Gry  / Recenzja

Mario Tennis Aces to najlepsza wizyta na korcie od 15 lat. Tej gry nie wypada nie mieć na Switchu - recenzja

Mario Tennis Aces to pierwsza naprawdę dobra odsłona hydraulika z rakietą od czasów konsoli GameCube. Po prawie 15 latach sportowa seria odzyskuje dawny blask. Jest tak dobrze, że nowy Mario z rakietą wchodzi w skład „podstawowych“ gier dla Switcha, zaraz obok Mario Kart 8 Deluxe i The Legend of Zelda: Breath of the Wild.

Włoch ze słabością do grzybków nie miał w ostatnich latach szczęścia na korcie tenisowym. Mario Tennis: Ultra Smash wydane w 2015 roku na Wii U było gigantycznym rozczarowaniem. Pamiętam, że grając w ten tytuł na specjalnym pokazie Nintendo w Katowicach osłupiałem; „-Ale jak to? To już? Pokazaliście mi pełną grę?“. Program był szkaradnie obcięty z zawartości. Zaledwie jeden kort, brak trybu fabularnego i uproszczona mechanika to zwykła kpina z fanów.

Mój (prawie) ulubiony zawodnik w Aces

Mario Tennis Aces z nawiązką naprawia błędy poprzednika. Tak dobrze nie bawiłem się od czasów Nintendo 64!

Aces jest jak Mario Kart 8 Deluxe - na samej górze mamy prostą, łatwą i zrozumiałą mechanikę przystępną dla każdego. Dla małych i dużych, dzieci i dorosłych. Poziom niżej są specjalne zagrywki pod bardziej zaawansowanych graczy, które można wyłączyć w opcjach. Jeszcze głębiej znajdują się ledwo widoczne gołym okiem zależności i możliwości, które wykorzysta kilka procent weteranów. Najniżej znajduje się potężna meta, czyli unikalne procenty, statystyki i ruchy kluczowe dla ułamka zawodowców.

Mario Tennis Aces jest jak cebula. Kolejne warstwy odsłaniają coraz większy stopień skomplikowania i głębię, której trudno spodziewać się po kolorowej grze z sympatyczną otoczką. Nie dajcie się zmylić. Nintendo to mistrzowie drugiego dna, co wielokrotnie udowodniali przy Smash Brosach, Mario Kartach i Pokemonach. Aces jest zarówno grą dla kompletnych żółtodziobów bez znajomości zasad tenisa, jak również weteranów serii. Zwłaszcza tych, którzy mają gigantyczny niedosyt po kiepskim Ultra Smash.

Ciekawostka - piłka inaczej odbija się od kortu w zależności od nawierzchni

W nowej grze Nintendo jest aż osiem (!) podstawowych uderzeń rakietą. Spokojnie, spokojnie...

Na dobry początek wystarczy opanować zaledwie cztery ruchy. Serw na rozpoczęcie jest kluczowy. Im wyżej znajduje się wyrzucona piłeczka, tym silniejsze i groźniejsze jest nasze rozpoczęcie. Topspin (A) to standardowe uderzenie z dosyć wysokim odbiciem. Slice (B) jest mylącym wizualnie uderzeniem, które pokręca piłeczkę w lewo lub prawo. Flat (Y) to z kolei szybkie, niskie, ścinające udrzenie z wysokim odbiciem od kortu. W rozróżnieniu typów uderzeń dodatkowo pomaga identyfikacja kolorystyczna. Wszystko jasne? To idziemy dalej.

Lob oraz Dropshot to dwa uderzenia rozciągające lub skracające dystans. Lobem (X + gałka w górę) uderzymy piłkę wysoko, na krańcową linię. Dropshotem (X + gałka w dół) ściągniemy z kolei piłkę zaraz pod siatkę przeciwnika, w centralną część kortu. Do tego dochodzi Star Shot - gdy postać gracza zgromadzi odpowiednio wiele energii, będzie zauważać gwiazdy rozłożone na swojej połowie kortu. Wystarczy stanąć na takiej i przymierzyć Flatem, a przeciwnik otrzyma potężne uderzenie. Gwiazdy pojawiają się po błędach przeciwnika takich jak zbyt wysoka piłka, dobieg w ostatniej chwili czy gra na ślepo.

Niektóre uderzenia są tak potężne, że można na nich złamać rakietę

Póki co jest zrozumiale? No to wchodzimy na wyższy stopień zaawansowania.

Wcześniej wspomniałem o gromadzeniu energii. Tę magazynujemy przymierzając się do zamachu o wiele wcześniej, niż piłka dotknie rakiety. Przytrzymujemy A, B, X lub Y i puszczamy w momencie, w którym zielonka znajdzie się w zasięgu uderzenia. Haczyk polega na tym, że podczas przymierzania się do uderzenia gracz zostaje uziemiony. Nie może się ruszyć ani o centymetr. Oznacza to, że ładując energię trzeba być pewnym tego, gdzie trafi piłka przeciwnika. Jeżeli w nią nie trafimy, potencjalnie zmagazynowana energia przepada.

Energia jest kluczowa podczas dwóch najpotężniejszych uderzeń w Mario Tennis Aces. Pierwsze to Zone Shot. Wciskając spust R stojąc na gwieździe czas się zatrzymuje, awatar wyskakuje w powietrze, a gracz swobodnie celuje w miejsce po stronie przeciwnika. Dochodzi do potężnego uderzenia, które nawet obronione może… zniszczyć rakietę rywala. Dragon Ball pełną gębą. Gdyby tego było mało, jeszcze potężniejszy jest Special Shot. To swoisty „super“, możliwy do aktywowania po pełnym wypełnieniu paska energii. Odpala się go spustem L, a później… później dzieje się magia.

Mam poważne obawy o to, jak Trick Shot wpłynie na balans gry

W zrozumieniu tego wszystkiego pomaga świetna kampania fabularna, powracająca do serii po wielu latach.

Wario i Waluigi budzą potwornego ducha, Luigi znajduje się w opałach, a hydraulik Mario musi zebrać pięć potężnych artefaktów, aby go uratować. Banał nad banały, przerabialiśmy to miliony razy. Na szczęście kampania fabularna nie jest tylko zapchajdziurą dla jednego gracza. To sprytnie zakamuflowany tryb szkoleniowy, w którym będziecie uczyć się każdego, KAŻDEGO elementu gry w wąsatego tenisa. Wszystko to za pośrednictwem nietuzinkowych misji takich jak walka z wielką rośliną, potworem morskim czy iluzorycznymi lustrami.

Dzięki kampanii fabularnej odkryłem, że nie zawsze trzeba spamować Zone Shotami zaraz po zebraniu odrobiny energii. O wiele lepiej męczyć przeciwnika Star Shotami. To tutaj nauczyłem się, czym są Trick Shoty - niezwykle wymagające ruchy va banque, które mogą uratować gracza z opresji, albo doprowadzić do jednoczesnej utraty punktu oraz energii. W kampanii nauczyłem się lobować, podkręcać piłki i serwować asy. To świetna szkoła, od której trzeba zacząć przygodę z Aces. Bez pokonania tego trybu nie pchaj się na serwery. Ostrzegam jednak - pod koniec naprawdę nie jest łatwo.

Kampania to coś więcej niż seria pojedynków z NPC

Mario Tennis Aces kapitalnie wykorzystuje unikalne dobrodziejstwa Nintendo Switcha.

Program uruchomiony na ekranie 720p wygląda przepięknie. Jest ostry, kolorowy i niezwykle płynny. Nawet grając czwórkami, po dwóch zawodników na jednej połowie kortu. Świetne jest to, że Aces pozwala grać na zaledwie połówce Joy-Cona. Dzięki temu drugą połowę można podać znajomemu w pociągu i stoczyć pojedynek PvP/Co-Op. Ujęcie zza pleców sprawia, że ekran tabletu nie jest za mały, a rozgrywka nawet w trzęsącym się wagonie pozostaje czytelna.

Będąc przy Joy-Conach, w Mario Tennis Aces znajduje się osobny tryb - Swing Mode - wykorzystujący ruchowe sterowanie na modłę pierwszego Wii. Chwytasz połówkę kontrolera jak rakietę i wymachujesz nią w powietrzu. Brzmi kapitalnie? Niestety, w praktyce jest trochę gorzej. Joy-Cony nie oferują pełnej swobody. Wszystko przez to, że muszą symulować aż pięć rozmaitych typów ataków. Slice, Topspin czy Flat wykonuje się inaczej, a czasami ruchy są dalekie od intuicyjnych.

Czasami przychodzi grać i w takich warunkach

Najpierw trzeba poświęcić wiele czasu na zrozumieniu zasad rządzących Swing Mode. Dopiero później tryb zaczyna dawać frajdę. Zwłaszcza grając we dwie osoby przed jednym TV. Człowiek zmęczy się, ale i tak ma uśmiech od ucha do ucha. Szkoda tylko, że Nintendo nie postawiło na w pełni immersyjny system, z naturalnym odwzorowaniem ruchów. Z drugiej strony wątpię, czy czujniki Joy-Conów są na tyle zaawansowane, by sobie poradzić z takim zadaniem. Nawet Kinect ledwo dawał radę. Może dlatego Swing Mode to bardziej ciekawy półprodukt niżeli rewolucyjny tryb ruchowy z prawdziwego zdarzenia.

Bogactwo trybów, możliwości i zawartości, ale z jednym, bardzo wielkim ALE.

Pomimo moich najszczerszych chęci, nie mogę zdać wam raportu na temat trybu sieciowego. Recenzencki, przedpremierowy egzemplarz Mario Tennis Aces nie wspiera turniejów online. Aktualizacja wprowadzająca najciekawszy sieciowy moduł pojawi się na serwerach dopiero 22 czerwca, czyli w dniu rynkowej premiery Aces. Z tego powodu niestety nie mogę nazwać recenzji kompletną, za co z góry przepraszam wszystkich Czytelników Spider’s Web. Sumimasen.

Przetestowałem jednak wszystko, co było do przetestowania i jestem pewien - gra nie powieli błędu wykastrowanego Ultra Smash. Poza kampanią (która posiada zadania poboczne) mamy tutaj trzy puchary offline do wygrania, mierząc się z coraz trudniejszymi przeciwnikami w systemie drabinkowym. Do tego dochodzi wcześniej wspomniane Swing Mode oraz Free Play do czterech graczy jednocześnie. To właśnie we Free Play wybieramy między jedynkami i dwójkami, a także ustalamy własne zasady.

Pojedynki z bossami tenis. Można? Można!

W Aces pojawia się również gra lokalna z osobami znajdującymi się nieopodal, nawet bez dostępu do sieci. Mamy również pokoje online, do których wzorem Mario Kart 8 Deluxe zaprosimy znajomych lub anonimowych rywali z Internetu. Co świetne, rozgrywka online wspiera tryb dwóch graczy. Dzięki temu można grać po sieci na jednym tablecie razem ze znajomym, bez konieczności zakupu drugiego Switcha. Nintendo, robisz to dobrze.

Mario Tennis Aces to pierwsza naprawdę udana wizyta na korcie od prawie 15 lat.

Twórcy świetnie bawią się wytartą formułą. Wprowadzają do swojej gry specjalnych bossów, tryb fabularny, a nawet pozaturniejowe korty o specjalnych właściwościach. Miałem uśmiech od ucha do ucha, gdy pojedynkowałem się na miejskim placyku, przez który co chwila przebiegała osoba postronna. Albo na statku, gdzie słup od masztu diametralnie wpływa na rozgrywkę. Producenci mają wiele świetnych pomysłów, dzięki którym Aces nie jest nudne i powtarzalne jak tenis dla Wii U.

Największe zalety:

  • Najbardziej udana wizyta na korcie od prawie 15 lat
  • Wielki powrót trybu fabularnego
  • Łatwa do zrozumienia, trudna do mistrzowskiego opanowania
  • Kreatywna zabawa wytartym schematem
  • Możliwość pozostania przy klasycznych zasadach tenisa
  • Zabawa ze znajomym na jednej konsoli, również w trybie mobilnym
  • Przyjemna dla oka oprawa i nienaganna płynność rozgrywki

Największe wady:

  • Wolałbym odblokowywać zawodników niż mieć podane wszystko na tacy
  • Swing Mode to ciekawy dodatek, ale ruchowej rewolucji nie stwierdzono
Aces to najlepszy tenis od czasu Mario Power Tennis na GameCube'a

Szkoda tylko, że w grze zabrakło marchewki na kiju, w postaci odblokowywania kolejnych zawodników. Mario Tennis od razu oddaje w ręce gracza wszystkich 16 sportowców, zabijając poczucie progresji. To jednak mankament, który nie wpływa na ocenę całości. Mario Tennis Aces jest najlepszą odsłoną serii od czasów GameCube’a. Musiało minąć prawie 15 lat, by Nintendo znowu dostało tak grywalny tytuł sportowy. Japończycy wyciągnęli wnioski po błędach z przeszłości i stworzyli grę, której nie wypada nie mieć na Switchu.

Nawet, jeśli z tenisem masz tyle wspólnego, co Mario z pracą faktycznego hydraulika.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst