Tech  / Felieton

To już pewne: Facebook da politykom wolną rękę w szerzeniu kłamstw. Nie chcę takich mediów społecznościowych

Facebook uważa, że kłamstwa polityków są w porządku i nie należy w nie ingerować. Ja chyba podziękuję za taką „demokrację” i takie media społecznościowe.

Wiadomo to już od kilku miesięcy - Mark Zuckerberg otwarcie przyznał, iż nie zamierza usuwać z Facebooka reklam politycznych, nawet jeśli zawierają one nieprawdę.

Dziś w nowym wpisie na firmowym blogu Facebook podkreśla, że zdania nie zmieni: politycy nadal będą mogli kłamać nam w żywe oczy w postach sponsorowanych, a Facebookowi nic do tego, bo „tak działa demokracja”.

To jest moment, w którym wszyscy powinniśmy wstać i powiedzieć „chrzanię taką demokrację”.

Facebook zaś, zamiast blokować kłamliwych polityków, da nam co najwyżej możliwość „ograniczenia” (ograniczenia - nie usunięcia) widoczności reklam dotyczących polityki i kwestii społecznych.

Jednocześnie pozwoli też politykom jeszcze ciaśniej zawężać krąg odbiorców, do którego trafi dana reklama. Wspaniała rzecz - pozwoli ona precyzyjnie wymierzać kłamstwa i oszczerstwa w grupy, które są na nie najbardziej podatne lub które są najbardziej skłonne je dalej rozprzestrzeniać.

W mediach społecznościowych nie ma ucieczki od polityki.

Nieważne, jak bardzo staralibyśmy się odciąć od treści politycznych na Facebooku, Twitterze czy Instagramie, social media wepchną nam te treści do gardła.

Wiecie, nie miałbym z tym większego problemu, gdybym mógł przynajmniej kontrolować to, co widzę i od kogo. Algorytmy mediów społecznościowych sprawiają jednak, że nawet na najbardziej „odpolityczniony” timeline wpadają pojedyncze tweety lub wpisy na Facebooku kompletnie losowych ludzi. A to polubił je ktoś znajomy, albo znajomy znajomego, albo sieć społecznościowa sama z siebie uznała, że dany wpis nas interesuje.

Rok temu Piotrek Grabiec napisał świetny felieton o tym, jak źle zaczął czuć się na Twitterze i Facebooku przez politykę. W tym roku ja muszę przyjść mu w sukurs, bo zaczynam mieć podobne odczucia.

Od dawna mam dość mediów społecznościowych i tego, co robią z naszą psychiką. Treści polityczne, zwłaszcza na przestrzeni ostatniego roku, sprawiają jednak, że robię się po prostu zły. Nie zmęczony, smutny, zazdrosny o cudze życie. Wściekły.

Co gorsza, mam świadomość, że stałem się przez to częścią problemu, bo choć kontroluję się jak mogę, czasem zdarzy mi się w gniewie odpisać na obiektywnie fałszywy i nienawistny tweet, albo podać go dalej. Zdarzy mi się napisać komentarz na profilu znajomego, który wierzy antyszczepionkowcom i propagandzie TVP Info. I nawet nie zliczę, ile razy w złości zapostowałem coś odnośnie bieżących wydarzeń, tylko po to, by chwilę później ów post usunąć.

Jak jednak walczyć z problemem, kiedy media społecznościowe są skonstruowane tak, by ten problem podsycać?

Donald Trump praktycznie wywołał wojnę swoimi Tweetami (nie mówiąc już o ich ogólnym poziomie rozwrzeszczanego pięciolatka), a Twitter w dalszym ciągu nie ma zamiaru go zbanować, choć jego konto musiało być zgłoszone administratorom tysiące razy.

Facebook otwarcie mówi, że nie zamierza ingerować w obiektywne kłamstwa i oszczerstwa, bo jego rolą nie jest to oceniać. No tak, byłbym zapomniał - rolą Facebooka jest zgarniać kasę od każdego, kto będzie chciał ją w serwisie zostawić.

Zbliżają się wybory w Stanach Zjednoczonych, a także w Polsce. A to oznacza, że niebawem wprost zaleje nas fala reklam politycznych. I będziemy się taplać w tym bagnie miesiącami, nakręcając przepotężną spiralę nienawiści i podziałów, której już teraz nie sposób opanować. Niestety firmy, które mają możliwość w jakiś sposób wpłynąć na ten stan rzeczy, nie mają zamiaru z tej możliwości skorzystać.

Zamykanie się w bańce informacyjnej jest złe. Ale polityczna wolna amerykanka jest jeszcze gorsza.

Internet jak żadne inne medium przekazu informacji polaryzuje opinię publiczną i zamyka nas w wygodnych bańkach informacyjnych. Czujemy się dobrze, otaczając się ludźmi o tych samych poglądach. I jest sporo racji w argumencie, że ograniczenie aktywności politycznej w mediach społecznościowych tylko uszczelniłoby nasze bańki, zamykając nasze umysły na odmienne poglądy.

Nie potrafię jednak oprzeć się wrażeniu, że to, jak obecnie wyglądają media społecznościowe, jest jeszcze gorsze od zamykania się w bańce informacyjnej. Bo nie dość, że tak czy siak większość z nas tkwi w swoistych bańkach, to wszystko, co media społecznościowe podsuwają nam spoza naszej bańki, spotyka się z agresją, wściekłością i kpinami.

Facebook i Twitter w szczególności stają się przez to zwyczajnie toksyczne. Absolutnie uniemożliwiają jakąkolwiek dyskusję, co najwyżej napuszczając na siebie ludzi o innych poglądach i wynosząc na szczyty widoczności często kompletnie anonimowe osoby, które najgłośniej krzyczą na najbardziej wrażliwe tematy.

Nie można nie wspomnieć o jeszcze jednej drażniącej kwestii - anonimowości komentujących i botach, które sieją dezinformację.

Politycy uwielbiają z nich korzystać, bo doskonale zdają sobie sprawę, jak proste z nas stworzenia i jak łatwo nami manipulować. Botów używa się do oczerniania politycznych oponentów, lub przykrywania niewygodnych faktów zmyśloną wersją wydarzeń.

Z doskonałym tego przykładem mamy do czynienia aktualnie na Twitterze. Wykładowca na Uniwersytecie Queensland przeanalizował 1300 tweetów o tym, jakoby pożary w Australii były zapoczątkowane przez lewicowych aktywistów, z których już 180 trafiło do aresztu.

Analiza wykazała, że informacja ta została rozprzestrzeniona przez boty i/lub farmę trolli.

Cóż jednak z tego, skoro fake news został błyskawicznie podchwycony przez żarliwych denialistów klimatycznych, w tym m.in. Donalda Trumpa Jr i rozchodzi się w tempie niemal równym temu, z jakim rozchodzą się płomienie w australijskim buszu.

Jak mamy czuć się dobrze w mediach społecznościowych, skoro nawet w obliczu obiektywnej katastrofy środowiska polityczne robią wszystko, byśmy skoczyli sobie do gardeł, a portale społecznościowe nie robią nic, by zapobiec rozprzestrzenianiu się takich fake’ów?

Przyzwolenie Facebooka na sponsorowanie postów politycznych, które mogą zawierać kłamstwa i dezinformację, tylko zwiększa moją niechęć do tego serwisu.

Gdyby nie praca, która wymaga ode mnie, by być na bieżąco, dawno bym już konto na Facebooku usunął. Absolutnie nie akceptuję wizji „demokracji”, którą przedstawia nam Mark Zuckerberg - w tej wizji nie ma równości głosu, lecz najbardziej słyszalny głos będzie miał ten, kto najwięcej za niego zapłaci. Nawet jeśli szerzy oczywistą nieprawdę.

Przykro patrzeć, jak na naszych oczach media społecznościowe stają się polityczną areną, na którą wszyscy mimowolnie musimy wejść.

Twitter, którego do niedawna uwielbiałem, bo śledzę tam ciekawych ludzi i wspaniałych twórców, obrzydł mi ostatnio do tego stopnia, że chyba zafunduję sobie detoks.

Co gorsza, do politycznego bagna dołącza też Instagram, na którym zaczynają się pojawiać reklamy z Facebooka. Nie obserwuję na Instagramie ani jednego polityka, ani nawet żadnego dziennikarza zajmującego się polityką. Śledzę tam głównie artystów, których podziwiam i ludzi, których znam i cenię. A mimo to ostatnio regularnie trafiam na post sponsorowany z politycznego źródła.

Nie chcę takich mediów społecznościowych.

Jeśli będę chciał polityki, poczytam portale polityczne. Tygodniki opinii. Obejrzę program publicystyczny, gdzie przedstawiciele różnych ugrupowań wymieniają się argumentami (nawet jeśli poziom dyskusji bliższy jest budce z piwem niż parlamentowi).

Jako obywatel Polski i świata interesuję się polityką w stopniu koniecznym, bo, cytując klasyka, „to, że nie interesujesz się polityką nie oznacza, że polityka nie zainteresuje się tobą.” (podobno powiedział to Perykles jeszcze w czasach przed Chrystusem, więc to nie znowuż taki świeży problem…).

Nie chcę jednak, by polityka była wciskana mi na siłę do gardła przez portale, których pierwotnym przeznaczeniem było łączenie nas w wirtualne społeczności.

Z roku na rok coraz bardziej mam wrażenie, że media społecznościowe stały się dziś mediami politycznymi. I - niestety - na ten moment nie widać dobrego rozwiązania tego problemu.

Ok, zostaje TikTok, ale w tym układzie chyba wolę politykę…

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst