Tech  / Felieton

HoverReader dla Chrome, czyli rozszerzenie o którym prawdopodobnie nie powinienem Wam mówić

Od kiedy zebrałem swój zestaw kilkudziesięciu rozszerzeń do przeglądarki oraz aplikacji stacjonarnych i mobilnych, już nie zdarza mi się impulsywnie zainstalować jakiejś nowej pozycji po przeczytaniu zaledwie krótkiego opisu. Trafiłem jednak na HoverReader do przeglądarki Google Chrome i od razu się w tym dodatku zakochałem. Jestem pewien, że Wam też przypadnie on do gustu.

Pracując na komputerze chcę korzystać z większych możliwości, jakie daje mi duża przestrzeń robocza i klasyczny system operacyjny. Po to mam menu kontekstowe wywoływane prawym kliknięciem i skróty klawiature, żeby z nich korzystać. Możliwość otwierania wielu kart i okien jednocześnie oraz przeskakiwanie między nimi dramatycznie zwiększa moją produktywność, gdy przesiadam się z gołego tabletu na laptopa z podpiętymi peryferiami i monitorem.

Klasyczny system operacyjny to też dostęp do rozszerzeń dla przeglądarek.

chrome web store

Dla osób, które wykorzystują urządzenia elektroniczne do konsumowania treści i komunikacji przez e-maila i Facebooka, nawet system mobilny na dużym ekranie może być wystarczający. Spokojnie też poradzi sobie z potrzebami tej grupy użytkowników dowolna nowoczesna przeglądarka internetowa - Internet Explorer, Chrome, Firefox lub Safari. Jeśli ktoś jednak wykorzystuje swój sprzęt aktywniej, to z pewnością doceni wszelkiej maści rozszerzenia.

Takim dodatkiem, którego próżno szukać na urządzeniach mobilnych, a usprawnia i przyspiesza pracę jest HoverReader. Owszem, nie jest to wcale nowatorskie rozwiązanie, ale połączenie dwóch innych typów dodatków do przeglądarki do przeglądarki, ale bardzo żałuję, że trafiłem na nie dopiero teraz. Rozszerzenie okazało się to strzałem w dziesiątkę i od razu się z tym narzędziem polubiłem.

Dwa w jednym

HoverReader pozwala szybko zapoznać się z linkowanym w sieci tekstem. Po najechaniu (“Hover”) na link do artykułu wyświetlana jest jego treść (“Reader”) w małym okienku typu pop-up. Dodatek tym samym przywodzi na myśl inne, również świetne rozszerzenie o nazwie HoverZoom - dzięki temu dodatkowi po najechaniu na miniatury obrazków w sieci w przeglądarce wyświetlana jest nad aktualnie przeglądaną stroną www.

Jak jednak wspomniałem, HoverReader czerpie też inspirację z innego typu rozszerzeń. Chodzi o wszelkiej maści dodatki pozwalające na ogołocenie tekstu czytanej aktualnie strony internetowej, jak Readability albo Pocket. Treść w okienku zostaje “wyciągnięta” ze strony docelowej i prezentowana jest użytkownikowi już w “czystej” formie. To, po raz drugi, nic nowego. Co jest więc w HoverReader takiego fajnego?

To proste: minimalizacja liczby kroków potrzebnych na zapoznanie się z treścią.

hover reader chrome web store

Nie muszę już dodawać “w ciemno” artykułu do Pocketa po przeczytaniu tytułu; nie muszę też otwierać nowej karty, co wymuszałoby kilka dodatkowych kliknięć i odrywałoby mnie od przeglądania feedly lub tablicy na Facebooku. Teraz wystarczy, że najadę na link kursorem i mogę zapoznać się z treścią tekstu (a także sprawdzić orientacyjnie objętość) i dopiero po tym zadecydować, czy warto zapoznać się z nim w całości od razu lub nieco później.

Owszem, specyfika mojej pracy wymaga zapoznawania się z dziesiątkami, jeśli nie setkami tekstów dziennie. Czyta w sieci jednak każdy, a Facebook i Twitter codziennie zalewane są linkami udostępnianymi przez naszych znajomych. Każdy z nas ma też coraz większy deficyt czasu, więc możliwość znacznie szybszego zapoznania się z treścią z pewnością jest czymś, co doceni każdy internauta.

Jak to działa w praktyce?

Po przeczytaniu opisu obawiałem się jednak, że to rozwiązanie będzie użyteczne tylko w teorii. W opisie rozszerzenia wymieniona jest bowiem długa lista źródeł, głównie anglojęzycznych, które są obsługiwane. Co jednak z innymi stronami, co z materiałami po polsku? Instalowanie dodatku nie miałoby sensu, jeśli po najechaniu na link miałbym małą szansę, że okienko z wyciągniętym tekstem się pojawi. Wspomniany wyżej HoverZoom sobie z tym radzi świetnie, a co z HoverReaderem?

Na szczęście HoverReader jest napisane tak, że radzi sobie również ze źródłami spoza wymienionych na liście w opisie - nawet nasz Spider’s Web jest obsługiwany i nie potrzeba żadnych działań ze strony twórców stron www. Z HoverReader korzystam dopiero od dwóch godzin, ale jak na razie radzi sobie z wyciąganiem treści całkiem nieźle i większość prób zakończyła się powodzeniem. Co więcej, jeśli artykuł jest długi i nie mieści się na jednym ekranie, można bez problemu za pomocą scrolla w myszy go przewijać bezpośrednio w tym okienku pop-up.

Czy powinienem cieszyć się z HoverReadera?

hover reader facebook

Przyznam też, że jako osoba zarabiająca na tworzeniu treści jestem trochę rozdarty. W końcu nadal internet opiera się w głównej mierze na modelu reklam banerowych i rozliczeń w oparciu o odsłony. Otwarcie artykułu przez HoverReader sprawia, że użytkownik tych reklam po prostu nie zobaczy - tak samo jak dodatkowych boksów zachęcających do zapoznania się z innymi tekstami, proponujących kliknięcie “Lubię to” lub zapisanie się do newslettera.

Oczywiście wielu użytkowników może uznać to za zaletę, a nie wadę tego rozwiązania. To samo dotyczy zresztą wszelkiej maści Pocketów, Instapaperów i AdBlocków - działają one na szkodę wydawców, a czytelnika tak naprawdę mało to obchodzi. Nie ma co jednak się oszukiwać: te dodatki naprawdę ułatwiają życie użytkownikom, i jeśli ktoś będzie chciał z takiego rozszerzenia korzystać, to z niego korzystać będzie, a wydawcy serwisów internetowych... muszą się z tym pogodzić.

Co dalej z upraszczaniem interfejsu?

Sam z HoverReadera już korzystam i korzystać będę. Takie rozszerzenia do Chrome to jedna z rzeczy, która mnie przy przeglądarce Google faktycznie trzyma. Po przesiadce na Maka miałem swój epizod z Safari, ale romans potrwał zaledwie kilka dni. Pomijając już kiepski układ kart w przeglądarce Apple (nawet Mozilla wreszcie skopiowała rozwiązanie inżynierów z Mountain View!) i wolniejsze działanie Safari (wiem, że fani w Apple w to nie wierzą, ale w przypadku odwiedzanych najczęściej przeze mnie stron faktycznie tak jest), to brak wielu rozszerzeń był dla mnie najbardziej bolesny przy przesiadce.

Obawiam też trochę przyszłości. Już Microsoft ze swoim kafelkowym Windows 8 pokazał, że systemy operacyjne idą w stronę uproszczenia interfejsu… bo tego chce lwia część użytkowników. Tzw. poweruserzy to już nisza, która będzie musiała się dostosować do rozwiązań pisanych dla ogółu społeczeństwa. Wygląda jednak na to, że ekipa z Redmond powoli hamuje jeśli chodzi o upraszczanie komputera, a zapowiadane zmiany w kolejnych wydaniach Windows przywracające Menu Start i pracę w oknach napawają optymizmem.

keyboard

Nie zdziwię się jednak, jeśli np. kolejna inkarnacja OS X od Apple będzie zbliżona bardziej do nowego iOS-a, niźli do dzisiejszego Mavericksa. Mam tylko nadzieję, że Tim Cook i Jony Ive nie poświęcą użyteczności na rzecz graficznego efekciarstwa w nowej wersji systemu dla Maków, a zaawansowane aplikacje i dodatki do przeglądarek nie przestaną po którejś z aktualizacji działać. Liczę na to, że Microsoft znajdzie złoty środek w przypadku kolejnych wydań Windowsa łączących jeszcze ściślej kafelki z pulpitem.

Chciałbym po prostu, aby nie kastrowano komputerów z możliwości na rzecz prostoty.

Źródło ostatniej grafiki: thegreatgeekmanual.com

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst