybie ad-hoc przez dwóch posiadaczy Switcha, każdy na ekranie własnego urządzenia.

Blast from the past za 5 dyszek

Star Wars Episode I: Racer kupiłem w cyfrowym eShopie, wydając na niego 56 zł. To jak najbardziej adekwatna cena za sentymentalną podróż do przeszłości, a przy okazji wciąż niezgorszą grę wyścigową. Najważniejsze jest bowiem, że Racer w dalszym ciągu ma to coś. Wciąż daje frajdę. Tym bardziej szkoda, że producent portu nie miał większych ambicji, poszerzając grę o dodatkowe elementy albo moduły. Mimo tego polecam. Zwłaszcza, jeśli gracie na Switchu głównie w trybie mobilnym. Szybki wyścig lub dwa idealnie pasują do profilu tej konsoli.

Zrzuty ekranu pochodzą z wersji na konsolę Nintendo Switch Lite.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst