Sprzęt  /  Artykuł

Moja Roomba 870 okazała się niezniszczalna. Służy już czwartej rodzinie

Picture of the author

W tym roku minie siedem lat, odkąd kupiłem swój pierwszy własny robot sprzątający. I choć mojego iRobota Roomba 870 już jakiś czas temu przekazałem dalej, to wiem, że nadal radzi sobie naprawdę dobrze.

Ależ ten czas leci. Byłem przekonany, że kupiłem Roombę 870 jakieś cztery lata temu, a po spojrzeniu na paragon okazało się, że sprzęt ten jest niemal dwukrotnie starszy. Jest to dla mnie model szczególnie ważny, ponieważ to od niego zacząłem swoją przygodę z robotami sprzątającymi, które wcześniej miałem tylko okazjonalnie testować. iRobot Roomba 870 był z kolei pierwszym modelem kupionym z własnej krwawicy, który codziennie sprzątał mieszkanie moje, a następnie mojej mamy, a jeszcze później znajomych. Jednak nie uprzedzajmy faktów.

Dlaczego kupiłem iRobota?

Wraz z serią 800 iRobot wprowadziła 2 gumowe wałki AeroForce, które zastąpiły szczotkę gumową i szczotkę z włosiem. To świetne rozwiązanie, które do dziś nie jest dostępne w konkurencyjnych robotach. Gumowe wałki, zwane szczotkami głównymi, kręcące się w przeciwnych kierunkach lepiej bowiem zasysają brud i są łatwiejsze w czyszczeniu. Same plusy.

Sam robot sprawował się wręcz idealnie i nie dało się na niego narzekać. Dziś oczywiście może trącić myszką, bo nie ma mapowania przestrzeni i nie da się go obsługiwać za pomocą aplikacji na smartfonie, ale gdy trafiał na rynek był zdecydowanie najlepszym sprzętem w swojej klasie. Jednak to co mnie w nim zaskoczyło to wytrzymałość, a mianowicie fakt, że robot ten działa do dziś.

Nie jest oczywiście tak, że w mojej Roombie nie musiałem wymienić nic. Po trzech latach, gdy robota oddawałem mamie, zdecydowałem się na wymianę akumulatora. Robot co prawda działał, ale nie chciałem dopuścić do sytuacji, w której nagle przestałby jeździć. Regularnie wymieniałem też zużywającą się szczotkę boczną, a raz na 1,5-2 lata wymieniałem gumowe wałki, które od codziennej pracy robiły się wyszczerbione. Krótko mówiąc: dokonywałem wyłącznie wymiany zużywających się elementów eksploatacyjnych. Akumulator ponownie wymieniłem po następnych trzech latach, gdy robot znów zmienił właściciela.

Skoro był taki dobry, to czemu go wymieniłem?

Odpowiedź na to pytanie jest brutalnie prosta: w dużej mierze z kaprysu. Mógłbym oczywiście, wam opowiadać o tym, że jestem blogerem i youtuberem technologicznym, więc muszę korzystać z najnowocześniejszych dostępnych rozwiązań, ale takie tłumaczenia się nie byłyby warte funta kłaków. Po prostu chciałem mieć nowszą Roombę wyposażoną w nowe funkcje. Z tego samego powodu robota wymieniła moja mama, która rok temu zamieniła poczciwą Roombę 870 na model 965 wyposażony w funkcję mapowania przestrzeni oraz możliwość obsługi za pomocą smartfona z aplikacją iRobot Home. Tylko i aż tyle.

Jednak bardzo nie lubię wyrzucania działających rzeczy oraz zbieractwa, więc Roomby 870 nie wylądowała w śmietniku lub szufladzie, tylko została przekazana dalej redakcyjnemu koledze, który chciał sprawdzić, czy przyda mu się robot sprzątający. Eksperyment ten trwał zaledwie kilka miesięcy i się powiódł. Kolega kupił swoją Roombę z nowoczesnymi funkcjami, zaś model 870 niedawno wylądował u jego rodziców, gdzie sprząta do dziś.

Jak widać, moja Roomba okazała się niezniszczalna.

I wygląda na to, że nie jest to wyjątek od reguły, bo na grupach typu “Uwaga Śmieciarka Jedzie”, gdzie ludzie przekazują sobie za darmo starsze, niepotrzebne, ale w większości działające sprzęty, co jakiś czas widzę Roombę serii 600 czy nawet prehistoryczny model 500 (!), która szuka nowego właściciela. A to dobrze świadczy o ich znikomej awaryjności. W swojej pierwszej Roombie doceniłem zwłaszcza to, że po wielu latach działania wymagała wyłącznie wymiany podstawowych elementów eksploatacyjnych, takich jak szczotki, gumowe wałki czy akumulator. 

Dla porównania, kupiony jakieś 2-3 lata temu model Roborock S50 ostatnio przestał jeździć, miał problem z nawigacją. Gdy wrzuciłem zdjęcie robota w media społecznościowe, odezwało się do mnie mnóstwo osób, które tłumaczyły mi, że powinienem wymontować silnik, odpalić go za pomocą baterii 9V, a następnie zamontować ponownie i wtedy problem powinien ustać na kilka tygodni. A skoro tyle osób wie, jak czasowo naprawić usterkę, to raczej jest ona popularna. W moim przypadku niestety rozwiązanie to okazało się nieskuteczne i będę zmuszony wymienić w swoim chińskim robocie cały moduł nawigacji kosztujący około 500 zł. Podobną przygodę miałem też z modelem iLife A4s, który wyzionął ducha po nieco ponad roku pracy.

Sytuacje ta sprawiły, że jeszcze bardziej doceniłem moją sprawdzoną Roombę, która może nie ma przesadnie wielu wodotrysków, ale po kolejnej wymianie elementów eksploatacyjnych przeżyje wiele bardziej nowoczesnych sprzętów.