Gry  /  Felieton

Stadia zrobi z rynkiem gier to, co Spotify zrobił z muzyką, a Netflix z kablówką

Picture of the author

Stadia to kolejny dowód na to, że streaming zrobi z rynkiem gier wideo dokładnie to samo, co Spotify zrobił z muzyką czy Netflix z kablówką. Tyle że raczej jeszcze nie teraz. Bo cudów Stadia też nie realizuje.

Stadia to trzecia z kolei usługa streamingowa dla gier debiutująca w naszym kraju – po GeForce Now i Xbox Game Pass. W pewnym sensie najciekawsza. Bo, wbrew temu, co próbuje udowodnić Google, firma ta nie ma żadnego doświadczenia w grach wideo. W przeciwieństwie do Microsoftu i Nvidii.

Co prawda na wirtualnym spotkaniu z dziennikarzami przedstawiciele Google’a próbowali nam udowodnić, że Google i gry wideo są jednością od lat. Argumentem na to ma być jednak Sklep Play z grami na Androida. A to… nieco inny model i rynek od gier typowych dla PC i konsol. Nastawiony na innego gracza i inny model biznesowy. Stadia ma jednak jeszcze jedną rzecz, jeszcze ciekawszą. I problematyczną

Usługa funkcjonuje całkowicie samodzielnie. Dostępna w Polsce konkurencja każdemu użytkownikowi proponuje alternatywę. GeForce Now zawiera gry z platform Steam, Epic i Uplay. Xbox Game Pass to gry z platformy Xbox. U obu możemy grać offline i w streamingu. Stadia to tylko streaming.

Na szczęście ów streaming działa świetnie.

W ramach testów nie otrzymaliśmy od Google’a dedykowanemu Stadii sprzętu – dongla czy kontrolera. Po prawdzie nie jest on potrzebny, bowiem do zabawy ze Stadią wystarczy przeglądarka Chrome tudzież urządzenie z Androidem. Stadia jest też zgodna z Chromecastem, co nieco niweluje kompromitujący brak dedykowanej aplikacji na Android TV.

Nie miałem więc okazji przetestować bardzo ciekawego pomysłu Google’a, jakim jest bezpośrednie wpięcie gamepada do sieci bezprzewodowej, z pominięciem pośrednika w formie telefonu bądź komputera. W usługach streamingowych niezwykle ważna jest redukcja input laga (opóźnień reakcji gry na polecenia z kontrolera) do minimum. Ja bawiłem się głównie w przeglądarce Chrome, z kontrolerem podłączonym do PC.

I jak było? Zdecydowanie powyżej oczekiwań, choć nie zaskakująco dobrze.

Przez bardzo długi czas nie wierzyłem w streaming gier. A raczej uważałem, że to technologia przyszłości, a nie teraźniejszości. Gry wideo to bardzo specyficzny rodzaj rozrywki, w którym nie ma miejsca na jakiekolwiek problemy sieciowe.

Stadia, tak jak inne usługi streamingowe, przetwarza całą logikę gry w chmurze, ograniczając nasz sprzęt do roli urządzenia wyświetlającego wideo z gry i wysyłającego sygnały z kontrolera. Z jednej strony oznacza to, że nawet najtańszy objęty wsparciem technicznym Chromebook wystarczy do zagrania w obecnego w ofercie Stadii Cyberpunka 2077. Ale też to oznacza, że każdy sygnał z gamepada musi dotrzeć do centrum danych Google’a, być przetworzony, a owo centrum musi dostarczyć kolejną klatkę obrazu do naszego urządzenia. 60 razy na sekundę, bez opóźnień.

Nie wierzyłem, że to będzie działać już dziś, na naszych łączach. Problem w tym, że… działa. Choć Stadia mnie tu akurat przesadnie nie zaskoczyła. Zrobiły to GeForce Now i Xbox Game Pass, które również działają bardzo dobrze. Przynajmniej na łączu UPC w domu i T-Mobile LTE poza nim.

Co to znaczy, że Stadia działa dobrze?

Ano właśnie. Dobrze oznacza wspomniane wcześniej powyżej oczekiwań. A to z kolei oznacza, że jakość obrazu i input lag w żadnym razie przesadnie nie uprzykrzają zabawy. Nie miałem żadnego problemu z zabawą w gry wymagające refleksu pokroju strzelanek czy wyścigów arcade. Strumień bardzo często przekazuje sygnał w pełnym Ultra HD, zaś input lag nie sprawiał, że co chwila przegrywałem z oponentami. Dla osoby postronnej obserwowanie kogoś bawiącego się Stadią niczym się nie różni od kogoś siedzącego przed komputerem z grą ze Steama. Nie mogę jednak powiedzieć, by różnic względem lokalnej gry nie było.

Jestem entuzjastą świata RTV, więc gram na porządnym sprzęcie. Jakość obrazu i dźwięku ma dla mnie znaczenie większe niż typowego, kierującego się zdrowym rozsądkiem konsumenta. No i nie mogę powiedzieć, by gry na Stadii brzmiały i wyglądały tak, jak na moim Xbox Series X. Algorytm kompresji wykorzystany przez Google’a jest bardzo dobry. Ale nie genialny. Dźwięk, choć oferowany nawet w systemie 5.1, jest ciut spłaszczony i pozbawiony dynamiki. Że o precyzji pozycjonowania go w przestrzeni na poziomie Dolby Atmos nawet nie wspomnę.

Podobnie z obrazem – niby Ultra HD, ale jednak widać artefakty kompresji, mniejszą dynamikę kolorów czy brak pewnej szczegółowości. Właściwie to bardzo przypomina to to, co oferuje YouTube, gdzie nawet filmy w 4K z HDR nie wyglądają tak dobrze jak powinny.

A jak input lag? Całkiem znośny. Zdecydowanie nie jest to responsywność Xboxa Series X i to czuć niemal od razu jak się jest przyzwyczajonym do takiego poziomu. Przyrównałbym to do grania na telewizorze z wyłączonym Trybem Gry. Jest ciut ociężale, jednak chwila przyzwyczajenia i idzie o tym zapomnieć.

Czyli tak samo, jak na Xbox Game Pass i GeForce Now.

Problem Stadii nie leży w jakości realizowanej usługi.

Ta działa równie dobrze jak konkurencja. Być może ciut lepiej albo ciut gorzej – trudno powiedzieć bez jakiegoś laboratoryjnego testu, na który się jeszcze nie zdecydowałem. To tak jak porównywać jakość strumienia Netflixa i Prime Video – fachowa analiza wykaże pewne niuanse w jakości obrazu i dźwięku, ale dla zwykłego telewidza jest to w praktyce bez znaczenia.

Dużo ciekawszym porównaniem jest tu oczywiście Stadia kontra Xbox, PlayStation i Steam. Tu różnice są dużo wyraźniejsze. Sygnał z domowej konsoli bądź komputera nie jest poddawany kompresji, więc obraz i dźwięk są nieco lepszej jakości. Responsywność kontrolera też jest odczuwalnie wyższa. Nie jest to różnica niebo a ziemia, jednak przesiadając się z jednej platformy na drugą zdecydowanie odczuwalna.

Pytanie brzmi: czy ma to jakieś znaczenie? Dla mnie tak, ale moim zdaniem dla większości… nie.

Ja należę do tych wariatów, którzy nadal kupują filmy i seriale na płytach. Nabyłem drogą kupna nawet kolejne sezony Westworld na Blu-ray UHD, mimo iż posiadam aktywny dostęp do HBO Go. Bo jakość obrazu i dźwięku z płyt jest bezsprzecznie wyższa niż z jakiegokolwiek streamingu. Ale, no właśnie, jestem wariatem. Rynek dystrybucji treści na nośniku fizycznym kurczy się w niesamowitym tempie. Entuzjaści nadal kupują płyty. Normalsi płacą Netflixowi i HBO, bo są tańsze i nieporównywalnie wygodniejsze. A że dźwięk i obraz są poddane kompresji? Mało kogo to obchodzi.

Jestem przekonany, że podobnie będzie ze streamingiem gier. Ja i grupka entuzjastów będziemy dalej wrzeszczeć na chmury, bo jakością będą odstawać od przetwarzania lokalnego. Większość jednak będzie miała to tam, gdzie plecy kończą swoją szlachetną nazwę. Audio CD i BD-Video przegrywają ze Spotify i Netflixem. Podobną przyszłość widzę dla rynku gier lokalnych. Atuty streamingu w ramach Stadii i jej konkurencji są bowiem niepodważalne: błyskawicznie uruchamiamy najnowszą grę nawet na tanim Xiaomi i Chromecastem podajemy ją dalej na telewizor lub gramy na telefonie. Pstryk, klik i działa. W jakości ciut gorszej, ale działa.

Zresztą najbardziej otwarła mi oczy wizyta u dobrego kolegi, gracza. Który swego czasu nawet bawił się amatorsko w e-sport, więc kwestie input laga ma w głowie ogarnięte. Podczas wizyty zorientowałem się, że jego telewizor podłączony do PlayStation działa w trybie filmowym zamiast trybu gry. A więc z input lagiem na poziomie 130 ms zamiast 15 ms. Nie chciał zmieniać, bo ładniejszy obraz jest właśnie na trybie film. W nosie miał input lag. I mu on w niczym nie przeszkadzał, by przetrzepać mi skórę w Tekkena.

Wydaje mi się jednak, że rewolucja streamingu nastąpi „jutro” zamiast „dziś”. A to problem dla Stadii.

Streaming gier to nadal sprawa rozwojowa. Dużo osób będzie musiało się przekonać że to działa – nieufność względem takich usług jest zrozumiała i wysoka. Nie da się też nie zauważyć różnic w jakości w porównaniu do gier przetwarzanych lokalnie. Nawet jeśli mam rację i streaming przejdzie do gamingowego mainstreamu, to ten proces nieco potrwa. Dlatego też wydaje mi się, że konkurencja lepiej przemyślała swoje usługi.

Jak bowiem działa GeForce Now? W zamian za niewysoki abonament pozwala na zabawę na dowolnym zgodnym urządzeniu z wybranymi, kupionymi przez nas grami z platform Steam, Epic i Uplay – które również możemy ograć offline na PC, bez dopłat. Jak działa Xbox Game Pass? W zamian za abonament możemy ograć kilkaset tytułów z platformy Xbox – w które bez dopłat możemy zagrać offline na PC bądź konsolach Xbox. A jak działa Stadia?

Na Stadii kupujemy gry. Tak jak na Xboksie czy PlayStation. Po zakupie takiej gry w cenie tej samej co na inne platformy możemy grać w takową grę bez ograniczeń, na dowolnym zgodnym ze Stadią urządzeniu. Ale nie możemy w nią zagrać na niczym innym. Gry zakupione na Stadii działają tylko na Stadii – nie zagramy w nie offline na PlayStation, Xboksie bądź PC.

Przedwczesne wizjonerstwo.

Wydaje mi się, że świat nie jest jeszcze gotowy na przejście wyłącznie na streaming. Ot, prosty przykład: hipotetycznie nastąpi kolejny pandemiczny lockdown. Znowu większość z nas będzie pracować w domu obciążając domowe rutery łącznością ze służbowymi serwerami. Dzieciaki chcą pograć na Stadii, ale… nie mogą. Za duże opóźnienia, za duże lagi. Łączność dziś średnio działa. Sorki dzieci, nie ma grania dziś. Może bajka na YouTube?

Świat techniki cały czas się rozwija i nie mam żadnej wątpliwości, że niedługo trudno będzie znaleźć miejsce bez dostępu do Internetu o przepływności na poziomie 5G. Jestem przekonany, że rosnąca przepustowość konsumenckich łącz zredukuje do minimum potrzebę kompresji obrazu i dźwięku i sieciowe opóźnienia wpływające na input lag. To jednak dopiero przed nami, a Stadię Google proponuje nam już dziś.

Odnoszę wrażenie, że jest to w efekcie najmniej atrakcyjna z ofert streamingowych. Konkurencja w mojej ocenie wymyśliła to lepiej. U Nvidii czy Xboxa (a także w niedostępnym w naszym kraju PlayStation Now) streaming traktowany jest jako uzupełnienie oferty. Graj na PC, graj na konsoli – a jeśli teraz nie możesz, to mamy dla ciebie dodatek w formie streamingu. Na Stadii streaming jest preferowaną i jedyną opcją.

Coś jak z Chrome OS.

Bardzo mi to przypomina sytuację z Chrome OS. System operacyjny Google’a stawiający wyłącznie na aplikacje webowe trafił na rynek 9 lat temu. Żartów z jego prymitywizmu nie było końca. Po co Chrome OS, skoro nawet darmowe Ubuntu ma lepszą ofertę programową? Na co to komu? Jasne, jest szybki, prosty i bezawaryjny, ale to tylko przegladarka. Bezużyteczne.

Niemal dekadę później i większość aplikacji tworzonych jest głównie w oparciu o technologie webowe – przynajmniej tam, gdzie to jest możliwe. Android, Windows, macOS – istotna część dostępnych na te systemy aplikacji nie różni się w zasadzie niczym, z kodem źródłowym włącznie, od tak zwanych aplikacji natywnych. Nowości do aplikacji Microsoft 365, w tym Office, najpierw trafiają do wersji webowych, a dopiero potem na poszczególne systemy. Sceptykom wątpiącym w potęgę aplikacji webowych zachęcam do sprawdzenia webowego Adobe Lightroom.

Systemy operacyjne – tak jak twórcy Chrome OS-a przewidzieli – coraz bardziej tracą na znaczeniu, przynajmniej na rynku masowym. Coraz częściej odgrywają rolę zwykłej powłoki interfejsu, stanowiącej łącznik między użytkownikiem, posiadanym przez niego sprzętem a aplikacją, której większość kodu i tak hostowana i przetwarzana jest w chmurze. Chrome OS-em dziś inspiruje się konkurencja, z Windowsem 10X na czele. Już dawno nikt z niego nie drwi.

Podobnie patrzę na Stadię. To przejaw wizjonerstwa Google’a. Stadia, GeForce Now czy Xbox Game Pass to Netflix, Prime Video i HBO Go rynku gier. Biorąc pod uwagę dzisiejszy wysoki poziom techniczny Stadii nie mam wątpliwości, że będzie świetnym miejscem dla graczy. Na razie jednak pozostanę z Xboxem.

To tam mam nakupowanych większość gier, w które na Stadii nie zagram bez płacenia za nie ponownie. Tam również mam streaming. Tam mam gry nie tylko w streamingu, ale również offline. Stadia nie ma i mieć nie będzie argumentów, by mnie czy istotną część z was przekonać do przesiadki. Ma jednak gigantyczny potencjał, by stać się gamingowym gigantem. Tyle że „jutro” – bo zdecydowanie jeszcze nie „dziś”.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst