Dużo śniegu, mało wody. Będziemy mieć latem gruby problem
Tegoroczna zima wyglądała bardziej jak dawniej, ale nie odwróciła trendu. Zasoby wód gruntowych w centrum kraju nie odbudowały się tak, jak można było liczyć.

Na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że ta zima wreszcie zrobiła coś dobrego dla Polski. Śniegu było więcej niż zwykle, a w wielu miejscach krajobraz przez chwilę wyglądał niemal jak dawniej. Prof. Bogdan Chojnicki studzi jednak ten optymizm. Jak podkreśla, w centralnej części kraju woda ze stopionego śniegu zasiliła głównie wierzchnią warstwę gleby, ale tylko w niewielkim stopniu dotarła głębiej. To znaczy, że problem z zasobami wodnymi nie zniknął, tylko został na chwilę przykryty białym puchem.
Śniegu było więcej, ale to jeszcze nie znaczy, że wody mamy pod dostatkiem
Mimo że tej zimy śniegu było wyraźnie więcej niż w kilku poprzednich sezonach, nie przełożyło się to automatycznie na odbudowę zapasów wody tam, gdzie są one dziś najbardziej potrzebne. Prof. Bogdan Chojnicki w rozmowie z PAP zwraca uwagę, że w centralnej Polsce, także w Wielkopolsce, roztopy mocno nawodniły przede wszystkim wierzchnią warstwę gleby. Głębiej ta woda zeszła już znacznie słabiej.
W centralnej części kraju, czy mierzącej się z suszą Wielkopolsce, pojawiło się 20 cm śniegu. To ostatnimi czasy rzadko się zdarza. Śnieg stopniał i zasilił w wodę wierzchnią warstwę gleby. Dziś de facto jest ona w wielu miejscach dość mocno nasączona. Natomiast warto pamiętać, że szczególnie styczeń był miesiącem mimo wszystko dość suchym. Szczególnie w centralnej części kraju woda ze stopionego śniegu w niewielkiej ilości wsiąkła w głębsze warstwy gruntu. Nie zostały one jakoś nadmiernie zasilone, czyli nie można mówić, że zasoby wodne radyklanie nam się odbudowały – tłumaczył badacz.
To właśnie dlatego obraz po zimie nie jest tak optymistyczny, jak mógłby sugerować sam widok śniegu. Z wierzchu ziemia jest w wielu miejscach dobrze nasiąknięta, ale głębsze warstwy gruntu nie zostały zasilone na tyle, by mówić o wyraźnej odbudowie zasobów wodnych. Śnieżna zima pomogła, ale nie naprawiła problemu.
To dlatego rzeki nie wystrzeliły i dlatego latem problem może wrócić
Chojnicki mówi też wprost, że w centralnej Polsce nie należy się spodziewać wyraźnego podniesienia poziomu rzek tylko dlatego, że zima była bardziej śnieżna. Wielu ludzi odruchowo zakłada scenariusz, że dużo śniegu zimą to zawsze więcej wody w rzekach wiosną. Tymczasem system działa o wiele bardziej skomplikowanie. Jeśli woda z roztopów nie wnika wystarczająco głęboko, jeśli opadów później dalej brakuje, a temperatury szybko rosną, poprawa okazuje się krótkotrwała.
I właśnie tu czai się problem. Gdy zrobi się cieplej, a roślinność ruszy pełną parą, woda z wierzchniej warstwy gleby zaczyna być zużywana i tracona dużo szybciej. Jeśli głębsze warstwy nie zostały wcześniej solidnie odbudowane, to po kilku tygodniach cieplejszej i suchej pogody dawny kłopot wraca bardzo szybko. Właśnie dlatego śnieżna zima nie jest automatycznie resetem dla Polski, tylko raczej chwilą oddechu w kraju, który i tak ma niewielkie zasoby wody w przeliczeniu na mieszkańca. Według danych statystycznych Polska od lat znajduje się na granicy albo poniżej progu bezpieczeństwa wodnego.
Jedna zima nie naprawi tego, co psuło się latami
Prof. Chojnicki zwraca uwagę na rzecz, która studzi cały optymizm po tej bardziej śnieżnej zimie. W wielu miejscach w Polsce poziom wód gruntowych obniżył się już nie o kilka centymetrów, ale nawet o kilka metrów. Przy tak dużym ubytku jeden lepszy sezon nie wystarczy, żeby sytuacja nagle wróciła do normy. Śnieg i roztopy mogły chwilowo pomóc, ale nie da się w kilka tygodni odbudować tego, co osłabiało się przez lata.
Żeby naprawdę mówić o wyraźnej poprawie, takich zim musiałoby być kilka z rzędu. Dopiero wtedy można byłoby uznać, że głębsze zasoby wody zaczynają się odnawiać. Polska jest zresztą wyjątkowo czuła na takie wahania. Nie mamy dużego zapasu wody i właśnie dlatego każdy suchy rok, każda zbyt ciepła zima i każdy słabszy sezon opadowy zostawiają po sobie ślad szybciej, niż w krajach o stabilniejszym bilansie wodnym. To oznacza, że nawet jeśli jedna zima wygląda lepiej od poprzednich, problem wcale nie znika. Wystarczy kilka cieplejszych i bardziej suchych tygodni, żeby znów zaczął wracać.
To nie obala ocieplenia. Wręcz przeciwnie
Prof. Chojnicki mocno podkreśla też coś jeszcze: ta zima nie jest żadnym argumentem przeciw globalnemu ociepleniu. Jego zdaniem była raczej przypomnieniem zim, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu uznalibyśmy za całkiem normalne. Problem polega na tym, że po serii łagodniejszych, często bezśnieżnych sezonów zdążyliśmy się już do innego obrazu przyzwyczaić. I dlatego zwyczajna, chłodniejsza zima zaczęła wielu osobom wydawać się nagle czymś wyjątkowym.
Przypomnę, że na przełomie lutego i marca zanotowaliśmy rekordowo wysokie temperatury, sięgające kilkunastu stopni na plusie – powiedział Chojnicki.
Tymczasem szersze tło wcale się nie zmieniło. Badacz przypomina, że na przełomie lutego i marca padły rekordowo wysokie temperatury, a atmosfera i oceany nadal pozostają bardzo ciepłe. Nawet jeśli lokalnie wraca śnieg i chwilowo robi się bardziej zimowo, nie znaczy to jeszcze, że trend się odwrócił. Wręcz przeciwnie – świat wciąż jest rozgrzany, a takie kontrasty będą się raczej pojawiać częściej niż rzadziej.
Przeczytaj także:



















