Internet był dobrem wspólnym, ale już nie jest. Czy możliwa jest technologia bez wielkich korporacji? 

Sztuczna inteligencja ma dziś twarz Janusa: z jednej strony to "nowy atom" i element wyścigu zbrojeń, z drugiej – produkt wciskany nam z gracją domokrążcy w każdej aktualizacji kalendarza. Choć internet udowodnił, że globalna sieć może być dobrem wspólnym, AI rodzi się jako zakładnik gigantów. A może jednak warto być racjonalnym i żądać niemożliwego?  

Internet był dobrem wspólnym, ale już nie jest. Czy możliwa jest technologia bez wielkich korporacji? 

W roku 2006, dwadzieścia lat temu. Gdy dzisiejsze gwiazdy sieci dopiero w łupinie od orzecha po nocniku żeglowały redakcja magazynu "Time" zdobyła się na gest, który dziś trąci myszką, ale wtedy pachniał rewolucją. Na okładce umieszczono lustrzaną folię, a pod nią dumny napis: "Ty". Człowiekiem Roku został internauta. My – radosna gromada amatorów, twórców filmów z kotami i autorów niszowych blogów. To była kanonizacja internetu jako dobra wspólnego, cyfrowego ogrodu, w którym każdy może posadzić swoją marchewkę. Teraz za tą marchewką goni.

Okładka pierwszego numeru "Time" w 2007 roku z tytułem człowieka roku 2006.

Dziś, gdy patrzymy na tę okładkę przez pryzmat algorytmów podsuwających nam „reelsy”, cały ten paskudny ściek AI, polityczna propagandę wydaje się ona równie naiwna, co wiara w to, że media społecznościowe zbliżają ludzi. Bo o ile internet wciąż – technicznie rzecz biorąc – nie ma jednego właściciela i jest zdecentralizowaną pajęczyną milionów sieci, o tyle sztuczna inteligencja, jego młodsza i znacznie bardziej drapieżna siostra, rodzi się w zupełnie innych warunkach. W sterylnych laboratoriach, za bramami strzeżonymi przez strażników z logotypami Microsoftu, Google’a czy Amazonu.

Pytanie brzmi: czy da się wydrzeć AI z rąk gigantów? Czy może jesteśmy skazani na krzemowy feudalizm, w którym nasze myśli i dane są tylko daniną składaną nowym panom na chmurze. Czy technofedualizm, o którym boją się nawet pisać smutni lobbyści Big Techów, to stan docelowy czy tylko opcja

Bomba, bombonierka i misjonarka

Sztuczna inteligencja cierpi na rozdwojenie jaźni. Z jednej strony wielcy tego świata serwują nam narrację niemal militarną. AI to nowa bomba atomowa, projekt Manhattan XXI wieku, element cyfrowego wyścigu zbrojeń i strategia odstraszania. Państwa prężą muskuły, a my, maluczcy, mamy czuć respekt przed potęgą obliczeniową. Z drugiej strony, ten sam "atomowy" produkt jest nam wciskany z subtelnością domokrążcy sprzedającego cudowne garnki. AI slop, czyli algorytmiczna papka, wylewa się z każdej aplikacji, z każdego kalendarza i edytora tekstu, tworząc bańkę, która puchnie w oczach.

Jak pisał zresztą tydzień temu Marek Szymaniak: AI często służy jako wymówka niż narzędzie realnej zmiany. Fala sztucznej inteligencji podmywa fundamenty wczorajszej stabilizacji. Rzecz w tym, że to żaden rwący nurt a raczej piana, ubijana bez końca przez Szamanów i Farmazoniarzy, tanich, zmyślonych entuzjastów

Czyli z jednej strony nowa bomba atomowa, z drugiej strony tania bombonierka z pralinkami najgorszych smaków. 

W branży technologicznej najbezpieczniejsi są ci, którzy myślą o pieniądzach. Ich motywacje są przynajmniej przewidywalne. 

Prawdziwy niepokój budzą idealiści – ci, którzy z religijnym zapałem wierzą w "zbawienie ludzkości" za pomocą chatbotów, jednocześnie podpisując cyrografy z największymi graczami. Ich misja i w gruncie rzeczy pozycja misjonarska wobec wielkich korporacji jest rozczulająca. Można się smiać, gorzej, gdy zajrzy się w głąb w duszy takowych, o czym zresztą świetnie mówiła w naszej rozmowie Karen Hao, autorka głośnej książki “Imperium sztucznej inteligencji” (wywiad niezmiennie polecam!). 

Bezspronym faktem jest, że w obecnym paradygmacie nie ma AI bez Wielkiej Trójki.

Każdy "niezależny" startup, każde obiecujące laboratorium to de facto wasal chmury. Trenują swoje modele na serwerach Microsoftu, licencjonują ich moc i rebrandują to, co giganci łaskawie rzucą ze stołu. Nawet OpenAI, które w nazwie ma "otwartość", stało się de facto przybudówką z Redmond. Kiedy Sam Altman został na moment usunięty ze stanowiska, Microsoft nie bawił się w dyplomację. Zadziałał jak właściciel chroniący inwestycję, obiecując przygarnięcie dezerterów i błyskawicznie przywracając "swojego" człowieka na tron. To nie był kryzys zarządzania, ale zwykła demonstracja siły.

Odważ się marzyć

A jednak, gdzieś poza technologicznymi metropoliami, wciąż tli się myśl, że można inaczej. Dziś stoimy przed wyborem: albo defensywny przysiad i czekanie, aż technologia uderzy nas w tył głowy, albo "oświecony egoizm".

Ten drugi polega na zrozumieniu, że jedyną skuteczną reakcją na transformację nie jest neoluddyzm, ale praca u podstaw. To próba odpowiedzi na pytanie, którego korporacje unikają jak ognia: co ta technologia da realnemu człowiekowi? Nie miliarderowi śniącemu o nieśmiertelności, ale komuś, kto ma kredyt hipoteczny, opiekuje się chorymi rodzicami albo próbuje nauczyć dziecko tabliczki mnożenia.

Wizja "AI bez firm technologicznych" brzmi dziś jak science fiction, ale przypomnijmy sobie internet. On też mógł stać się własnością jednej firmy telekomunikacyjnej. Stał się dobrem wspólnym, bo narzucono mu protokoły, które nie pytały o stan konta. Problem w tym, że w przypadku AI progiem wejścia nie jest już tylko dobry kod, ale potworna moc obliczeniowa i góry danych. Ci, którzy mają pieniądze, ustalają zasady. I – co gorsza – toczą wyścig na dno, wypuszczając systemy niedopracowane, byle tylko utrzymać dominację.

Koncentracja władzy to nie tylko problem ekonomiczny. To zagrożenie dla demokracji. I wiem, że czytaliście tysiące tekstów na ten temat, więc tysiąc pierwszy was nie zabije, ale może sprawi, że odważycie się marzyć? 

Nie, nie chcę rewolucji. Nie czekam na stosy, gilotyny i bunty, żadnej rabacji, żadnych ściętych głów czy rżnięcia piłą. Choć parę klapsów by się przydało. Skoro udało się wygonić Bezosa z centrum Wenecji (szef Amazona planował tam ślub, ale protestujący zmusili go do przeniesienia uroczystości) to może i organizatorzy imprez takich jak Circoloco w warszawskim Wilanowie poniosą konsekwencje. I przekazanie jałmużny w świetle kamer nie załatwi sprawy. Wciąż wolałbym wierzyć, że Warszawa to nie Dubaj i chociażby dążenie do sprawiedliwości jest możliwe.

Może przesadzam z klapsami, może wystarczy solidna lekcja postaw obywatelskich. Wszak kijami nikt jeszcze nikogo rozumu nie nauczył, choć wielu próbowało. 

W kontekście edukacji wystarczy przypomnieć, że monopolizacja i centralizacja władzy zawsze źle się kończy. Przecież teraz już widzimy, że kolejne awarie u wielkich firma paraliżują cały świat. Tomasz Węcki pisał na naszych łamach, że dziś to firmy płatnicze są największymi cenzorami. To nie tylko zarządzanie portfelem, ale wręcz sterowanie jego dostępnością

Wizja "AI bez firm technologicznych" brzmi dziś jak science fiction. Ilustracja: shutterstock / retrorocket

Bez listków figowych, golasy! 

Edukacja zakłada także odporność na narracyjne sztuczki. Astroturfing w świecie wielkich korporacji trzyma się mocno. Te wszystkie izby udające organizacje krajowe a trzymane za sznurki przez graczy zza Oceanu; przekupy z LinkedIn i przekupieni spasieni eksperci; politycy, którzy rozkładają nogi, to znaczy ręce i mówiący: “inaczej się nie da, musieliśmy napisać przetarg tak, żeby wygrała wiadoma firma”. 

Nawet modne hasło "open source AI" bywa dziś nadużywane jako listek figowy. Modele takie jak LLaMA od Mety są "otwarte" tylko do pewnego stopnia, a ich twórcy i tak są uzależnieni od tych samych kredytów chmurowych i układów scalonych od Nvidii. To system naczyń połączonych, w którym krew zawsze płynie w stronę Doliny Krzemowej.

Jakby nie patrzeć: jest goło i niekoniecznie wesoło. 

Jeśli nie chcemy, by AI było tylko sprawniejszym narzędziem nadzoru, potrzebujemy czegoś więcej niż tylko "etycznych wytycznych" pisanych przez działy PR tychże korporacji.

Potrzebujemy trzech działań: separacji biznesowej, prawdziwej przejrzystości i silnego państwa, które nie jest klientem.

Separacja może uniemożliwić gigantom chmurowym wykorzystywania swojej dominacji do duszenia konkurencji na poziomie aplikacji. To działanie politycznie i techniczne możliwe.

Musimy też wiedzieć, na czym trenowane są te modele i jakie standardy prywatności spełniają, zanim trafią do naszych telefonów. Koniec z czarnymi skrzynkami i tzw. tajemnicą przedsiębiorstwa. Sprawa jest zbyt pilna, by była całkowicie prywatna. Skoro wymusiliśmy na producentach żywności oznaczenia, gdzie i jak produkowane jest jedzenie, czy i jaką ma w sobie "chemię", to dlaczego nie możemy wymagać tego od technologii. Skoro tak bronimy się przed sprowadzaniem “gównianego jedzenia” (kwestia tzw. umowy Mercosur), to dlaczego brak tam zajadłości jeśli chodzi o technologie? 

Rządy nie mogą być tylko żyrantami potęgi Big Techu, jak to miało miejsce niedawno w Wielkiej Brytanii, gdzie inwestycje Microsoftu w chmurę uznano za sukces narodowy, przymykając oko na praktyki antykonkurencyjne. W Polsce rodzimy gigant, czyli Orlen, nawiązał strategiczną współpracę z Amazonem (AWS). Firma, którą stać na eksperymentowanie i wspieranie z lokalnymi krajowymi dostawcami, która powinna realizować ideę local content, daje przykład serwilizmu. Jeśli lokalny czempion tak działa to jaki przykład idzie w dół? 

Wyobraźnia, głupcze 

Internet udowodnił, że potężne narzędzia mogą nie mieć właściciela. Ale internet rodził się w czasach, gdy cyfrowy świat był marginesem. AI rodzi się w samym sercu kapitalizmu nadzoru. Aby AI stała się narzędziem ludzi, musimy przestać traktować ją jak magiczną siłę natury, na którą nie mamy wpływu. To tylko produkt. A to, czy będziemy go kupować na warunkach korporacji, czy zbudujemy własną, niezależną sieć, zależy od tego, czy starczy nam odwagi, by wyobrazić sobie technologię bez jej obecnych panów. Od wyobraźni się zaczyna. Kiedy są chęci, można próbować działać. Nawet jeśli się nie uda. Imposybilizm i serwilizm to obok pychy i arogancji dwie wielkie bolączki polskiego świata biznesu. Naprawdę oczekiwałbym od elit większego rozmachu niż organizowanie techno imprez w zabytkowych lokalizacjach przy  terenach lęgowych. 

Inaczej, zamiast "Ty" na okładce "Time’a", za dziesięć lat zobaczymy tam tylko logo, które pożarło nasze jutro. I nawet nie będziemy mogli o tym napisać bez zgody algorytmu. Już nawet nie będziemy mięsnym interfejsem, a ledwie biomasą do utylizacji. 

Przesadzam? Być może. Wolę jednak alarmować na marne niż płakać, gdy będzie za późno.