Tech

Serwis Strata Kazika liczy straty i kpi z lidera KULTu

Kazik Staszewski, którego dorobek artystyczny bardzo zresztą lubię (jak prawie wszyscy), z mediami zawsze był trochę na bakier. Kiedy pojawił się internet, Kazik dalej był z nim na bakier. Tyle, że medialna sytuacja nieco się zmieniła i również internet na bakier był… z Kazikiem. 

Artyście od pewnego czasu szkodzą medialne wystąpienia. Łapię się trochę za głowę śledząc poczynania Kazika w ostatnich latach, bo a to rozpoczynał opartą na nieco bezsensownych fundamentach walkę z piractwem, a to straszył pozwami jakiegoś bogu ducha winnego blogera. Dodatkowo – w całym tym zamieszaniu związanym z własnością intelektualną – ostatnia płyta była jakaś taka-sobie.

W przeciwieństwie do całej rzeszy internautów o postawie niezwykle roszczeniowej (która martwi, bo mówimy przecież o młodym pokoleniu, które mentalność PRL dawno temu powinno mieć za sobą) doskonale rozumiem prawo artystów do bronienia swojej własności intelektualnej i do walki z piratami (nawet jeśli ma ona kształt walki z wiatrakami). Coraz częściej spotykamy się z sytuacją, że artysta nie tylko jest piracony, ale też beszta się go publicznie za to, że proceder piractwa publicznie ośmieli się skrytykować. Ze złości na taką postawę, stanąłem nawet niedawno w obronie Zbigniewa Hołdysa.

W całych tych oryginalnych i radykalnych, ale moim zdaniem słusznych i przyszłościowych poglądach na szanowanie artysty i jego praw do dzieła (a już na pewno prawa do krytycznego stosunku do piractwa) nie rozumiem tego, co robi Pan Kazik Staszewski. Nie sądzę, by chodziło tu wyłącznie o pazerność czy potrzebę zwrócenia na siebie uwagi. Pozywanie blogera za nazwanie bloga słowami jednej z piosenek przywodziło raczej na myśl nieco groteskowe rzucanie się człowieka zagubionego we współczesnym świecie. W międzyczasie pojawił się jeszcze jakiś spór o prowadzenie oficjalnej strony artysty – wtajemniczeni fani na pewno orientują się lepiej ode mnie. Myślę, że punktem zwrotnym i impulsem do walki o swoje prawa (jakkolwiek nieudolna by ona nie była), było wypłynięcie jednej z płyt do sieci jeszcze przed jej oficjalną premierą. To zaś doprowadziło do kilku niesionych emocjami cytatów, a po latach zaowocowało to serwisem Strata Kazika.

StrataKazika.pl bardzo mi się podoba, ponieważ jest serwisem inteligentnym i z „jajem”. Jak już wspominałem, zupełnie nie zgadzam się z wizją świata, jaka płynie z tej strony, ale trzeba przyznać, że jako przeciwstawny głos w dyskusji, autor witryny celnie wypunktował logiczną słabość argumentacji różnych artystów. To łapanie za słowa, ale łapanie za słowa w stylu błyskotliwej dyskusji.

Generalną ideą jest bowiem zaprzeczenie tezy, jakoby kopiowanie płyt mogło powodować tzw. „stratę”, przez co autor  rozumiał oczywiście „brak zysku”. Erystyka i humor na najwyższym poziomie. Można się też pośmiać z samej treści strony, która nawołuje do kopiowania ulubionych płyt swoich wykonawców, ale nie rozpowszechniania ich. Że zacytuję:

Na wypadek, gdyby ktoś pytał: wykonanych przez nas kopii nie udostępniamy w internecie, bo za bardzo boimy się wizyty policji. Jesteśmy pazerni, ale nie odważni.

Wesołe, celne. Nie zgadzam się z ideą kryjącą się za tym żartem, ale zawsze ceniłem sobie mówienie o rzeczach ważnych w sposób humorystyczny, a za istotny głos w ważnej dyskusji – nawet jeśli nie było to pełną intencją autora – uważam właśnie Stratę Kazika. Samemu muzykowi też przydałby się zresztą kubeł zimnej wody za kilka ostatnich lat działalności w sieci, której chyba do końca nie rozumie (a przynajmniej mam taką nadzieję, bo w przeciwnym wypadku miałbym same smutne wnioski). Może nawet pocztą pantoflową trafi do niego i ten wpis, wzbudzi chwilę refleksji. Jeśli tak się stanie to Panie Kaziku, bardzo proszę napisać w komentarzach jak powstają Pana teksty!

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst