Foto  / Artykuł

Internauci podają mema bez podania źródła. Stowarzyszenie Fotoreporterów rozsierdzone

Internauci udostępniają zdjęcie posłanki wystawiającej środkowy palec, Stowarzyszenie Fotoreporterów mówi: „co za ignorancja!”. Walka o prawa autorskie w internecie przypomina walkę z wiatrakami.

Jeśli zdarza się wam zanurzyć w facebookowym (opcja lżejsza) lub w twitterowym (tylko dla twardzieli) piekiełku politycznym, na pewno waszej wadze nie umknęło słynne zdjęcie posłanki Lichockiej i jej środkowego palca.

I tak oto rozpętała się kolejna polityczna wojenka. Posłanka mówiła o manipulacji i niefortunnych stopklatkatkach, opozycja odpowiadała zdjęciami i filmami udowadniającymi, że był to celowy, wulgarny gest.

Wybaczcie ten polityczny wstęp, ale był on niezbędny do nakreślenia obrazu tego, co działo się później.

Stowarzyszenie Fotoreporterów mówi: co za ignorancja!

Zdjęcie posłanki szybko stało się memem, a internauci zaczęli je udostępniać na takiej właśnie zasadzie. Zapewne większość osób wie, że fotografia musiała mieć autora i jest objęta prawami autorskimi, ale jako że była udostępniana wszędzie i przez wszystkich (ba, była nawet drukowana w wielkim formacie), kwestie prawne nie zaprzątały głowy osób biorących udział w politycznym sporze.

Aż do momentu, kiedy tematem zainteresowało się Stowarzyszenie Fotoreporterów. Stowarzyszenie we wpisie na Facebooku podkreśliło, że udostępnianie zdjęć jest ignorancją i boli szczególnie, jeśli zdjęcia zamieszczają dziennikarze. Fotografie posłanki wykonali fotoreporterzy: Maciej Jaźwiecki z Gazety Wyborczej i Tomasz Jastrzębowski z agencji fotograficznej Reporter, ale na dziesiątkach udostępnień zdjęć na Twitterze i Facebooku próżno było szukać tej informacji.

I rozpętała się burza.

Pod wpisem na Facebooku widać dwie strony. Fotoreporterzy słusznie domagają się swoich praw przytaczając podstawy prawne.

Zarządcy stron na Facebooku odbijają piłeczkę i przytaczają niepodpisane zdjęcia umieszczone na stronie Stowarzyszenia Fotoreporterów. Jednocześnie piszą o tym, że „znaleźli zdjęcie w internecie”:

„Oczywiście podpiszę, tylko proszę wstawić te zdjęcia i przedstawić autorów konkretnie, które zdjęcie, czyjego jest autorstwa (…) nie trzeba nas straszyć procesami, wystarczy tylko konkretne info, który pan jakie zdjęcie wykonał”.

Stowarzyszenie Reporterów odpowiada:

„Są narzędzia do wyszukiwania autorów zdjęć. Trzeba tylko chcieć skorzystać”.

I taka dyskusja toczy się już od kilku dni.

Obie strony mają rację i jednocześnie jej nie mają. Po pierwsze, podpis i tak na ogół nie wystarczy.

Stowarzyszenie Fotoreporterów twierdzi, że przy udostępnianiu fotografii wystarczy podpis autora i informacja o pochodzeniu zdjęcia. To nie musi być prawdą. Organ, do którego należą autorskie prawa majątkowe wcale nie musi zgodzić się na możliwość udostępniania zdjęć w zamian za podpis, a już zwłaszcza nie za darmo.

Podam przykład: moje zdjęcia pojawiają się na Spider’s Web, ale to nie znaczy, że konkurencyjny serwis może je umieścić u siebie z uwzględnieniem podpisu. Nie można ich wykorzystywać do ilustracji własnych artykułów, chyba że zainteresowany uzyska na to zgodę.

Po drugie, rozgraniczmy zamieszczanie zdjęć i udostępnianie materiałów.

Jeżeli pobierzesz zdjęcie ze strony Gazety Wyborczej i zilustrujesz nim swój wpis w mediach społecznościowych, najpewniej łamiesz prawa autorskie i możesz spodziewać się konsekwencji. Taka sytuacja jest jednoznaczna. Pamiętajmy jednak, że media społecznościowe mają wbudowany mechanizm udostępniania materiałów, które opublikował ktoś inny wewnątrz serwisu. Działa to zarówno na Facebooku jak i na Twitterze i nie łamie praw autorskich.

Podam przykład: na profilu Spider’s Web na Twitterze pojawia się zajawka artykułu z moim zdjęciem w nagłówku. Możesz ją udostępnić korzystając z opcji wbudowanej w Twittera. I choć na twoim profilu pojawi się miniaturka wpisu razem ze zdjęciem, to jest to całkowicie legalne.

Można pójść krok dalej i zamieścić wpis z Facebooka, Instagrama, Twittera, czy YouTube’a na stronie internetowej, korzystając z opcji osadzania wpisu. Taki zabieg również nie łamie praw autorskich. Panuje zasada, że jest to forma reklamy, bo choć treści nie mają żadnego podpisu, to użytkownik widzi profil, z jakiego pochodzą i może do niego przejść po jednym kliknięciu.

Prawo autorskie trzeba szanować, ale nie można bić na oślep w każdego internautę.

A już zwłaszcza w takiego, który jedynie udostępnia wpis stworzony przez kogoś innego. Pójście na wojnę z osobami, które udostępniają treści z fanpejdża oznacza pójście na wojnę z całym Facebookiem i jego regulaminem. Jeśli Stowarzyszenie Fotoreporterów zamierza kogoś ścigać, to lepiej skupić się na administratorach stron, którzy są pierwotnym źródłem udostępnień.

Problem ze zdjęciami ma jedno proste rozwiązanie, ale jest już za późno ja jego wdrożenie.

Przyjrzyjmy się przez chwilę YouTube’owi. Każde wideo umieszczone w tym serwisie można udostępnić i osadzić na zewnątrz bez łamania praw autorskich. Dzięki takim zabiegom autor zyskuje odsłony, rozpoznawalność, a w efekcie również wyższe zarobki.

Podobny system w przypadku zdjęć działa np. w serwisie Flickr, gdzie również można udostępniać zdjęcia na zewnątrz. Przykład znajdziecie poniżej.

The landing

Fotografia jest udostępniona w ramce Flickra, a po najechaniu na nią kursorem pojawia się informacja o autorze, na profil którego możemy łatwo przejść. To nieinwazyjne, bardzo estetyczne i całkowicie legalne rozwiązanie.

Chciałbym zobaczyć podobną platformę do udostępniania zdjęć działającą na poziomie całego internetu, czyli możliwą do zaimplementowania chociażby na stronach agencji fotograficznych. Niestety obawiam się, że rozdrobnienie na rynku fotografii jest zbyt duże, by udało się wprowadzić podobny system. A szkoda, bo mogłoby to rozwiązać wiele problemów, a jednocześnie autorzy mogliby wypracować zupełnie nowe metody zarobku na zdjęciach.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst