1. SPIDER'S WEB
  2. Ekologia
  3. Nauka
  4. Tech
  5. technologie
  6. Technologie

Niezdrowe, niedobre albo drogie. Roślinne zamienniki mięsa i nabiału nie sprawiły, że zostałem weganinem

Roślinne zamienniki mięsa i nabiału nie sprawiły, że zostałem weganinem
379 interakcji
dołącz do dyskusji

Tylko w tym półroczu sprzedaż wegańskich alternatyw dla produktów odzwierzęcych urosła o 50 proc., w tym aż 179 proc. w przypadku zamienników mięsa. To świetnie, ale mnogość wyboru wcale nie pomaga mi zostać weganinem.

O tym, że jako cywilizacja powinniśmy ograniczyć spożycie mięsa, by ratować to, co jeszcze zostało z naszej planety, przekonywać dziś trzeba tylko ludzi o poglądach jak Łukasz Warzecha, zdaniem których klimat się zmienia, ale to nie wina ludzi, więc najlepiej nic z tym nie róbmy. Koniec końców – i tak wszyscy umrzemy.

Produkcja mięsa i nabiału odpowiada za gros emisji CO2, wylesianie puszczy pod uprawy paszy dla bydła i – może przede wszystkim – niewyobrażalne cierpienie zwierząt. A wszystko to w imię galopującego konsumpcjonizmu i świętego prawa do zagryzienia wódki kiełbasą.

Nie da się jednak ukryć, że trudno porzucić budowane przez całe życie przyzwyczajenia. W kraju golonką i rosołem na kurze płynącym, niejedzenie mięsa to prawie taka sama abstrakcja jak rozdział kościoła od państwa czy równość dla osób LGBT – not gonna happen. Dlatego w przekonywaniu ludzi do niejedzenia produktów odzwierzęcych miały pomóc ich roślinne zamienniki, do złudzenia przypominające produkty, do których ludzie przywykli; roślinny burger, wege gyros, masło bez nabiału, etc.

I chociaż tych roślinnych zamienników jest na rynku coraz więcej, tak jakoś nie widzę, żeby pomogły mi one zostać weganinem.

Roślinnych zamienników jest coraz więcej.

Osobiście ostatni raz mięso do domu kupiłem ponad 3 lata temu i do tamtej pory nie oglądałem się za siebie. Wiadomo, jestem tylko słabym człowiekiem, więc zdarzy mi się wyskoczyć raz na kilkanaście tygodni na burgera, albo zjeść schabowego u teściowej, której nie udało mi się dotąd przekonać, że bez mięsa można żyć. W domu jednak odżywiam się w 100-proc. wegetariańsko i z miesiąca na miesiąc staram się coraz silniej ograniczać wszelkie produkty odzwierzęce w moim życiu. W wieku prawie 30 lat człowiek dochodzi do wniosku, że istnieje spory margines hipokryzji w miłości do zwierząt domowych, jeśli jednocześnie spożywa się zwierzęta hodowlane, toteż uznałem, że miło by było z tym skończyć. Zwłaszcza że człowiek do życia nie potrzebuje ani mięsa, ani nabiału (naprawdę, nie zmyślam).

Beyond Burger 2021

Spędziwszy jednak 18 lat życia w domu rodzinnym, gdzie fundamentem diety była grubo posmarowana masłem kanapka z serem, a niedzielnym śniadaniem zawsze jajecznica z kiełbasą, nie jest łatwo porzucić budowane od dziecka nawyki. O ile do mięsa nie tęsknię wcale, tak dla sera czy jajek nie znalazłem jeszcze zastępstwa – za bardzo je lubię, a może raczej: za bardzo jestem do nich przyzwyczajony. I dlatego z wielką nadzieją patrzyłem na upowszechnianie się roślinnych zamienników. Gdy odstawiłem mięso 3 lata temu, „wegański ser” praktycznie nie istniał. Dziś w każdym pobliskim sklepie mam do wyboru co najmniej trzy rodzaje. Do tego dochodzą wegańskie zamienniki margaryny, roślinne serki do smarowania, nie mówiąc o miriadach zamienników mięsa, od burgerów, przez gyros, po klopsiki i kurczaka. Nawet mleko ma już swój zamiennik, imitujący smak i teksturę wydzieliny z krowich wymion.

Jest w czym wybierać, a też z tegorocznego raportu GfK Polonia jasno wynika, że Polacy chętnie próbują tych nowości. W pierwszym półroczu 2021 r. sprzedaż wege-zamienników wzrosła o 50 proc., a w przypadku samego mięsa o 179 proc. To kapitalne wieści i nadzieja na to, że więcej rodaków zasmakuje życia bez golonki.  O ile jednak bardzo się cieszę z tych wzrostów i coraz większej możliwości wyboru, tak nie ukrywam, że w moim przypadku ów większy wybór niczego nie zmienił.

Roślinne zamienniki są albo niezdrowe, albo niedobre, albo horrendalnie drogie.

Sprawdzam regularnie wszystkie roślinne zamienniki. Gdy tylko widzę coś nowego z tej kategorii w którymkolwiek sklepie, wkładam produkt do koszyka. I w co najmniej 8 przypadkach na 10 jestem skrajnie rozczarowany.

Zacznijmy od tego, że pomimo wzrostu popularności roślinne zamienniki nadal są drogie. Nieporównywalnie droższe od odzwierzęcych produktów, które mają zastąpić. To z pewnością się zmieni na przestrzeni lat, ale na ten moment za 500g margaryny płacę 4 zł, a za 250g zamiennika prawie 10 zł. Za 8 zł mogę kupić 6 plasterków bezmlecznego sera. A za małą buteleczkę „mleka” mógłbym kupić trzy kartony mleka. Ok, te ceny może są akceptowalne dla singla z Warszawy, ale na pewno nie dla statystycznej rodziny z dwójką/trójką dzieci. Średnia krajowa nie wystarczy, żeby wyżyć na roślinnych zamiennikach.

wegańskie jajko
Roślinny zamiennik jajek

Drugi powód jest taki, że na roślinnych zamiennikach możemy długo nie pożyć, bo w wielu przypadkach są one koszmarnie niezdrowe. Znakomita większość zamienników mięsa ma więcej tłuszczu od prawdziwego mięsa, zawiera ogrom soli i jest silnie przetworzona. Po stronie zamienników nabiału bywa jeszcze gorzej; ostatnio np. zakupiłem zamiennik margaryny, który zawierał więcej tłuszczu od margaryny (!), w jednej porcji zaspokoił moje dzienne zapotrzebowanie na sól, a do tego zawierał sporą dozę cukru. Oczywiście istnieją zamienniki, które są równie zdrowe lub zdrowsze od prawdziwego mięsa czy nabiału, ale tu wracamy do punktu nr. 1 – to nadal nie są produkty na kieszeń przeciętnego Polaka.

W końcu dochodzimy też do najmniej ważnego z punktu widzenia ekologii, ale najważniejszego z punktu widzenia decyzji zakupowych argumentu – smaku. Większość zamienników smakuje okropnie, albo nie ma smakowo nic wspólnego z produktem, który próbuje zastąpić. Kiedy kupuję roślinny zamienni sera, oczekuję konkretnego posmaku i tekstury. Tymczasem mam wrażenie, że większość producentów ogranicza się do kopiowania kształtu prawdziwego produktu, a jakie będzie w smaku, to kto by się tym przejmował. Widziałem już wszystko: „szynkę” o posmaku lateksowej rękawiczki, „parówkę” o posmaku kartonu (nie żeby te prawdziwe były lepsze, ale jednak), „gyros” o konsystencji gumy do żucia czy „mleko” o smaku najpodlejszej odżywki białkowej. A to tylko wierzchołek góry lodowej.

Just Egg - roślinny zamiennik jajek
Just Egg - roślinny zamiennik jajek

Faktem pozostaje jednak, iż większość roślinnych zamienników, które sprawdzałem, nie przekonały ani nie pomogły mi porzucić produktów roślinnych. Czy to ze względu na smak, cenę czy skład – „prawdziwy” produkt okazywał się być lepszy, tańszy i zdrowszy. A mimo wszystko walka o dobro zwierząt i planety nie powinna odbywać się kosztem własnego zdrowia.

Najlepszą opcją pozostają rośliny. Te prawdziwe.

Zdaję sobie sprawę, że weganie czytający ten tekst właśnie przewracają oczami i kręcą głową. Przecież żeby nie jeść mięsa, wystarczy jeść rośliny, głuptasku. I ja to szanuję, a nawet podziwiam – podziwiam każdego, kto był w stanie uwolnić się z jarzma mięsno-nabiałowych przyzwyczajeń i zastąpić każdy znany sobie produkt owocem, warzywem lub strąkiem. Naprawdę podziwiam. To najlepsza i najzdrowsza opcja, a każdy, kto twierdzi, że na takiej diecie nie da się żyć, powinien wpisać w Google'a hasło "wegańscy sportowcy" i spłonąć ze wstydu (względnie: doedukować się i przyznać do błędu).

Osobiście jednak jestem na to (jeszcze) za słaby, tak jak podejrzewam większość polskiej populacji, wychowanej w rytm sloganów pokroju „pij mleko, będziesz wielki” czy „pewne jest jedno: polskie mięso”. Walka z kryzysem klimatycznym i dobro zwierząt to jedno, a programowanie społeczne to drugie. Roślinne zamienniki grają więc kluczową rolę w przekonaniu większości, że wbijane im do głów przekonanie, że mięso jest niezbędne do życia, to nic więcej jak stek bzdur.

Póki jednak będą one drogie, niedobre i niezdrowe, nie ma co liczyć na to, że na dłuższą metę przekonają większość do porzucenia nawyków. Mnie na pewno nie przekonały i raczej nieprędko się to zmieni.