Tech

Jak uratować Androida na tabletach i przy okazji zrazić do siebie wszystkich producentów?

Android na tabletach (zwłaszcza w wersji dedykowanej – Honeycomb) radził sobie i w dalszym ciągu radzi sobie słabo. O ile mogło to nie przeszkadzać klientom, którzy od czasu do czasu decydowali się na zakup urządzenia właśnie z tym systemem (choć w przypadku wersji 3.0 robili to niezwykle rzadko), o tyle najwyraźniej całe zamieszanie i nieporadność producentów zaczęła najwyraźniej działać na nerwy dostawcy oprogramowania – Google, którego były CEO „przypadkiem” zdradził, że gigant z Mountain View planuje wprowadzenie własnego tabletu. Jeśli potwierdzą się przypuszczenia wszystkich, będzie on tym, czym seria Nexus dla smartfonów – wzorcem, zarówno pod względem podzespołów, jak i „płynności aktualizacji”. W tym przypadku może być jednak o wiele trudniej niż w świecie telefonicznym, a i niezależni producenci mogą niechętnie przyglądać się pracom nam „Nexus Tabletem” (z wyjątkiem oczywiście jednego).

Rynek tabletów rządzi się bowiem własnymi prawami, zupełnie odmiennymi od tych, które towarzyszą rynkowi smartfonów i różne są przy okazji ewentualne sukcesy, które do tej pory udało się odnieść ich twórcom. Telefony z serii Nexus nie przeszkadzały nikomu – tablet może być już traktowany jako poważne zagrożenie dla innych graczy.

Marka „Nexus” jest dla potencjalnego klienta gwarancją wszystkiego co najlepsze może otrzymać od Androida – czystego, nie zaśmieconego dodatkami producentów systemu, z gwarancją niemal natychmiastowej aktualizacji przez przynajmniej kilka pomniejszych i jedno większe wydanie „zielonego robota”, o co w przypadku urządzeń firmowanych przez poszczególnych producentów nie jest już tak łatwo. Nexus jest więc inwestycją, której najprawdopodobniej nie będziemy żałowali kupując telefon na rok lub dwa – i tak będziemy mieć „najnowsze i najlepsze”. Mało który użytkownik smartfona z tej serii decyduje się w późniejszym czasie na zakup innego urządzenia.

Z Nexusami jest jednak pewien problem – do tej pory nie trafiał do ofert operatorów – był urządzeniem, które można było kupić praktycznie wyłącznie w wolnej sprzedaży, co zmieniło się dopiero wraz z premierą jego najnowszego wydania – produkowanego przez modelu Samsunga Galaxy Nexus. Zanim jednak najnowszy model z tej serii zdoła trafić do odpowiedniej liczby klientów minie sporo czasu, a i wśród telefonów z Androidem wyraźnie widać liderów, których pozycji trudno będzie zagrozić. Wejście Google w ten segment jest więc spokojne i przez najbliższe kilka miesięcy nikt nie powinien się go szczególnie bać – nie wpłynie pewnie zbytnio na sprzedaż ani telefonów Galaxy, Sensation ani podobnych.

Z tabletami jest jednak inaczej – tutaj nie ma jasnego lidera, chyba że weźmiemy pod uwagę Kindle Fire, którego producent w żaden sposób nie przyznaje się do (przynajmniej marketingowo) do wykorzystywania Androida. Kto oprócz niego jest godnym konkurentem iPada? Najgłośniej jest bez wątpienia o Samsungu Galaxy Tab 10.1, ale czy intensywność pojawiania się informacji na jego temat (głównie w związku z kolejnymi blokadami i ewentualnym ich zniesieniem) świadczą o tym, jak dobrze się sprzedaje? Raczej nie i do momentu, kiedy jego producent zdecyduje się na ujawnienie wyników, nie możemy być pewni czy w ogóle jest jakimkolwiek sukcesem. Dalej nie widać już zbyt wielu jasnych punktów – kilka modeli być może wyróżnia się niektórymi cechami lub parametrami, ale o żadnym z nich nie można powiedzieć, że jest prawdziwą gwiazdą, czymś co wyznacza standardy. Nie ma hitu na miarę Galaxy S2, nie ma też „pewniaka” do zgarnięcia wszystkich aktualizacji – są lepsze lub gorsze produkty, ale w większości „średniaki” bez wyrazu.

Inny jest również (w większości przypadków) sposób nabywania tabletu – rzadko kiedy wybieramy się po niego do operatora, o wiele częściej decydujemy się na zakup bez „zniżek” bezpośrednio od producenta lub poprzez innego dystrybutora. Ewentualny brak urządzeń w sieciach komórkowych nie powinien być więc problemem, który przeszkodził chociażby w popularyzacji pierwszego Nexusa. 2000 – 2500zł – do takiej ceny za tablet jesteśmy przyzwyczajeni, i jeśli będziemy mieć wybór – wydać te pieniądze na tablet firmowany przez Google, albo firmowany przez innego producenta (który próbują nas zauroczyć już od pewnego czasu i raczej nie wychodzi im to najlepiej), raczej nie będziemy się szczególnie wahać.

Mamy więc (albo przynajmniej będziemy mieć) tablet wzorcowy, który w całym morzu bliźniaczo podobnych tabletów z Androidem, nawet jeśli nie parametrami, wyróżniać się będzie pochodzeniem, będąc „właśnie tym tabletem od Google”. Kto w tym momencie może się poważnie zdnerwować? Prawdopodobnie wszyscy producenci, którzy nie zostaną uwzględnieni w procesie jego tworzenia. Nic więc dziwnego, że najwięksi gracze z branży PC oficjalnie i nieoficjalnie powoli zmierzają do opuszczenia tego rynku, coraz większe nadzieje pokładając w tabletach z Windows 8…

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst