Tech  / Felieton

Cofam wszystko co do tej pory powiedziałem. Z takim właścicielem trudno jest kibicować Tidalowi

Jak się okazuje, raperskie dissy to nie tylko domena wojujących ze sobą twórców, ale też niezły sposób na sugestywne docinki w kierunku biznesowej konkurencji. Pokazał to w ostatni weekend JayZ, przeplatając słowną improwizację w czasie koncertu uwagami na temat konkurentów swojej muzycznej usługi streamingowej - Tidala.

O Tidalu pisaliśmy już tutaj przy kilku okazjach i jeśli chodzi o mnie, z początku byłem zauroczony samym serwisem. Nadal doceniam bezstratną jakość dźwięku i bonusową zawartość, którą serwis dostarcza tydzień po tygodniu.

Ekskluzywne wystąpienia artystów, świeże artykuły, dodatkowe materiały o twórcach... Tidal naprawdę ma wiele kart przetargowych, by przyciągnąć na swoją stronę użytkowników korzystających z innych rozwiązań, takich jak Google Music, Spotify czy Deezer.

Niestety, całe dobre wrażenie rozbijane jest w proch przez chorą ideologię, którą stara się promować JayZ wraz z innymi gwiazdami muzyki, takimi jak choćby Usher, Rihanna, Madonna czy Kanye West.

Tidal jako obrońca uciśnionych... bogaczy

Od pierwszego wystąpienia podczas hucznej, streamowanej na żywo premiery widać było, że coś w tym obrazku jest nie tak. Wizerunek uciśnionych artystów, ograbianych przez wcielenie korporacyjnego zła jakim jest np. Spotify nijak nie pasuje do tej bandy milionerów, która najgłośniej krzyczy o swoim nieszczęściu.

Wizja ograbianych muzyków mogłaby się sprawdzić, gdyby JayZ zamiast swoich kolegów z siedmio- i więcej cyfrowymi sumami na kontach postawił na scenie artystów niezależnych, walczących o swoje miejsce w świecie showbiznesu. Miałoby to wiele sensu, gdyż w przypadku tych "najmniejszych" artystów procenty uzyskiwane z dzielenia się muzyką na Spotify to naprawdę stawka głodowa.

Zamiast tego amerykański producent woli uderzać w nutę bezprawia, stosując do tego persony, które nie sposób skojarzyć ze stratami pieniędzy.

Nie przeczę, że Tidal daje artystom zarobić zdecydowanie więcej niż konkurencyjny Spotify. Lecz podkreślanie tego na każdym kroku przez muzyków, którzy problemu praktycznie nie odczuwają jest co najmniej... śmieszny.

Właśnie ludziom, którzy stawiają podobne zarzuty serwisowi Tidal postanowił odpowiedzieć JayZ swoim dissem w czasie koncertu strumieniowanego przez Tidal, lecz efekty tego są naprawdę żałosne. Mówienie o "chodzeniu pod prąd" sprawia, że w oczach innych artystów (może nie tak bogatych, ale nadal wielkiego formatu) właściciel sam ośmiesza swoją usługę, powtarzając mantrę jeszcze większego bogactwa dla bogatych, co wielu ludzi od usługi po prostu odrzuca.

Za przykład mogą posłużyć tu zespoły takie jak Breaking Benjamin czy Mumford&Sons, które otwarcie odmówiły współpracy z amerykańskim raperem. Jak sami podkreślają w wywiadach, procentowe różnice pomiędzy usługami nie są na tyle wielkie, aby warto było opierać na nich strategię rozwoju serwisu, szczególnie gdy mowa o artystach mainstreamowych. Bo przecież oni uzyskują wpływy także z innych źródeł, a może szczególnie z innych źródeł, takich jak chociażby koncerty czy szeroko pojęty handel produktami z własnym wizerunkiem.

To artyści niezależni powinni być eksponowani jako "ograbiani" przez usługi streamingowe, szczególnie dlatego, że dla nich to jedyne źródło zarobku.

Co robi jednak JayZ? Pomiędzy innymi serwisami krytykuje także YouTube'a, wskazując go jako pierwotne źródło wszelkiego zła. Jeżeli ktoś jeszcze miał wątpliwość, że ideologia Jay'a Z nie obejmuje swoim współczuciem niezależnych twórców, tutaj można znaleźć ostateczne potwierdzenie.

YouTube jest bodajże najlepszym mechanizmem promocyjnym dla artystów, próbujący stawiać samodzielne kroki w świecie muzycznym. Jeżeli ktoś chce nagrać płytę, tworzyć, docierać do mas, to właśnie YouTube będzie dla niego pierwszym przystankiem. Kolejnymi nadal będą iTunes i serwisy pokroju CdBaby, które umożliwiają dystrybucję z zachowaniem większości udziałów przez twórcę.

Niestety, nie sądzę, żeby Tidal cokolwiek zmienił w tym układzie, a niezależni artyści chcący dać swoim fanom możliwość odsłuchu muzyki strumieniowo nadal będą musieli szukać gdzie indziej.
Do uwag odnośnie działalności Tidala dochodzi również działalność usługi w social media. Powiem szczerze, sam zostałem zmuszony, żeby dać unfollow na Twitterze, gdyż regularnie, co piątek, mój feed był dosłownie bombardowany setkami RT hiper-pochwalnych tweetów użytkowników serwisu.

tidal-android2

Jestem tak po ludzku wściekły, bo pisząc recenzję Tidala naprawdę sądziłem, że zdołam zastąpić nim swoją subskrypcję Spotify. Nie jestem jednak w stanie tego zrobić, spoglądając na usługę przez pryzmat działań jej właściciela, które - choć w teorii są szczytne - w praktyce nie przynoszą serwisowi streamingowemu nic dobrego, a już na pewno nie zachęcają artystów do przenoszenia tam swoich katalogów.

A konkurencja zaciera ręce.

Biorąc pod uwagę zbliżającą się premierę odświeżonej wersji Apple Music, nie byłbym zdziwiony gdyby w kwaterach głównych serwisu Jay'a Z drżeli z obaw. Powinni. Kolokwialnie rzecz ujmując, jeżeli serwis Apple utrzyma racjonalną wysokość miesięcznej opłaty, to najzwyczajniej w świecie zaora Tidala, szczególnie jako wydawcę dla artystów niezależnych. W starciu z ugruntowaną pozycją Apple w świecie muzyki, JayZ ze swoją heraldycznie głoszoną ideologią nie ma najmniejszych szans.

Raperowi przydałoby się odrobinę mniej zacietrzewionego, "gimbusiarskiego" wręcz podejścia, a nieco więcej rozsądnych działań biznesowych. Jestem więcej niż pewien, że wyciągając rękę do twórców niezależnych Tidal mógłby zatrząść tym rynkiem, ale jeśli nadal po tamtej stronie widać będzie jedynie uciśnionego bogacza, krzyczącego o swej niedoli, to nie jestem w stanie ujrzeć Tidala w dalszej perspektywie.

Tym bardziej, że konkurencja nie śpi i korzysta z każdego potknięcia nowego gracza.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst