Tech  / Felieton

Brytyjczycy walczą z Google o prywatność. Niech się lepiej wezmą za urzędników

Rząd Wielkiej Brytanii jest zbulwersowany nowymi zasadami dotyczącymi prywatności użytkowników usług Google. Grozi gigantowi „poważnymi konsekwencjami”. Czy to nie zabawne, że jeden z najbardziej szpiegujących krajów ma internautów za idiotów, którzy nie rozumieją regulaminów?

Potęga Google budzi całkiem zdroworozsądkowe obawy. Wszak informacja i wiedza dają władze. A Google to absolutny gigant jeżeli chodzi o gromadzenie danych na nasz temat. Oczywiście, owe dane służą faktycznie do dwóch celów: do efektywniejszego serwowania skutecznych reklam oraz do personalizacji algorytmów usług, z których korzystamy. Nie ma tu żadnego Złowrogiego Planu Przejęcia Kontroli nad Światem. Nie zmienia to jednak faktu, że byty posiadające taką potęgę trzeba bacznie obserwować i patrzyć im na ręce.

W ubiegłym roku Google wprowadził nowy regulamin korzystania z jego usług, który wzbudził wiele kontrowersji. Otóż do tej pory każda z usług miała swoją własną politykę prywatności. Każda z nich zbierała dane na nasz temat, ale w myśl opisanych zasad, nie łączyła ich z innymi danymi na nasz temat pochodzącymi z innych usług. Przykładowo, to co robiliśmy na YouTube to jeden kawałek danych, a to co robiliśmy na Gmailu to zupełnie inny. Nowy regulamin likwidował te bariery i zakładał spójność danych na nasz temat zebranych ze wszystkich aktywności, jakich dokonaliśmy za pomocą Konta Google.

Reakcja była instynktowna i natychmiastowa. Oburzenie.

Które, moim zdaniem, było niesłuszne (aczkolwiek dopiero po przemyśleniu, moja pierwsza, nieprzemyślana reakcja, równie instynktowna, również była oburzeniem). Fakt, Google ma prawo teraz łączyć informacje na nasz temat i wiedzieć o nas jeszcze więcej. Tyle że, chwalić los, nikt nas do usług Google’a nie zmusza. Jeżeli uważamy, że cena za „darmowe” usługi Google’a jest zbyt wysoka, zapraszam do konkurencji. Ja korzystam z YouTube’a i z wyszukiwarki, regularnie. Sporadycznie z Google+. Resztę usług mam gdzie indziej. Serio, można. Natomiast uspójnienie usług Google’a to też korzyści dla użytkowników w formie większej integracji.

Urzędnicy jednak dalej są podejrzliwi. Dziś swoje oświadczenie wydali ci z Wielkiej Brytanii. Żądają oni od Google’a zmian w swojej polityce prywatności tak, by była ona zgodna z unijnym i brytyjskim prawem. Twierdzą oni, że Google „nie zapewnił dostatecznej ilości informacji” użytkownikom, by ci mogli zrozumieć w jaki sposób ich dane będą przetwarzane przez Google’a. Gigant ma na to czas do września. Jeżeli się nie podporządkuje, to, jak grożą urzędnicy, zostanie wytoczony mu proces sądowy.

No cóż, jeżeli owa polityka faktycznie jest niezgodna z lokalnym prawem, to nie ma tu z czym dyskutować. Można się co najwyżej pozastanawiać, czy owo prawo jest słuszne, czy też nie. Ale dopóki nie zostanie zmienione, każdy byt ma obowiązek go przestrzegać. Nie wierzę jednak, by Google był aż tak głupi, by wprowadzić tak wielkie zmiany nie analizując unijnego prawa, z którym wygrać przecież nie może.

Nasza polityka prywatności jest zgodna z europejskim prawem i pozwala nam stworzyć łatwiejsze w obsłudze i bardziej użyteczne usługi. Zaangażowaliśmy się w pełni we współpracę z odpowiednimi władzami podczas jej wdrażania i dalej będziemy z nimi współpracować - czytamy w oświadczeniu Google.

Tu zaczyna się robić ciekawie. Google twierdzi, że współpracował wcześniej, a także, że chce współpracować nadal.

Brytyjscy urzędnicy sugerują, że internauci to tępaki, którzy nie rozumieją wyświetlanych na ich ekranach komunikatów, napisanych zrozumiałym, nietechnicznym językiem. A takie właśnie komunikaty serwował Google.

Co więcej, ten zryw o ochronę prywatności obywateli akurat przypadkowo wpisuje się ciekawie w aferę dotyczącą podsłuchiwania obywateli przez służby specjalne. Ujawniono już, że Stany Zjednoczone i Francja zbierają zastraszającą ilość informacji na temat obywateli, bez ich wiedzy i zgody.

Wielka Brytania również traktuje prywatność dość „wybiórczo”. W maciupkich hrabstwach Wysp Szetlandzkich i Corby jest więcej rządowych kamer przemysłowych, niż w San Francisco. W West Sussex przypada jedna kamera na dwa tysiące osób. W londyńskim Wandsworth znajduje się 1113 kamer, czyli cztery kamery na tysiąc osób. To więcej kamer, niż w Bostonie, Johannesburgu i Dublinie łącznie!

Ja rozumiem, że słupki poparcia spadają. Że coś trzeba robić, by obywatele nie stracili już całkowitego zaufania do władzy. I owszem, gigantów internetowych, takich jak Google, Facebook czy inni należy bacznie i pilnie obserwować. Ale nie dajmy się w ten sposób omamić. Bo zarzucanie tego, że „nie każdy mógł kliknąć w regulamin” w nieobowiązkowej usłudze w świetle powszechnej inwigilacji obywateli pachnie niczym innym, jak hipokryzją.

Maciek Gajewski jest dziennikarzem, współprowadzi dział aktualności na Chip.pl, gdzie również prowadzi swojego autorskiego bloga.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst