Ekologia  / Artykuł

Ile można zepsuć przez 4 lata? Ekolodzy płaczą ze szczęścia, że Trump odchodzi

Picture of the author

Przegrana Donalda Trumpa w wyścigu o fotel prezydencki Stanów Zjednoczonych to bez wątpienia dobra wiadomość dla ekologów. Były prezydent USA nie zrobił wiele dobrego dla środowiska. Wręcz przeciwnie.

Okres rządów Donalda Trumpa zaowocował wieloma kontrowersyjnymi decyzjami w sprawie ochrony środowiska. Najważniejszą z nich było ogłoszenie wycofania się Stanów Zjednoczonych z tzw. Porozumienia Paryskiego. Trump zresztą tego zamiaru nigdy nie ukrywał - deklarował, że to zrobi już w połowie 2017 r.

Trump nie wierzył w globalne ocieplenie

Traktat zakładał jednak, że kraj, który zechce się wycofać z ustaleń dokonanych w Paryżu, musi odczekać trzy lata, zanim będzie mógł dokonać tego formalnie. Do oficjalnego wystąpienia Stanów Zjednoczonych z Porozumienia Paryskiego doszło 4 listopada 2020 r., co można uznać za nieco kontrowersyjne, albowiem było to już po wyborach prezydenckich (jednak przed ogłoszeniem oficjalnych wyników), które Trump przegrał.

Trumpowi nie sposób jednak odmówić konsekwencji, jeśli chodzi o lekceważenie kwestii dotyczących ochrony środowiska. Przez cały okres sprawowania urzędu prezydenta Stanów Zjednoczonych nazywał on ekologów prorokami zagłady, a wszelkie ostrzeżenia przed globalnym ociepleniem określał mianem bzdur czy też po prostu chińską mistyfikacją.

Inne kontrowersyjne obietnice byłego prezydenta USA

Do tego w trakcie zeszłorocznej kampanii, były już prezydent USA zapowiadał na przykład, że po wygranej zlikwiduje ustawę Clean Power Act. Uchwalona za czasów Baracka Obamy miała na celu ograniczenie zanieczyszczenia powietrza (chodziło głównie o smog) o 25 proc. dzięki zastosowaniu nowych technologii w elektrowniach.

Na jednym z wieców wyborczych Trump całkiem poważnie stwierdził również, że nie ma sensu utrzymywać Agencji Ochrony Środowiska (Environmental Protection Agency) i że po wyborach trzeba będzie ją zlikwidować. Razem ze wszystkimi ustanowionymi przez nią normami i przepisami dotyczącymi ekologii.

Brzmi jak absurd, ale to prawda. Naukowcy i aktywiści ostrzegali, że zrealizowanie tego scenariusza oznaczałoby na przykład ponowne zalegalizowanie metod utylizacji związków chemicznych zawierających rtęć polegających na beztroskim spuszczaniu ich do rzek i zbiorników wodnych.

Były prezydent odgrażał się również, że po wygranej postara się wstrzymać wszystkie programy finansowania odnawialnych źródeł energii. Zresztą to właśnie za kadencji Trumpa doszło do sytuacji, w której poszczególne stany same zaczęły narzucać sobie bardziej restrykcyjne normy dotyczące środowiska bez oglądania się na poczynania Białego Domu.

Eksperci wyliczyli, że propozycje Trumpa dotyczące środowiska, zaowocowały emisją dodatkowych 3,4 mld ton CO2 w porównaniu do programu proponowanego przez Hilary Clinton, która w 2016 r. przegrała z nim wyścig o fotel prezydencki.

Ten etap Stany Zjednoczone mają już za sobą. Joe Biden, następca Trumpa, w swojej kampanii wiele razy podkreślał, że ekologia i walka ze zmianami klimatycznymi to bardzo ważne kwestie, którymi zamierza zająć się co najmniej w tym samym stopniu co Barack Obama. Niedługo przekonamy się, jak wiele z tych deklaracji zostanie przekutych w realne działania i czy Stany Zjednoczone pod nowym kierownictwem dołączą ponownie do Porozumienia Paryskiego.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst