Klient przyszedł z wyceną od bota. "ChatGPT mówi, że powinno być taniej"
Ludzie, co z wami? Targujesz się w piekarni o cenę chleba? Nie? To dlaczego robisz to w punkcie ksero? ChatGPT twierdzi, że wydruk kosztuje grosze, więc ja mam mu zejść z ceny kilkadziesiąt złotych.

Wyobraź sobie taką sytuację: wchodzisz do dyskontu, bierzesz z półki chleb, idziesz do kasy i rzucasz w stronę kasjerki: Pani Halinko, sztuczna inteligencja wyliczyła, że przy obecnych cenach mąki ten bochenek powinien kosztować 2,50 zł, a nie 4 złote. Ze swojej strony mogę zaoferować trójkę i jesteśmy kwita. Śmieszne, prawda? Jednak w punktach usługowych tak prawdopodobnie będzie wyglądać niestety nasza patologiczna codzienność.
Negocjacje jak z arabskiego bazaru
Jestem współwłaścicielem punktu ksero. Wcześniej pisałem już na łamach naszego portalu o absurdach BDO, kartonach i o tym, że ludzie nie potrafią przesyłać wiadomości. Może kojarzycie. Jeśli nie, to zachęcam do lektury. Ale do rzeczy. Prowadząc biznes trzeba opłacić lokal, prąd, leasing maszyn, ZUS, podatki, kupić papier i tonery, których ceny w ostatnich latach wystrzeliły w kosmos szybciej, niż rakiety Elona Muska wynoszą na orbitę okołoziemską Starlinki. Nic nadzwyczajnego.
Jednak to właśnie od tych czynników w dużej mierze zależą ceny w naszym punkcie, bo nikt przecież nie prowadzi firmy, żeby dokładać. Wydawało mi się, że wyceniam naszą pracę rzetelnie, na podstawie rzeczywistych kosztów i aktualnych stawek rynkowych. Coraz częściej zderzam się jednak ze ścianą absurdu zbudowanego z ludzkiej wiary w nieomylność algorytmów.
Sytuacja dosłownie sprzed chwili. Klient przesyła pliki do druku: kilkaset stron czarno-białych, ze czterdzieści w kolorze, do tego bindowanie drutowe, laminowanie kilku arkuszy luzem i dwa plakaty w formacie A2. Szybka kalkulacja z cennika, wychodzi powiedzmy 170 złotych. Wysyłamy maila z wyceną i czekamy na informację, czy działamy. W odpowiedzi nie dostaję jednak zwykłego tak lub nie. Dostaję elaborat, po którym dosłownie opadają mi ręce.
Klient z powagą godną analityka giełdowego odpisuje mi, że zapytał AI i wyceniła takie zlecenie na maksymalnie 120 złotych. Dalej następuje szczegółowe wyliczenie wygenerowane przez jakiegoś chatbota, że przy stawce rynkowej 25 groszy za stronę czarno-białą koszt powinien wynieść tyle, a przy bindowaniu tyle. Na koniec tej wiadomości pada propozycja nie do odrzucenia: Ze swojej strony mogę zaoferować 110 zł.
Nie no, bez przesady. Czy my właśnie znajdujemy się na targu w Turcji, gdzie handlarz podaje cenę zawyżoną o 300 proc. żebyśmy mogli ubijać interes przy słodkiej herbacie? To jest punkt usługowy, a nie licytacja. Ale okej, każdy ma prawo do dokonywania prób negocjacji. Tylko nie w każdej branży analizy AI mają po prostu sens, bo właściciele nie dbają o swoją widoczność i transparentność w sieci. Zaraz, co?
Czym karmią się algorytmy? Na pewno nie aktualnymi cenami. Przynajmniej nie w małej poligrafii
Skąd w ogóle biorą się te mityczne wyceny, którymi machają mi przed nosem klienci? Tutaj uwaga: opisywana sytuacja nie była pierwszą i zapewne nie jest ostatnią, kiedy to ktoś się powołuje na wyliczenia z czatbotów. Ludzie zapatrzeni w AI nie rozumieją jednej podstawowej rzeczy.
Sztuczna inteligencja nie ma dostępu do moich faktur za prąd. Nie wie, o ile hurtownie podniosły ceny papieru w zeszłym kwartale. Nie wie, o ile wzrosły składki ZUS. AI buduje swoją wiedzę na podstawie tego, co zassie z internetu. A co w nim znajduje? Strony internetowe małych punktów z całej Polski, z których połowa nie była aktualizowana od 2015 r., chociaż już dziesiątki razy podnosiły ceny. Algorytm mieli te archiwalne śmieci, w których strona wydruku faktycznie kosztowała kilkanaście groszy, uśrednia to z cennikami punktów, które nie są kserami, tylko sklepem monopolowym z drukarką na zapleczu i wypluwa wynik.
Klient patrzy więc wyssaną z palca kwotę i uznaje ją za prawdę objawioną. Przecież komputer nie może się mylić! Zamiast przyjąć do wiadomości, że rzeczywistość po prostu kosztuje, to woli zrobić z siebie wilka z Wall Street i próbować urwać kilkanaście złotych na usłudze, którą ktoś musi fizycznie dla niego wykonać.
Zero wstydu, sto procent roszczeniowości
Najbardziej przeraża mnie chyba w tym wszystkim brak elementarnego wstydu. Kiedy idziesz do mechanika i słyszysz, że wymiana klocków kosztuje dajmy na to 300 zł, to nie wyciągasz telefonu, żeby sprawdzić, co na ten temat sądzi ChatGPT. Płacisz albo idziesz gdzie indziej. Kiedy stoisz na stacji benzynowej, nie negocjujesz ceny litra diesla.
Mam wrażenie, że w małych usługach puszczają po prostu wszelkie hamulce. Ludzie potrafią kłócić się o każdą złotówkę na laminowaniu, bo przecież to tylko kawałek plastiku. Potrafią dziwić się, dlaczego wydruk kosztuje tyle i tyle, bo przecież kartka kosztuje kilka groszy. Teraz dostali do ręki nową broń – wymówkę w postaci sztucznej inteligencji, która utwierdza ich w przekonaniu, że wszyscy dookoła próbują ich okraść. Nie moi drodzy, nie próbują. Chcą tylko dopasować się do nowej rzeczywistości, która kosztuje. I to kosztuje więcej, niż jeszcze rok czy dwa lata temu.
Przeczytaj także:
AI może wam napisać wiersz, może wam przetłumaczyć maila, a nawet wygenerować obrazek kota jeżdżącego na rowerze. Jednak dopóki sztuczna inteligencja nie zacznie opłacać rachunków za prąd i składek ZUS, dopóty wyceny w naszym punkcie będzie robił człowiek z kalkulatorem. A jak komuś nie pasuje, to zawsze może poprosić ChatGPT, żeby mu to wydrukował i zbindował. Powodzenia.
*Źródło zdjęcia wprowadzającego: Yuthongcome / Getty Images / Canva Pro



















