Gry  / Recenzja

Szukałem monitora ultrawide do pracy oraz gier, dla PC i MBP jednocześnie. Philips 349P7FUBEB - recenzja

Moje potrzeby były jasne: chciałem zakrzywiony monitor, do którego jednocześnie podłączę dwa urządzenia - jedno z Windows 10, drugie z macOS. Warunkiem była także szerokość ultrawide, dla pracy na wielu oknach. Oczekiwałem także USB-C i znośnych parametrów do gier. Upolowałem model Philips 349P7FUBEB i sprawdziłem, jak się spisuje.

Philips 349P7FUBEB to 34-calowy monitor ultrawide reklamowany jako sprzęt zarówno do biura, jak i do pokoju gracza. Gdy ekran zadebiutował pod koniec 2018 r., jego cena wynosiła ponad 3500 zł. Teraz monitor można złapać o tysiąc złotych taniej. To właśnie zejście z ceny sprawiło, że zainteresowałem się tym modelem. Nie ukrywam, iż aspekt ekonomiczny był dla mnie niezwykle istotny. Nie jestem wszakże profesjonalnym fotografem czy montażystą. Nie potrzebuję także topowej matrycy.

Niestety, połączenie ekranu ultrawide, rozdzielczości UWQHD oraz gniazda USB-C to droga kombinacja.

Cenę winduje zwłaszcza obecność gniazda USB-C. Większość monitorów spełniających moje kryteria kosztowała grubo powyżej 3000 zł. Garść znacznie tańszych modeli została z kolei zmasakrowana negatywnymi recenzjami i komentarzami. Philips 349P7FUBEB enigmatycznie zajmował miejsce gdzieś w środku stawki, z ceną na poziomie 2700 zł. Bez żadnych solidnych recenzji w polskich mediach, ale za to ciepło przyjęty w krajach na zachód od nas. Postanowiłem zaryzykować.

Nie będę owijał w bawełnę: po prawie miesiącu z nowym ekranem nie mam wątpliwości, że Holendrzy oferują dobry, uczciwy stosunek ceny do możliwości. Monitor przebił moje oczekiwania, chociaż kilka elementów wciąż można było rozwiązać lepiej. Jednak w ogólnym rozrachunku Philips 349P7FUBEB faktycznie sprawdza się jako centrum domowego biura, a także panel dla najnowszych gier wideo. Niestety, zwłaszcza w tym drugim zastosowaniu nie obyło się bez pewnych wyrzeczeń.

Pomimo 34 cali, Philips 349P7FUBEB jest elastycznym i odpowiednio konfigurowalnym monitorem.

Chwała niech będą producentom za solidną podstawę, która utrzymuje stabilnie monitor nawet podczas majstrowania przy gniazdach. Dodając ją do ogólnej masy monitora, wychodzi nam prawie 10 kg. Najbardziej spodobała mi się jednak noga pozwalająca na regulację wysokości ekranu. Zakres ruchu szyny jest naprawdę szeroki, wynosząc aż 18 cm. W praktyce monitor świetnie spisuje się w połączeniu z wysokimi biurkami oraz biurkami hydraulicznymi, ze względu na możliwość niezwykle silnego obniżenia ekranu, zaledwie kilka cm od blatu.

Szyna nóżki nie działa skokowo, ale płynnie. Zamiast wybierać jeden z kilku punktów wysokości, swobodnie podnosimy lub opuszczamy ekran. Ten zawsze zostaje na swoim miejscu, a wszystko działa lekko, delikatnie i przyjemnie. Do tych 18 cm regulacji wysokości należy dodać -170/170 stopni regulacji w poziomie, a także pochylenie -5/20 stopni. Ten ostatni parametr mógłby być nieco wyższy, ale to już zmartwienie osób pracujących na stojąco przy biurku elektrycznym.

Deserem jest otwór w nóżce, przez który przepuścimy większość kabli podłączanych do monitora. Jest z kolei co podłączać, ponieważ Philips 349P7FUBEB posiada wejście PC audio, wyjście słuchawkowe, trzy gniazda USB 3.0 (jedno z funkcją szybkiego ładowania), gniazdo USB-C (zasilanie do 65W), HDMI 2.0 oraz DisplayPort 1.2. To pozwala zamienić monitor na prawdziwie multimedialną stację dokującą. Za pośrednictwem urządzenia naładujemy smartfon, wykorzystamy myszkę i klawiaturę albo utrzymamy przy życiu 13-calowego MacBooka Pro bez ładowarki. Do tego sprzęt został wyposażony w naprawdę nie tak złe głośniki. Jeśli nie macie pod ręką słuchawek, problem rozwiązany.

Jakość obrazu na 7+, czyli dobry kompromis między ceną i jakością.

Model 349P7FUBEB cechuje się matrycą MVA. Dokonując okropnej generalizacji, panele tego typu plasują się pomiędzy tanimi TN-ami oraz bogatymi w żywe kolory IPS-ami. Na korzyść Philipsa szczególnie gra zakrzywiony ekran. Dzięki zaokrąglonej konstrukcji kąty widzenia są lepsze niż u płaskich VA, a monitor wydaje się mniejszy i bardziej zagęszczony detalami. Oczywiście to sztuczka optyczna, ale działająca na korzyść użytkownika. Tego typu magia jest potrzebna przy zagęszczeniu 110 PPI. To klasyczna wartość dla monitorów 21:9, która nie powala, gdy siedzimy naprzeciw ekranu o przekątnej 86 cm.

Z rozdzielczością 3440 na 1440 pikseli oraz przy zagęszczeniu 110 PPI obraz jest ostry… o ile mamy odpowiednio głębokie biurko. Z odległości 40 cm można już szukać niedoskonałości i pikseli. Jednocześnie powstaje pytanie: kto normalny siedzi przed 34-calowym monitorem ultrawide w odległości mniejszej niż metr? Zachowując odpowiednią organizację domowego biura, obraz będzie bardziej niż odpowiednio ostry oraz klarowny. Oczywiście osoby rozpieszczone Retinami czy panelami dla fotografów poczują różnicę. Artyści nie powinni jednak interesować się ekonomicznym modelem Philipsa. Z myślą o nich są tworzone kilku- i kilkunastokrotnie droższe egzemplarze.

O ile nie mogę zarzucić nic ostrości i klarowności, tak przyczepię się do kontrastu.

Miałem w swoim mieszkaniu kilka ekranów 3000:1 i ten wypada na ich tle zaskakująco blado. Wręcz trudno uwierzyć mi w specyfikację podaną przez producenta. O wiele bardziej stawiałbym na 1000:1. Drugim zarzutem jest maksymalna jasność. Producenci deklarują 300 cd/m². Gdy jednak stawiam Philipsa obok innego monitora 300 cd/m², recenzowany model jarzy się minimalnie słabiej. To lekka różnica, ale jak najbardziej zauważalna i niemająca nic wspólnego z dodatkowymi ustawieniami monitorów.

W ogólnym rozrachunku Philipsa 349P7FUBEB cechują bardzo żywe, momentami wręcz przejaskrawione kolory oraz nieco wypłowiała, sprana czerń. Kiepski kontrast to największa wada matrycy, ale zakrzywiony ekran czyni cuda aby maskować niedoskonałości oraz potęgować uczucie głębi i ostrości. Jednolitość podświetlenia jest poprawna, ale nic ponadto. Bardzo mnie ucieszyło, że matowa powłoka nie nanosi na obraz efektu chropowatości. Do tego kąty widzenia pozytywnie zaskakują. Biorąc pod uwagę cenę i jakość, mamy uczciwe 7 na 10.

Philips 349P7FUBEB jako monitor biurowy - jest bardzo dobrze.

Po prawie miesiącu pracy jestem zadowolony z tego, jak monitor ułatwił mi pracę w czasach pandemii wirusa. Dzięki bogactwu portów swobodnie przełączam się między MacBookiem Pro oraz PC. Gdy jedno ze źródeł obrazu zostanie wyłączone, monitor automatycznie przełącza się na drugie. Jeśli również to zostanie wyłączone, samoczynnie przechodzi w stan uśpienia. Przydatne, biorąc pod uwagę znaczne zużycie energii przez ten sprzęt (67,09 W).

Philips postanowił wyposażyć swój sprzęt w kilka dodatków ułatwiających biurową pracę. Wielu ucieszy się na tryb LowBlue zmniejszający emisję promieni niebieskich. Monitor wspiera funkcje PiP oraz PbP. Niestety, w tym drugim przypadku ekran straszy dwoma gigantycznymi poziomymi pasami. Nie pomaga nawet zmiana rozdzielczości poszczególnych źródeł. Obraz nigdy nie skaluje się tak, aby wypełnić jak największą powierzchnię ekranu. Przez to PbP sprawdzi się na przykład w monitoringu, ale do pracy w edytorach tekstowych raczej odpada.

Holendrzy plusują natomiast gniazdem USB-C, które z powodzeniem zasila mojego 13-calowego MacBooka Pro. Znaczna liczba gniazd USB sprawia również, że bezpośrednio do monitora podłączymy myszkę i klawiaturę, bez konieczności zaopatrywania się w dodatkowy hub USB. Bardzo przypadła mi do gustu szyna w stopce, pozwalająca dowolnie regulować wysokość ekranu. Kapitalna sprawa, jeśli korzystacie z elektrycznego biurka lub od czasu do czasu pracujecie na stojąco.

Nie sposób nie wspomnieć również o zaletach rozmiaru ultrawide. Na 349P7FUBEB zawsze mam obok siebie minimum trzy okna: przeglądarki internetowej, edytora tekstowego oraz redakcyjnego Slacka. Wszystko na wierzchu, od razu widoczne, bez żonglowania kartami. W ten sposób wzrasta efektywność. Z kolei dzięki zakrzywieniu ekranu dostęp do treści jest nieco łatwiejszy. Nie musimy przerzucać głowy od lewej do prawej strony, o ile oczywiście zachowujemy odpowiednią odległość od ekranu. Następuje kondensacja zawartości.

Philips 349P7FUBEB jako monitor do gier - jest w porządku.

Dobra wiadomość jest taka, że maksymalna częstotliwość odświeżania ekranu wynosi 100 Hz, z kolei gry w proporcjach 21:9 wyglądają po prostu kapitalnie. Złą wiadomość stanowi z kolei brak wsparcia dla technologii HDR. Czas reakcji na poziomie 4 ms (GtG) wystarczy dla maksymalnej częstotliwości odświeżania tego modelu, chociaż nie jest to parametr zrywający graczom czapki z głów. Warto również wspomnieć o wsparciu AdaptiveSync.

Philips 349P7FUBEB to moja fanaberia, w dużej mierze oparta o gniazdo USB-C pod MacBooka. Wspominam o tym, ponieważ na rynku istnieje sporo tańszych ekranów w proporcjach 21:9, o znacznie wyższej częstotliwości odświeżania, większej jasności maksymalnej, lepszym kontraście oraz wsparciu HDR. Granie jest dla mojego Philipsa funkcją dodatkową wobec pracy biurowej. Z tej perspektywy monitor staje na wysokości zadania, chociaż przypomina nieco faceta w garniturze wpuszczonego do skateparku. Okazuje się jednak, że elegancki jegomość potrafi utrzymać się na desce.

Mamy do czynienia z modelem, który nie jest dedykowany grom wideo, ale jak najbardziej wystarcza do grania. DOOM Eternal w rozdzielczości 3440 na 1440 pikseli, przy ustawieniach ultra i z 60 klatkami na sekundę wygląda palce lizać. A jak się w to gra! Powrót do 16:9 przestaje być opcją. Szkopuł tkwi w tym, że znajdę wam podobny panel o tej samej rozdzielczości (a może nawet z nieco lepszym kontrastem) tańszy o przynajmniej pół tysiąca złotych. Oczywiście tańsza alternatywa nie będzie tak wszechstronna co testowany Philips, a to właśnie prowizoryczne domowe biuro było moim priorytetem podczas wyboru monitora.

Na koniec wspomnę tylko, jak miłym zaskoczeniem jest tryb Gry w zakładce SmartImage dla menu OSD. Zazwyczaj wyłączam tego typu filtry obrazu i sam dokonuję prostej konfiguracji. Jednak w przypadku SmartImage nie mam nic do zarzucenia gotowej nakładce. Idealnie pasuje do gier wideo, wyciągając elementy z cienia i czerni, a także wyostrzając detale oraz ożywiając barwy. Tego naprawdę się nie spodziewałem. Zwłaszcza po monitorze, który nieco bardziej nadaje się do biura niż do nory gracza. Widać mają w Philipsie graczy znających się na rzeczy.

Philips 349P7FUBEB zostaje u mnie na stałe, jako element prowizorycznego biura.

Sprzęt jest dokładnie taki, jaki chciałbym, żeby był. Jego wyróżnik to wszechstronność i multimedialność, przy jednoczesnym zachowaniu akceptowalnej ceny. Dopłata za ładowanie MacBooka Pro przez USB-C jest odczuwalna na tle najtańszych ekranów widescreen dedykowanych grom, ale nie zamienię tej funkcji za żaden HDR. 349P7FUBEB stanowi świetny filar domowego centrum pracy, do którego podłączymy laptopy, komputery stacjonarne oraz inne urządzenia. To nie tylko monitor, ale również solidna stacja dokująca prowizorycznego biura w czasach pandemii.

Największe zalety:

  • Dobra cena jak na panel 34 cale ultrawide z USB-C
  • Łatwy, beznarzędziowy montaż
  • Bardzo dobre rozwiązanie do domowego biura
  • Świetnie dogaduje się z MacOS, zasila 13-calowego MBP
  • Możliwości stacji dokującej: naładuje urządzenia, obsłuży mysz i klawiaturę
  • Wszechstronność, dobre wyniki w grach wideo
  • Świetna nóżka, elastyczność ułożenia

Największe wady:

  • Niski kontrast
  • Maksymalna jasność wydaje się niższa, niż podaje producent
  • OSD potwierdzany ruchem w bok, zamiast wciśnięciem
  • Podobne modele bez USB-C są wyraźnie tańsze
  • Akceptowalny do wszystkiego, nie jest nigdzie mistrzem

Świetny stosunek ceny do możliwości, elastyczna i solidna konstrukcja, dobra jakość obrazu oraz wszechstronność - to główne zalety ekranu, z którym zamierzam spędzić nie tylko okres społecznej izolacji, ale również kilka następnych lat. Musicie tylko pamiętać, że 349P7FUBEB nieco bardziej nadaje się do arkuszy biurowych niż do gier wideo.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst