Social media  / Felieton

Snapchat, podejście trzecie i ostatnie - aplikacja właśnie z hukiem wyleciała z mojego telefonu

210 interakcji
dołącz do dyskusji

Zainstalowałem Snapchata. Zrobiłem to znowu, bo cały czas miałem wrażenie, że nie poznałem zbyt dobrze tej usługi, aby móc ją jednoznacznie ocenić i wyrobić sobie na jej temat opinię.

Gdy piszę te słowa, aplikacja jest jeszcze na moim telefonie, ale tylko dlatego, że przyda mi się podczas tworzenia publikacji. Gdy będę kończył tekst, Snapchata już nie będzie. Nie na moim telefonie.

Jak działa Snapchat?

Snapchat to specyficzny komunikator i serwis społecznościowy w jednym. Trudno jednoznacznie wskazać jednak jego główną funkcję. Podejrzewam, że ocena ta jest mocno subiektywna i zależy od użytkownika. Jeden będzie wolał korzystać z opcji wysyłania snapów do konkretnych osób, czyli prywatnych wiadomości, a drugi będzie czerpał więcej zabawy z publikowania publicznych wiadomości, zdjęć i filmów.

Snapchat jest nastawiony na tworzenie - i to jest jego główna wada, ale o tym za chwilę. Po włączeniu aplikacji głównym ekranem jest podgląd z aparatu. Snapchat chce żebyśmy zrobili zdjęcie, nagrali film i udostępnili go światu lub konkretnemu użytkownikowi.

Po zdjęciach i filmach możemy bazgrać. Aplikacja pozwala na wrzucanie na treści multimedialne tekstu, rysowanie palcem po ekranie różnych wzorów itp. Dzięki temu snapy wysyłane przez dwie osoby będące nawet w tym samym miejscu, np. na tej samej konferencji, znacząco się różnią. Jeden dorysuje komuś wąsy, drugi napisze złotą myśl, trzeci namaluje członka lub wrzuci zdjęcie własnego.

W ten zgrabny sposób dotarliśmy do tematu sextingu (nie ma na to fajnego polskiego słowa, więc wybaczcie, ale będę pisał sexting), który stał się nieodłącznym elementem Snapchata. Głównym powodem, przez który tak się stało, jest fakt, że treści, czyli snapy, są ulotne.

To osoba, która je tworzy i publikuje decyduje o czasie przez jaki będą się wyświetlały na ekranie. Umieszczenie snapa w tzw. Story, czyli na odpowiedniku facebookowej tablicy lub twitterowego time line’u, sprawi, że obserwujący będą mogli go obejrzeć nieskończoną liczbę razy, ale tylko w ciągu 24 godzin od publikacji. Po tym czasie zdjęcie lub film przepadnie. Na zawsze. No chyba, że ktoś zrobił zrzut ekranu, ale wtedy aplikacja nas o tym powiadomi.

Fakt, że materiały na Snapchacie same znikają dodał użytkownikom kurażu i sprawił, że w niektórych kręgach popularne stało się przesyłanie nagich fotek. Wiele osób traktuje Snapchata jako narzędzie wręcz stworzone z myślą o sextingu. I ta łatka do Snapchata przylgnęła. W moim odczuciu niesłusznie.

Snapchat jet bardzo hermetyczny. Nie można treści zamieszczonych na jego łamach pokazać łatwo innym internautom - robienie pojedynczych zrzutów ekranu nie jest najlepszym rozwiązaniem, gdy ktoś nagrał ciekawy komentarz lub materiał wideo. Snapchat to nie Facebook ani Twitter, tutaj nie da się podesłać linka do ciekawego snapa, nie da się porozmawiać na temat zamieszczonego przez kogoś materiału.

Właśnie przez to, że Snapchat jest taki... inny, i trudno było mi go zrozumieć, a dopiero przy trzecim podejściu - które obiecałem sobie, że będzie ostatnie - poznałem zasady funkcjonowania serwisu i załapałem o co w nim chodzi.

Snapchat ma tak naprawdę tylko jedną funkcję

W fenomenie Snapchata i w kosmicznych wycenach tego startupu doszukiwałem się powodów, dla których ta prymitywna na pierwszy rzut oka aplikacja, zyskała taką popularność.

Podejrzewałem, że Snapchat może być fajnym narzędziem dla osób, które mają ciekawe życie, dużo podróżują, przygotowują reportaże itp. I jest w tym trochę racji, wiele osób traktuje snapy jako szalone vlogi, w których przedstawiają przygody z podróży, wyjazdów, pracy itp. Niestety, ale fakt, że materiały te znikają z sieci po 24 godzinach przekreśla Snapchata jako pełnoprawną platformę do takich zastosowań.

Oczywiście rozumiem wyjaśnienie, że wszystko jest ulotne, bo takie jest życie i ważne jest to, co pokazujemy tu i teraz, a nie to, co było tydzień temu. Dlatego korzystając ze Snapchata trzeba być szalenie regularnym i zaglądać systematycznie, aby nie przeoczyć żadnego materiału, bo później nawet nie będzie po nim śladu. Takie rozwiązanie może nie jest kompletnie pozbawione sensu, ale niestety upośledza to, co dał nam Internet.

Przypomnijmy sobie jak żyliśmy przed Internetem. Była telewizja, prasa i tyle. Leciał film, ale nas nie było? Sorry, ale trzeba czekać na powtórkę, która może będzie, a może nie. Gazeta się wyprzedała? Może uda się pożyczyć numer od sąsiada, a może nie…

Internet nauczył nas, że nic nie ginie. Dzisiaj dodany artykuł będzie w Sieci po wsze czasy. Może kiedyś serwis internetowy, który go hostuje zniknie, ale możesz publikację zatrzymać w Pockecie (lub innej aplikacji typu “przeczytaj później”), możesz skorzystać z archiwum Google’a, możesz kupić cyfrowe wydanie magazynu. Opcji jest wiele.

Snapchat działa jakby istniał w czasach przedinternetowych. Wszystko trzeba konsumować tu i teraz. Nie ważne, że idziesz z psem na spacer lub stoisz w kolejce. Bierzesz telefon do łapy i oglądasz te snapy, bo przecież zaraz ich nie będzie.

Napisałem, że Snapchat ma tak naprawdę tylko jedną funkcję. To prawda. Funkcja ta wynika z z faktu, że po włączeniu Snapchata od razu wyświetla się ekran tworzenia nowego snapa. To zupełnie inaczej niż w innych serwisach społecznościowych. Włączasz Facebooka, Twittera, YouTube’a, Vine’a, Instagrama… wszędzie tam najpierw oglądasz, a tworzysz gdy masz ochotę, pomysł, inspirację, coś ważnego do przekazania. Cokolwiek.

Po włączeniu Snapchata, nawet wtedy, gdy chcesz tylko sprawdzić co podesłali znajomi, jesteś zachęcany do tego, żeby coś dodać.

No i użytkownicy niestety korzystają z tej zachęty. Snapchat przepełniony jest durnymi, nieciekawymi, nieistotnymi treściami, które powstają z nudów. Użytkownicy filmują swoje nudne życie, nagrywają snapy z jazdy metrem (kadr “na własne nogi” jest bardzo popularny), jak siedzą przy stole, na kanapie, przed komputerem. Masakra.

Snapchat nastawiony na tworzenie ma sens tylko wtedy, gdy użytkownicy mają coś do pokazania. A w rzeczywistości wiele osób uruchamia aplikację, gdy ma chwilkę wolnego czasu i się nudzi. Efektem są “snapy w stylu: leżę na hamaku, hej! niech cały świat zobaczy, że piję piwko!” albo “o, tutaj jest mój dywan, a tutaj mój pies. zobaczcie, mam też iPada”.

Tym sposobem dochodzimy do sedna, czyli do głównej funkcji Snapchata. Snapchat to aplikacja służąca do marnowania czasu. Snapchat jest nawet gorszy od Facebooka, bo nie ma tu miejsca na merytoryczne dyskusje pod sporadycznymi, ale interesującymi materiałami.

Ktoś kiedyś powiedział, że Facebook to agregator kupy z opcją czatu - i jest to najlepsza definicja Facebooka jaką znam i sam stosuję. Dlatego ucieszył mnie fakt, że Messenger został odłączony od fejsa. Teraz mogę być w kontakcie z osobami, które go używają, bez potrzeby tracenia czasu na pierdoły przewijające się na fejsie.

Jeśli miałbym stworzyć na podstawie powyższej definicji Facebooka podobną definicję Snapchata, to powiedziałbym, że Snapchat to agregator kupy. Bez czatu.

Największym problemem Snapchata są użytkownicy

Co smutne, to zauważyłem, że osoby, które z przyjemnością obserwuję na Twitterze, gdzie podsyłają ciekawe treści i mądrze dyskutują, na Snapchacie często tworzą również tę samą kupę co wszyscy. Może jest tak przez to, że zamknięty charakter Snapchata sprawia, że czują się swobodniej, nie muszą ubierać maski, żeby lansować się na ekspertów w swojej branży. Wrzucają kupę, bo wiedzą, że ona zaraz zniknie i nie pozostanie po niej żaden ślad.

Czasem w lawinie nudnych snapów znajdzie się jakaś perełka. Śmieszny komentarz, zabawna sytuacja, ciekawe spostrzeżenie. Jednak nie warto tracić czasu w oczekiwaniu, że może tym razem jakiś snap będzie ciekawy. Jest zdecydowanie za dużo kupy w snapach, żeby marnować życie na wybieranie perełek.

Złego słowa nie mogę powiedzieć jednak o funkcji Discover, z której chętnie korzystałem.

Discover to miejsce, w którym różne media publikują swoje treści. Ich forma prezentacji i podania jest bardzo lekka i sprawia, że treści te bardzo łatwo się przyswaja, a można się czegoś ciekawego dowiedzieć. Nie oczarowała mnie co prawda ramówka tworzona przez MTV, People i Cosmopolitan, ale materiały z CNN, Daily Mail, National Geographic są świetne.

Forma podania wiadomości, felietonów i reportaży przez Snapchata jest jedyna w swoim rodzaju. Snapchat mógłby wydzielić te materiały do osobnej aplikacji, która miałaby archiwum, treści nie ulegały automatycznemu skasowaniu i zastąpieniu przez nowe, a baza wydawców była by większa.

Tak, to jest to. Snapchat bez użytkowników filmujących swoje nudne życie, byłby strzałem w dziesiątkę.

To już ten moment. Sięgam po telefon, otwieram listę aplikacji i… odinstalowuję Snapchata. Szkoda czasu na pierdoły.

* Grafika: Shutterstock

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst