Tech  / Felieton

Darmowe epodręczniki - jestem za, a nawet przeciw

Na pomysł darmowych państwowych epodręczników zapewne wiele osób od razu przyklasnęło. Wydaje się to dobrym rozwiązaniem, wszyscy będą się uczyć z tego samego, a rodzice ograniczą koszty. Problem w tym, że to posunięcie może bardzo zaszkodzić wolnemu rynkowi.

Planowo za dwa lata ma zostać wdrożony państwowy program Cyfrowa Szkoła, obejmujący przygotowanie 18 darmowych epodręczników i 2500 zasobów edukacyjnych dla czterech poziomów nauczania, od edukacji wczesnoszkolnej, przez klasy 4-6, po szkoły gimnazjalne i ponadgimnazjalne. Już na pierwszy rzut oka widać, że projekt będzie duży, dodajmy do tego, że zakresem będzie obejmował aż 14 szkolnych przedmiotów. Będzie to próba stworzenia wspólnego epodręcznika dla całego kraju, spójnego z podstawą programową.

Tworzone w tym celu Otwarte Zasoby Edukacyjne mają, zdaniem ich twórców, nie tylko lepiej realizować idee powszechnej edukacji zapisane w Deklaracji Praw Człowieka i Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, ale również być praktycznym sposobem na efektywną dystrybucję i rozpowszechnianie treści. Co więcej, program Cyfrowa Szkoła wpisuje się w najnowszą strategię Komisji Europejskiej “Opening up Education”. Problem jednak w tym, że może stać się przysłowiowym gwoździem do trumny polskiego rynku wydawniczego.

Rząd składa propozycję nie do odrzucenia

Wbrew pierwszym obawom podręczników nie będą tworzyć urzędnicy, ale zostało to zlecone czterem partnerom merytorycznym projektu, z których każdy odpowiada za zestaw epodręczników do wybranych przedmiotów (lub w przypadku edukacji wczesnoszkolnej do całości programu). Innymi słowy, te same wydawnictwa, które żyją z publikacji i sprzedaży książek będą tworzyć epodręczniki dla rządu, które staną się ich głównym konkurentem na rynku. Gdy urzędnicy nie mogli znaleźć firm, które chciałyby przystać na taką współpracę zwrócił się do uczelni wyższych, w efekcie czego po raz pierwszy podręczniki szkolne będzie wydawać m.in. Uniwersytet Wrocławski.

tablet ebooki

Wydawców martwi to, że rządowe pomoce naukowe mają być udostępniane na tzw. wolnych licencjach, czyli każdy będzie mógł wprowadzać do nich zmiany. Wprawdzie mają one być rozpowszechniane w formie cyfrowej, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by je sobie po prostu wydrukować. Domyślnym zamiarem państwa była zmiana rzeczywistości polskiej szkoły na cyfrową, trudno jednak oczekiwać, że każdy uczeń będzie posiadał czytnik ebooków, a każda klasa laptopy i dostęp do Internetu. W efekcie może się okazać, że rynek wydawnictw edukacyjnych dla szkół, wart około jednego miliarda złotych, istotnie się skurczy, gdyż nie będzie w stanie konkurować z darmowymi materiałami polecanymi przez Ministerstwo Edukacji.

Obecnie w szkołach mamy około 4,2 miliona uczniów, a wydatki na każdego sięgają nawet 500 zł. Z kolei 10 lat temu uczniów było znacznie więcej, aż 6,5 miliona , co pokazuje jak bardzo ten rynek się kurczy. Stąd wniosek, że czeka go konsolidacja, zresztą całkiem niedawno WSiP kupił pełną ofertę podręczników do kształcenia zawodowego Wydawnictwa Rea, będącego liderem w swoim segmencie. Strona rządowa nie widzi problemu, argumentując, że epodręcznik zmobilizuje branże i nie będzie miał wpływów na jej obroty, co dziwi tym bardziej, że ministerstwo spodziewa się, iż z programu w pierwszych latach skorzysta 40% szkół. Trudno jednak liczyć na to, że rodzice oprócz darmowych książek będą też kupować tradycyjne podręczniki, zwłaszcza że kosztują one niemało.

Ważniejszy nauczyciel czy książka?

Rząd tworząc program darmowego epodręcznika na wolnych licencjach zapomniał o firmach, my nie zapominajmy o uczniach, których dobro powinno być tutaj priorytetem. Czy cyfrowe książki na zlecenie rządu będą dla nich lepszym rozwiązaniem? Wydaje się że tak, i to z kilku powodów. Przede wszystkim ulży to rodzicom, którzy będą mogli więcej zaoszczędzić i miejmy nadzieję doposażyć dzieci w czytniki. Dzięki temu spadną ogólne koszty wychowania nowego pokolenia, co jest szczególnie ważne, gdyż dzietność w Polsce jest na najgorszym poziomie od czasów II Wojny Światowej (wg obliczeń Rzeczpospolitej), co w przyszłości zaowocuje kryzysem demograficznym o fatalnych skutkach. Możliwe, że zaoszczędzi również samo państwo, które w tym roku na realizację programu „Wyprawka Szkolna” przeznaczyło z budżetu prawie 180 mln zł, czyli o 52 mln zł więcej niż w 2012 r. Według MEN pozwoli to objąć pomocą ponad 575 tys. uczniów.

read-an-e-book

Jeśli chodzi o poziom merytoryczny i wykonanie to trudno je prognozować zanim epodręczniki nie ujrzą światła dziennego, pozostaje mieć zatem nadzieję, że zostaną one wykonane rzetelnie. Niemniej zapewne wiele osób przyzna mi rację, że w szkole często od książki ważniejszy jest nauczyciel. Jeśli zachęci on dziecko do nauki i rozbudzi w nim pasję to zapewne zdobycie przez ucznia dodatkowych pomocy naukowych nie będzie w dzisiejszych czasach problemem. Z drugiej strony zły pedagog potrafi zniechęcić do danego przedmiotu tak bardzo, że nawet wodotryski i hologramy w książkach mu nie pomogą. Dlatego warto, by cały czas mieć na uwadze dobro samych uczniów, którym nie tyle zależy, by było tanio i każdemu po równo, co aby było ciekawie, inspirująco i praktycznie.

Przemysław Gerschmann - Założyciel Equity Magazine, analityk inwestycyjny w globalnym banku. Pasjonat rynków finansowych, biegacz długodystansowy, wielbiciel południowych Włoch i fan książek Murakamiego.

Zdjęcia Laptop as a Book connected to a computer mouse. Online library oraz Newspaper or magazine from tablet pc. 3d pochodzą z serwisu Shutterstock.  Ostatnie zdjecie z czytnikiem e-booków pochodzi ze strony mysterious-ways.com.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst