Jeszcze niedawno spory o równość płci wydawały się mieć jasno wyznaczone linie frontu. Dziś coraz częściej okazuje się, że rzeczywistość jest bardziej złożona – a proste podziały przestają działać. W świecie, w którym automatyzacja i rozwój sztucznej inteligencji zmieniają rynek pracy, a kompetencje społeczne zyskują na znaczeniu, pytania o role kobiet i mężczyzn wracają w nowej odsłonie. Jednocześnie debata publiczna wciąż pozostaje spolaryzowana, a rozmowa o nierównościach rzadko wychodzi poza utarte schematy.
Czy możliwe jest myślenie o równości płci w sposób, który nie sprowadza się do gry o sumie zerowej? Skąd bierze się opór wobec dostrzegania problemów mężczyzn – i kto korzysta na podtrzymywaniu konfliktu między płciami? O tym, jak zmieniają się społeczne i ekonomiczne uwarunkowania nierówności oraz dlaczego warto na nowo zdefiniować język tej debaty, rozmawiamy z Michałem Gulczyńskim, autorem książki "Mężczyźni. O nierówności płci". Wydawcą książki jest wydawnictwo Port.
Rafał Pikuła: Parafrazując klasyka: mamy 2026 rok i wciąż musimy o tym rozmawiać. Mija 5 lat od publikacji twojego głośnego raportu, przed nami trzeci już Kongres Mężczyzn, na rynku pojawiła się twoja książka "Mężczyźni. O nierówności płci", a wciąż są tacy, którzy uważają, że mężczyźni nie mogą być dyskryminowani.
Michał Gulczyński: Trochę mnie to zaskakuje, ale zdążyłem się już do tego przyzwyczaić. I powiem więcej – w pewnym sensie to jest nawet przyjemne uczucie: zaskoczyć kogoś i przekazać mu nową wiedzę. Szczególnie dla mnie jako naukowca, bo odkrywanie niezauważanych faktów i perspektyw to część mojego zawodu.
Widzę, że wciąż jesteśmy na etapie uświadamiania. I często brak działania nie wynika ze złej woli, tylko właśnie z braku wiedzy i świadomości. Kiedy rozmawiamy z politykami – właściwie o każdym aspekcie nierówności, czy to zdrowotnych, edukacyjnych, czy prawnych – bardzo często słyszymy: “nie wiedziałem”.
Co więcej, nawet jeśli ktoś wie o jednym obszarze nierówności, na przykład w szkolnictwie wyższym, to już niekoniecznie zdaje sobie sprawę z nierówności na wcześniejszych etapach edukacji, choćby w szkołach podstawowych. Więc nasza praca – Stowarzyszenia i innych działaczy na rzecz mężczyzn – to ciągłe uświadamianie: polityków, decydentów i społeczeństwa.
Mam jednak poczucie, że ta grupa osób, które o tych nierównościach nie wiedzą, stopniowo się zmniejsza. I to jest sens naszej działalności – żeby zarówno mężczyźni, jak i kobiety zdali sobie sprawę, że istnieją różne obszary dyskryminacji, również dotyczące mężczyzn. Że są sfery życia, w których mężczyźni mają gorzej – i że nie zawsze wynika to z ich indywidualnych wyborów, ale często z kultury albo działania instytucji.
W swojej książce opisujesz kluczowe obszary nierówności, ale jakbyś miał wskazać jedną główną przyczynę tych problemów?
Pierwszy i – moim zdaniem – absolutnie fundamentalny obszar to nierówności prawne.
Mamy na przykład nierówny wiek emerytalny, mamy nierówne zasady kwalifikacji wojskowej, mamy przepisy BHP, które niekoniecznie muszą być identyczne dla obu płci, ale powinny być aktualizowane i dostosowane do zmieniającej się rzeczywistości gospodarczej i społecznej.
Do tego dochodzą kwestie urlopów rodzicielskich, ojcowskich i macierzyńskich, które są tak skonstruowane, że rodzinom nie opłaca się, by ojcowie równie długo zajmowali się dziećmi. Z kolei system podatkow i emerytalny powoduje, że kobieta i mężczyzna na tym samym stanowisku, w tym samym wieku, mogą otrzymywać różne wynagrodzenie netto – 60-latka może wybrać, czy przejdzie na emeryturę, czy będzie pracować dalej, nie płacąc podatku dochodowego. W tym samym czasie jej kolega nie ma takiego wyboru – musi pracować dalej, płacąc i składki emerytalne, i podatek dochodowy.
To wszystko pokazuje jedną rzecz: nie na wszystkie aspekty swojej sytuacji mężczyzna ma wpływ. Nie wszystko jest kwestią indywidualnych decyzji. Są problemy systemowe, których jednostka sama nie rozwiąże.
Paradoksalnie te nierówności, o których mówisz, wydają się najprostsze do usunięcia. O ile zmian kulturowych nie da się zadekretować ustawą, o tyle zmiana przepisów wydaje się technicznie prosta. A mimo to – nie robimy tego.
To prawda – są najprostsze w sensie technicznym, bo wystarczy zmienić przepis. I są też fundamentem myślenia o równości, bo przecież pierwsze ruchy feministyczne walczyły właśnie o równość wobec prawa.
Natomiast politycznie to już nie jest takie proste. Każda taka zmiana niesie konsekwencje.
Choć trzeba powiedzieć uczciwie: zdarzają się drobne kroki. Na przykład obecny rząd wprowadził zmianę dotyczącą warunków w więzieniach i aresztach – zwiększono liczbę kąpieli dla mężczyzn z jednej do dwóch tygodniowo. To był krok w stronę większej równości, choć nadal niepełny, bo kobiety mają zagwarantowany codzienny dostęp do ciepłej wody, a mężczyźni nie.
Ale to była zmiana stosunkowo łatwa, przeprowadzona bez większego rozgłosu.
W innych obszarach jest trudniej?
Na przykład wiek emerytalny to decyzja politycznie bardzo kosztowna. Pamiętamy wybory w 2015 roku i konsekwencje podniesienia wieku do 67 lat. To wciąż jest trauma dla polityków obecnego rządu.
Podobnie w edukacji i zdrowiu. Gdy o tym mówimy, widzimy w internecie bardzo duży opór wobec działań na rzecz chłopców i mężczyzn. Powszechne jest przekonanie, że jeśli chłopak ma słabsze wyniki, to znaczy, że jest leniwy. Jeśli mężczyzna się nie bada – to jego wina.
A ja zwracam uwagę na kontekst kulturowy i strukturalny. Nie powinniśmy obwiniać dzieci za ich sytuację. Weźmy na przykład różnice na egzaminie ósmoklasisty: chłopcy odstają od dziewcząt bardziej na obszarach wiejskich. Czternastolatek nie jest odpowiedzialny za to, gdzie się urodził i gdzie zdecydowali się mieszkać jego rodzice – czy na wsi, czy w mieście – ani za system edukacyjny, w którym funkcjonuje.
Podobnie ze zdrowiem: różnice w długości życia są większe poza dużymi miastami, silnie powiązane z poziomem wykształcenia. Mężczyźni bez wyższego wykształcenia żyją znacząco krócej.
To pokazuje, że decyzje podejmowane bardzo wcześnie – i warunki, w jakich są podejmowane – mają długofalowe konsekwencje. Dlatego uważam, że powinniśmy zmienić sposób myślenia o równości płci: uznać, że wsparcie może dotyczyć także mężczyzn i że to jest uzasadnione.
Piszesz też w książce, że walka z nierównościami nie jest grą o sumie zerowej. To znaczy: wspieranie chłopców i mężczyzn nie odbywa się kosztem dziewcząt i kobiet.
Często działania na rzecz jednej grupy budzą niepokój drugiej. Istnieją nawet skale mierzące przekonanie, że równość to gra o sumie zerowej.
Co ciekawe, opór wobec działań na rzecz mężczyzn pojawia się nie tylko w środowiskach tradycyjnie sceptycznych wobec równości. Ich poglądy są przynajmniej wewnętrznie spójne – są przeciwko równości jako takiej i sprzeciwiają się działaniom prorównościowym zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn.
Ale podobne reakcje pojawiają się też w części środowisk deklarujących się jako feministyczne czy progresywne. Pojawia się argument: nie możemy zajmować się problemami mężczyzn, dopóki nie rozwiążemy wszystkich problemów kobiet.
To jest klasyczne myślenie o sumie zerowej. I ono prowadzi do sytuacji, w której pomoc dla jednej grupy blokuje pomoc dla drugiej.
W praktyce oznacza to też utrwalanie tradycyjnych norm – na przykład przekonania, że mężczyźni powinni radzić sobie sami i nie powinni mówić o swoich problemach.
A jeśli ktoś próbuje o nich mówić, bywa wyśmiewany albo oskarżany o "backlash" wobec feminizmu. To sprawia, że rozmowa o równości przestaje być naprawdę równościowa.
I tu dochodzimy do kolejnego ważnego punktu: pokazujesz, że działania na rzecz mężczyzn przynoszą bardzo konkretne korzyści kobietom. Zdrowie mężczyzn to dobrostan ich partnerek, matek, córek. Edukacja chłopców to przyszłość rodzin i całych społeczeństw. Skąd więc bierze się to niezrozumienie?
To jest kombinacja kilku czynników. Po pierwsze, rzeczywiście mamy do czynienia z dominacją pewnej uproszczonej, popkulturowej wersji feminizmu. I ona – paradoksalnie – często korzysta z bardzo tradycyjnych norm.
Tradycyjna norma mówi: kobiety wymagają ochrony, są bardziej moralne, należy im się szczególne traktowanie. W nauce nazywamy to życzliwym seksizmem.
I to wciąż funkcjonuje – także w wypowiedziach (i konserwatywnych, i deklaratywnie progresywnych) polityków, którzy mówią, że kobiety są bardziej odpowiedzialne czy lepiej nadają się do opieki nad dziećmi.
Na to nakłada się tożsamość polityczna. Jeśli ktoś identyfikuje się z obozem, który "stoi po stronie kobiet", to pojawia się trudność w uznaniu, że agenda równościowa powinna obejmować także mężczyzn.
Bo to oznaczałoby podzielenie się tą agendą. I w praktyce widać, że nawet jeśli prywatnie politycy są otwarci na rozmowę o problemach mężczyzn, to na poziomie decyzji często się wycofują – obawiając się reakcji własnego zaplecza.
No właśnie – rozmawialiście z politykami, były deklaracje, ale potem przychodzi rzeczywistość polityczna i niewiele z tego wynika.
Dokładnie tak. Niektóre problemy jak traktowanie ojców w sądach albo problemy edukacyjne chłopców pojawiały się w kampanii prezydenckiej, ale nie przekłada się to na działania.
A czasem nie udaje się nawet przeprowadzić drobnych zmian. Przykład: zasiłek dla ojca na urlopie ojcowskim albo rodzicielskim wciąż nazywa się "zasiłkiem macierzyńskim".
Wnioskowaliśmy o zmianę tej nazwy – skoro ministerstwo rodziny podkreśla znaczenie języka i dba o formy żeńskie, to powinno być konsekwentne.
Odpowiedź ministerstwa była taka, że ludzie są przyzwyczajeni i że zmiana byłaby zbyt kosztowna.
To tak samo można by powiedzieć, że nie używamy feminatywów, bo "ludzie są przyzwyczajeni". To oczywiście wygodne tłumaczenie. Piszesz w swojej książce, że mężczyźni przez długi czas byli postrzegani jako uprzywilejowani – głównie ze względu na przewagę fizyczną. I faktycznie, w wielu zawodach, które kiedyś opierały się na sile, miało to znaczenie. Ale dziś, w epoce rewolucji cyfrowej, ta przewaga traci na znaczeniu.
Już sama rewolucja przemysłowa istotnie zmieniła relacje między płciami, bo umożliwiła kobietom samodzielne zarabianie. Oddzieliła życie zawodowe od życia rodzinnego.
Potem przyszły wojny – i okazało się, że gdy mężczyzn brakuje, kobiety przejmują role wcześniej uznawane za "męskie". W tym kontekście pojawił się również ruch feministyczny, jako odpowiedź na zmiany społeczne i gospodarcze: masową migrację do miast, rosnące możliwości niezależnego życia kobiet.
Jeśli spojrzymy na ostatnie dekady – automatyzację i robotyzację – to widzimy wyraźnie, że znaczenie siły fizycznej spada. Prace, które kiedyś wymagały dużej siły, dziś często wykonują maszyny. Obsługa urządzeń nie wymaga już tych samych predyspozycji.
Jednocześnie rośnie zapotrzebowanie na zawody opiekuńcze. Społeczeństwo się starzeje, potrzebujemy coraz więcej osób zajmujących się dziećmi i seniorami. Tych zadań nie da się w pełni zautomatyzować – zarówno ze względów technicznych, jak i dlatego, że kontakt międzyludzki ma wartość samą w sobie.
I tutaj pojawia się istotna zmiana: kompetencje tradycyjnie uznawane za "kobiece" – komunikacja, empatia, relacyjność – stają się przewagą na rynku pracy. Statystycznie kobiety częściej je posiadają i lepiej rozwijają; częściej też są zainteresowane pracą z ludźmi.
Jednocześnie wiemy z badań, że w zawodach sfeminizowanych mężczyźni nadal doświadczają dyskryminacji przy zatrudnianiu. Co ciekawe, badania eksperymentalne z wielu krajów pokazują, że dyskryminacja kobiet przy rekrutacji w dużej mierze zanikła. Natomiast dyskryminacja mężczyzn – szczególnie w zawodach opiekuńczych – wciąż się utrzymuje.
A z czego wynika to, że trudno nam zatrudnić w przedszkolu nie "ciocię", lecz "wujka"? To w ogóle do wyobrażenia w polskim społeczeństwie?
Po pierwsze z faktu, że kobiety częściej zajmują się dziećmi, wywodzi się założenie, że mężczyźni nie mogą być do tego równie zdolni. Tymczasem coraz więcej mężczyzn się w takiej roli odnajduje. Po drugie ciąży nam przeświadczenie, że jeśli mężczyzna chce pracować z dziećmi, to może mieć niecne zamiary. Straszył tym ostatnio na wiecu na przykład Przemysław Czarnek.
Widzimy to nawet w branży IT. Przez lata powstawało mnóstwo programów wspierających wejście kobiet do tego sektora. I mimo że dziś – choćby przez rozwój AI – praca programisty nie jest już tak stabilna jak kiedyś, te programy nadal działają. Poruszasz też ważny wątek edukacji – że jest ona silnie sfeminizowana i rozwija kompetencje uznawane za "kobiece". A potem te same kompetencje są premiowane w środowiskach korporacyjnych: empatia, komunikacja, umiejętność dialogu. I to jest temat, o którym rzadko się rozmawia.
Doprecyzuję: chodzi o to, że szkoła zdecydowanie promuje wszechstronność – bycie "dobrym ze wszystkiego". Mniej premiuje specjalizację i dążenie do wybitności w jednej dziedzinie.
To może być trudne dla wielu chłopców. Zamiast rozwijać swoje mocne strony i być za to docenionymi, muszą spełniać szeroki zestaw wymagań. W efekcie ktoś, kto jest świetny z matematyki czy informatyki, ale słabszy z innych przedmiotów, nie jest postrzegany jako "dobry uczeń". To może prowadzić do poczucia wykluczenia.
Jeśli chodzi o rynek pracy, widzimy nadal silną segregację zawodową. Na przykład administracja publiczna jest w ogromnym stopniu sfeminizowana – w wielu instytucjach kobiety stanowią 75–85 proc. zatrudnionych.
To nie wynika wyłącznie z norm kulturowych, ale też z charakteru pracy. Administracja daje stabilność: przewidywalne wynagrodzenie, większe bezpieczeństwo zatrudnienia. To jest szczególnie istotne dla osób planujących łączenie pracy z opieką nad dziećmi.
I to się potem przekłada na wybory życiowe – kobiety częściej wyjeżdżają na studia, trafiają do dużych miast, a mężczyźni częściej zostają na prowincji.
Tak, to są procesy powiązane. Dodam jeszcze jeden wątek związany z rynkiem pracy i zmianami technologicznymi. Coraz częściej pojawia się temat równości płac w kontekście nierówności obowiązków.
Na przykład: formalnie mamy równe wynagrodzenie na danym stanowisku, ale w praktyce mężczyźni częściej są proszeni o wykonywanie cięższych prac – przenoszenie towarów, sięganie po rzeczy z wysokości itd.
Czyli mają dodatkowe obciążenia, które nie są wynagradzane. Kiedyś te różnice były uwzględniane – dziś, przy formalnej równości płac, często już nie są.
Jeśli chodzi o sztuczną inteligencję, to mamy dwa równoległe procesy.
Po pierwsze, AI może utrwalać istniejące stereotypy – na przykład w systemach rekrutacyjnych. Są już badania pokazujące, że jeśli dane wejściowe zawierają uprzedzenia, to systemy je reprodukują, w tym dyskryminację mężczyzn w zawodach sfeminizowanych.
Po drugie, zmienia się struktura rynku pracy. Z jednej strony zagrożone są zawody oparte na powtarzalnym przetwarzaniu informacji – część pracy prawniczej, administracyjnej, call center. To bardziej dotknie kobiety.
Z drugiej strony obserwujemy problem z wejściem na rynek pracy, szczególnie w IT. Tak zwane stanowiska juniorskie – entry level – znikają.
To oznacza, że ścieżki kariery, które jeszcze niedawno wydawały się pewne i dobrze płatne, dziś już takie nie są. I niewykluczone, że w dłuższej perspektywie ten sektor nie będzie aż tak korzystny, jak się wcześniej wydawało – również dla kobiet.
Powiedz mi – czy kojarzysz zjawisko "looksmaxingu"? Ostatnio zrobiło się o nim dość głośno.
Tak, choć od stosunkowo niedawna. W książce częściowo o tym pisałem, w kontekście nadmiernego rozwijania masy mięśniowej.
W mediach społecznościowych jest mnóstwo treści pokazujących umięśnionych mężczyzn i sugerujących, że tak właśnie powinniśmy wyglądać. Że powinniśmy trenować kilka razy w tygodniu, rozwijać konkretne partie mięśni, dbać o dietę do tego stopnia, by mieć np. 5 procent tkanki tłuszczowej.
To może prowadzić w skrajne kierunki – od obsesyjnego dbania o sylwetkę po stosowanie sterydów, które wprawdzie rozwijają mięśnie, ale kosztem zdrowia.
Jeśli chodzi o sam "looksmaxing", to obejmuje on też np. pracę nad wyglądem twarzy – ćwiczenia mięśni, manipulowanie mimiką, redukcję tkanki tłuszczowej, żeby uzyskać bardziej "męskie" rysy. Tych treści jest naprawdę bardzo dużo i algorytmy chętnie je podsyłają określonym grupom użytkowników.
Nie wszystko w tym trendzie jest szkodliwe – ćwiczenia czy dbanie o siebie są pozytywne.
Ruch jest potrzebny. Warto zachęcać mężczyzn do aktywności fizycznej – niekoniecznie sześć razy w tygodniu na siłowni, ale choćby do spacerów, biegania czy regularnego ruchu, szczególnie przy pracy siedzącej. Problem zaczyna się wtedy, gdy pojawia się obsesja.
Pytam o to w konkretnym kontekście. "Body positive" w praktyce dotyczy głównie kobiet. W mediach i reklamach – choćby kosmetycznych – widzimy coraz większą akceptację dla różnych typów kobiecego ciała. Natomiast mężczyźni z brzuszkiem, zakolami czy niższym wzrostem raczej nie są objęci taką narracją.
To ciekawy wątek. Rzeczywiście, można się zastanowić, czy nie powinniśmy jako środowisko czy organizacja bardziej zająć się tematem zdrowia i wyglądu w kontekście kulturowym.
Body positivity ma swoje dobre strony – zmniejsza presję, np. związaną z łysieniem. Mężczyźni mogą się mniej stresować swoim wyglądem.
Z drugiej strony łatwo tu popaść w skrajność – jak w przypadku ruchów negujących zdrowotne konsekwencje otyłości. Otyłość ma realne skutki zdrowotne, więc całkowite jej "normalizowanie" też jest problematyczne.
Mamy więc dwa ekstrema: z jednej strony obsesję perfekcyjnego ciała, z drugiej – całkowite odrzucenie kryteriów zdrowia.
Wracając do "looksmaxingu" – jego popularność wynika też z realiów współczesnego świata. Żyjemy w kulturze obrazu, mamy media społecznościowe, aplikacje randkowe, gdzie pierwsze wrażenie opiera się niemal wyłącznie na wyglądzie.
Powstał nawet rynek usług typu sesje zdjęciowe pod Tindera. To pokazuje skalę zjawiska.
W takiej rzeczywistości mężczyzna, stosując te różne techniki poprawy wyglądu, zyskuje poczucie kontroli. Wierzy, że może poprawić swoją sytuację – podobnie jak w przypadku poradników dotyczących podrywu.
To daje poczucie sprawczości.
AI może utrwalać istniejące stereotypy – na przykład w systemach rekrutacyjnych. Mogą na tym tracić mężczyźni. Ilustracja: Shutterstock / Lekkkas
No właśnie – poczucie kontroli i sprawczości. Ale jednocześnie te trendy są bardzo mocno wzmacniane przez media społecznościowe.
Z jednej strony mamy influencerów – należących do tzw. manosfery – którzy uczą, jak być atrakcyjnym mężczyzną i zostać: artystą podrywu. Z drugiej strony mamy twórczynie, dziennikarki, aktywistki które promują narrację: "korzystaj z życia, rozwiedź się".
Taka polaryzacja się opłaca?
Zdecydowanie się opłaca. To temat, który dotyczy każdego – każdy ma doświadczenia z drugą płcią, każdy ma swoje przekonania.
Treści o polaryzacji są klikalne, szczególnie gdy można wskazać "winnego". A mężczyźni są wygodnym winnym. W książce piszę, że właśnie o mężczyznach wolno mówić źle.
Widać to nie tylko w mediach, ale też w dokumentach instytucjonalnych – np. w rezolucjach Parlamentu Europejskiego, gdzie mówi się o potrzebie walki z manosferą, bez równoległego spojrzenia na inne radykalne treści.
Tymczasem pewne narracje – które można uznać za skrajne – funkcjonują w mediach głównego nurtu i nie wywołują podobnej reakcji. To pokazuje pewną asymetrię.
Polaryzacja opłaca się mediom, politykom i różnym grupom interesu. Łatwiej mówić do konkretnej grupy z jasnym przekazem, niż budować szeroką, inkluzywną narrację.
I to jest też powód, dla którego np. lewica ma trudność z włączeniem mężczyzn do swojej agendy równościowej.
Powiedziałeś coś bardzo istotnego: że to, co u mężczyzn uchodzi za "margines internetu", u kobiet bywa mainstreamem. Podobnie jest z dbaniem o wygląd. W przypadku kobiet to ogromna branża, przemysł beauty. W przypadku mężczyzn podobne działania bywają wyśmiewane. Facet chodzący do kosmetyczki, poprawiający chirurgicznie szczękę, w butach na koturnie, nie zawsze jest akceptowany. I to przez panie i panów.
Zgoda, choć warto zauważyć, że mężczyźni też mają swoje przestrzenie dbania o wygląd – choćby magazyny typu "Men’s Health", blogi modowe czy cały rynek barberów.
Trend metroseksualności sprzed dwudziestu lat pokazywał, że mężczyźni będą coraz bardziej dbać o wygląd. Dziś widzimy to np. w popularności pieczołowicie pielęgnowanej brody jako "męskiego makijażu".
Mężczyźni również podlegają modom i presji kulturowej.
Jednocześnie istnieją pewne ograniczenia – np. kobiety mają większą swobodę w ubiorze niż mężczyźni. Mężczyzna w spódnicy wciąż będzie odbierany jako coś nietypowego.
Część tych norm jest kulturowa, ale część wynika też z biologii i preferencji. Na przykład umięśniona sylwetka jest przeciętnie postrzegana jako bardziej atrakcyjna. Tradycyjny ubiór mężczyzn często ma podkreślać właśnie szerokie barki, a kobiet – biodra.
To prawda – tu wchodzi już biologia. Na koniec chciałbym cię zapytać o przyszłość. Mamy przed sobą trzeci Kongres Mężczyzn. Wciąż mam wrażenie, że działacie w pewnej niszy. Czy twoim zdaniem jest szansa, żeby tematy związane z nierównościami wobec mężczyzn trafiły do mainstreamu i przestały być kojarzone wyłącznie z manosferą?
To nieuniknione. Kobiety i mężczyźni chcą ze sobą żyć, budować relacje oparte na zaufaniu i współpracy. A dalsze podsycanie konfliktu działa przeciwko wszystkim.
Widzę po reakcjach na książkę i moją działalność, że wielu mężczyzn zgadza się z tymi tezami, ale nie chce mówić o tym publicznie – z obawy przed oceną.
Chciałbym to zmienić: stworzyć przestrzeń do spokojnej, konstruktywnej rozmowy.
Podkreślam też, że nie wszystkie problemy dotyczą wszystkich mężczyzn – to nie jest moja osobista historia. Ja miałem uprzywilejowane warunki startu.
Ale wiele z nich dotyczy większości mężczyzn – tych gorzej sytuowanych. Czas zauważyć, że są obszary, w których płeć realnie i negatywnie wpływa na ich życie – np. w kontekście ojcostwa czy edukacji.
Myślę, że coraz więcej osób to dostrzega i zaczyna mówić o tym otwarcie. Ta masa krytyczna rośnie – i to daje szansę na zmianę narracji.
Dr Michał Gulczyński. Autor książki "Mężczyźni. O nierówności płci". Współzałożyciel Stowarzyszenia na rzecz Chłopców i Mężczyzn. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, Wolnego Uniwersytetu Berlińskiego i Kolegium Europejskiego w Natolinie. Doktorat w zakresie polityki publicznej i administracji uzyskał na Uniwersytecie Bocconiego w Mediolanie. Obecnie jest stypendystą Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego we Florencji.
Tagi:
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-04-22T09:33:56+02:00
Aktualizacja: 2026-04-22T09:06:45+02:00
Aktualizacja: 2026-04-22T08:30:26+02:00
Aktualizacja: 2026-04-22T07:46:12+02:00
Aktualizacja: 2026-04-22T06:45:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-22T06:34:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-22T06:23:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-22T06:12:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-22T06:01:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T19:50:46+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T18:38:30+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T18:03:09+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T17:40:35+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T17:34:13+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T17:27:45+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T16:59:09+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T16:51:23+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T16:46:15+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T16:42:58+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T16:37:36+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T16:00:30+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T15:45:29+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T15:10:25+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T15:03:59+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T15:01:47+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T14:52:10+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T14:43:59+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T13:24:21+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T13:11:26+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T12:17:24+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T11:54:13+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T11:50:18+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T11:42:50+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T10:58:24+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T10:28:26+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T10:16:40+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T09:40:33+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T09:11:12+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T07:42:54+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T06:31:05+02:00