Porządna zima to nadzieja na normalne lato? Żebyście się nie zdziwili
Śnieg utrzymuje się całkiem długo jak na współczesne zimy. Czy to oznacza, że problem z suszą nie będzie nam aż tak doskwierał? Choć niektórzy twierdzą, że są powody do częściowego optymizmu, to sytuacja nie jest aż tak prosta i oczywista.

Ludzie mają krótką pamięć i już zapomnieli, że zima w sezonie 2024/2025 była fatalna dla gleby i rzek. Śniegu było mało, a temperatura "anomalnie wysoka" jak na zimowe miesiące. Teraz doskwiera nam silny mróz, a i białego puchu nie brakuje, więc pojawiają się głosy, że naukowcy nie mieli racji. Całe globalne ocieplenie to ściema, bo jak wiadomo, globalny odnosi się do podwórka. A skoro jeden z drugim marznie i odgarnia śnieg, to cała planeta w tym czasie robi podobnie. O wcześniejszych miesiącach i latach można zapomnieć.
Tyle że nie.
Niewątpliwie takiej zimy nam brakowało
Daniel Petryczkiewicz zauważał na łamach "Krytyki Politycznej", że "ostatnie takie opady śniegu, zalegające tygodniami, mieliśmy w Polsce w 2013 roku". Można było się więc odzwyczaić od zbawiennego widoku. Tylko czy to wystarczy, skoro susza towarzyszy nam od lat? Są przesłanki, aby w najbliższą przyszłość patrzeć z lekką nutą optymizmu. A przynajmniej nie bić w dzwony tak wcześnie, jak w ubiegłym roku.
- Zapowiada się pierwszy rok od lat, w którym nie powinniśmy wszczynać alarmu zagrożenia suszą hydrologiczną na początku wiosny – prognozuje w rozmowie z portalem Nauka w Polsce hydrolog i dyrektor Instytutu Geofizyki PAN prof. Paweł Rowiński.
Jak zaznaczył naukowiec, mamy dopiero początek roku i nie da się przewidzieć, jak będą wyglądały pozostałe miesiące, ale wiele wskazuje na to, że "wejście w sezon wiosenny będzie dużo lepsze niż w ubiegłych latach".
Teraz pytanie, co stanie się ze śniegiem. Mrozy mają odpuścić, ale jeśli odwilż będzie mocna i temperatura wzrośnie gwałtownie, mogą lokalnie występować podtopienia.
Idealny scenariusz to powolne pożegnanie ze śniegiem
- Jeśli będziemy mieli powolne roztopy, czyli nastąpi takie klasyczne przedwiośnie z temperaturami nawet minusowymi w nocy, ale lekko na plusie w ciągu dnia, to topnienie będzie następowało wolno. Właściwie byłby to taki wymarzony scenariusz, kiedy gleba zostanie odpowiednio nawilgocona i deficyty wód gruntowych, z którymi zawsze wchodzimy w nowy sezon, będą dużo mniejsze albo nie będzie ich w ogóle – tłumaczy prof. Rowiński.
Oczywiście trzeba się cieszyć z tego, co jest, ale nie można zapominać o poprzednich latach, jak chętnie czynią to niektórzy w sieci. Wystarczy przypomnieć, że ubiegłoroczna zima była tak licha w opady, że w Tatrach najwięcej śniegu napadało dopiero w… kwietniu. W marcu pokrywy śnieżnej w Tatrach było ponad dwukrotnie mniej niż zwykle o tej porze roku. Jak będzie w najbliższych tygodniach? Zobaczymy.
Właśnie dlatego Sebastian Szklarek z Europejskiego Regionalnego Centrum Ekohydrologii PAN w rozmowie z portalem Nauka w Polsce przypominał niedawno, że deficyt wodny budował się w Polsce przez długie lata, a tegoroczna premia w postaci śniegu jest bardzo skromna.
Tymczasem Państwowy Instytut Geologiczny - Państwowy Instytut Badawczy w swoim komunikacie pisze, że w lutym 2026 r. w części Polski może wystąpić tzw. niżówka hydrogeologiczna.
To sytuacja, gdy poziom wód podziemnych bardzo się obniża, bo do gruntu dociera mało wody (brak opadów, mróz), a jednocześnie woda jest cały czas pobierana. Najbardziej reagują na to płytkie wody gruntowe, z których korzystają m.in. studnie przydomowe – wyjaśniono w facebookowym wpisie.
Największe ryzyko dotyczy województw: podlaskiego, mazowieckiego, lubelskiego, wielkopolskiego, kujawsko-pomorskiego i zachodniopomorskiego, a w mniejszym stopniu także warmińsko-mazurskiego, łódzkiego, świętokrzyskiego i pomorskiego.
Wody w kranach nie zabraknie, ale…
Jak opisano, nie ma mowy o ogólnokrajowym braku wody, ponieważ duże systemy wodociągowe zwykle korzystają z "głębszych, stabilniejszych ujęć". Może jednak zdarzyć się tak, że lokalnie problemy będą występować. Głównie tam, "gdzie używa się płytkich studni, zwłaszcza na terenach wiejskich".
Według instytutu mamy do czynienia z żółtym sygnałem ostrzegawczym.







































