Tech  / Felieton

Jeśli zniknie darmowy streaming, będziemy mogli mówić o porażce. I zaczniemy wszystko od nowa

Plotki, zgodnie z którymi Spotify miałoby stopniowo wycofywać się z bezpłatnej opcji streamingu, na szczęście okazały się nie być prawdą. Właściciel usługi jednoznacznie stwierdził, że nie mają one nic wspólnego z rzeczywistością i że ten model biznesowy po prostu działa. I dobrze, bo w przeciwnym razie wszystko co związane ze streamingiem poszłoby na marne.

Jeszcze przed weekendem Internet obiegły doniesienia, według których Spotify, naciskane przez największych wydawców w branży muzycznej, miałoby planować ograniczenie darmowych subskrypcji do zaledwie trzech miesięcy (obecnie nie obowiązuje żaden limit czasowy). Oczywiście pozostałaby pewna, dramatycznie okaleczona forma bezpłatnego dostępu po tym okresie „testowym” , ale trudno mówić o niej w kategoriach produktu w jakikolwiek sposób atrakcyjnego.

Te doniesienia okazały się, przynajmniej według Spotify, fałszem, ale nikt nie powinien mieć większych problemów, żeby w nie uwierzyć. W końcu od dłuższego czasu, szczególnie z ust najbogatszych (!) artystów padają oskarżenia pod adresem serwisów streamingowych. O co chodzi? Oczywiście o dochody i o darmowe subskrypcje, które nie generują ich w takim stopniu, jak płatne, czy zakup pojedynczych utworów albo płyt.

Wyobraźmy sobie jednak, że pewnego dnia wydawcy (albo kto inny, maczający w tym palce i chcący wypromować swoją usługę) dopinają swego i ze Spotify (oraz podobnych usług) znikają bezpłatne plany streamingowe. Koniec. Zostaje najwyżej krótki okres testowy. Efekt?

Wszystko, co dobrego zrobiły te serwisy dla walki z piractwem znika. Lata pracy, dopieszczania usług, po prostu odchodzą w niepamięć.

Wielokrotnie zaznaczano w mediach (czasem w ujęciu globalnym, czasem w ujęciu lokalnym), jak wiele dobrego dla tej sprawy zrobiły serwisy streamingowe. Z trzech powodów: były banalnie proste w obsłudze, „pewne” oraz… bezpłatne. Do oglądania czy słuchania reklam zdążyliśmy się już przyzwyczaić i trudno, aby było to jakąkolwiek przeszkodą, zwłaszcza gdy w portfelu pozostawała cała gotówka, którą w innym przypadku wydalibyśmy na subskrypcję czy zakup płyty.

Piractwo przestało mieć po prostu jakikolwiek sens. Po co, skoro to samo można było zyskać legalnie i wygodniej? Ostatnie ostoje muzycznego piractwa to prawdopodobnie osoby, które przez ostatnie kilka lat mieszkały pod kamieniem i nie słyszały o pojawieniu się Spotify i podobnych.

Teoretycznie wszyscy mogą być zadowoleni

Oszczędni klienci nie wydają ani grosza, jednocześnie dając zarobić wydawcom i artystom cokolwiek. A to przecież było największą motywacją do walki z piractwem - brak zysków z tytułu nielegalnie kopiowanych płyt i utworów. Zawsze lepsze „cokolwiek”, niż absolutne nic.

Oczywiście nie udało się w ten sposób rozwiązać dwóch problemów - całkowitego wytrzebienia piractwa (niektórym nie pomoże absolutnie nic) i przekonwertowania dotychczasowych piratów na osoby zapewniające odpowiednio wysoki zysk. Problemem mogą być też osoby, które do tej pory kupowały płyty i utwory w sposób klasyczny (cyfrowy lub w zwykłych sklepach), a teraz przestały właśnie ze względu na bogactwo biblioteki i łatwość obsługi Spotify. Wszystko więc (w uogólnieniu) sprowadza się do jednego.

Zamiast kilku problemów, pojawił się bowiem zasadniczo jeden i to do tej pory w tej branży mało znany. Jak sprawić, żeby ci, którzy korzystają z darmowych planów, chcieli przejść na plany wyższe. I to z tym trzeba próbować się zmierzyć, a nie próbować zaorać wszystko to, co zrobił streaming, bo wrócimy błyskawicznie do nieprzyjemnych i wcale nie tak odległych czasów piractwa, zamiast rok po roku tępić je odpowiednio dobranymi rozwiązaniami.

W końcu jak lepiej podejść do klienta?

Oferując mu więcej w tej samej cenie (abonamentu premium), czy odbierając mu to, co miał do tej pory za darmo? Nie zdziwiłbym się, gdyby likwidacja darmowych planów początkowo wywołałaby oburzenie, a potem, w wielu przypadkach, błyskawiczny powrót do starych metod pozyskiwania muzyki. Nie można tutaj stosować bata - trzeba zastosować marchewkę.

To właśnie jest największe wyzwanie, jakie stoi przed tym segmentem rynku i na tym trzeba się skupić, zamiast mówić od razu, że cały streaming jest zły. Znalezienie odpowiednio wyważonych rozwiązań, które będą w stanie zapewnić szybszy wzrost bazy płatnych subskrybentów, nie mających poczucia, że do czegokolwiek faktycznie ich się zmusza i jednoczesne zachęcenie „niezrzeszonych” do korzystania z bezpłatnych, opłacanych z reklam wersji. Nie zmuszenie wszystkich, tu i teraz, żeby zaczęli płacić. Na razie nikt jeszcze wystarczająco skutecznej metody nie odnalazł. Komu się uda - będzie zwycięzcą w tym wyścigu.

A jeśli okaże się prawdą, że za całym tym zamieszaniem stoi Apple, to firma z Cupertino może być pewna - ode mnie nie zobaczy ani złotówki.

* Zdjęcie: Shutterstock

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst