Tech  / Felieton

Oto smartwatch z Wear OS bez GPS–u za 20 tys. zł. Ma dokładnie tak niewiele sensu, jak sądzisz

Spośród rozlicznych trendów we współczesnym świecie mobilnych technologii, mało który ma tak mało sensu, jak luksusowe smartwatche.

Inteligentne zegarki można kochać albo nienawidzić, ale nie można zaprzeczyć, że jeśli chodzi o sprzedaż ilościową, smartwatche zdominowały rynek.

W 2019 r. sam Apple Watch sprzedał się w większej liczbie egzemplarzy niż wszystkie zegarki wszystkich szwajcarskich producentów razem wziętych. Oczywiście donoszący o tym raport nie mówi nam całej prawdy – nie uwzględniono w nim zegarków pochodzących z innych części świata, w tym z Japonii – ale nie sposób zaprzeczyć, że tradycyjne czasomierze tracą na znaczeniu.

No chyba, że mówimy o markach luksusowych.

Luksus w zegarkach wciąż pozostaje analogowy.

Choć Apple Watch również jest dostępny w pseudo–luksusowej edycji Hermes, to w oczach entuzjastów daleko mu do jakiegokolwiek prawdziwie luksusowego produktu marek takich jak Rolex, Omega, Patek Phillipe czy choćby Hublot, którego nowy zegarek zainspirował ten felieton.

Szwajcarscy producenci zegarków widzą jednak, że idzie nowe. Dlatego z mniejszym lub większym sukcesem kolejne marki wypuszczają na rynek swoje smartwatche, lecz zwykle nie aspirują one do segmentu premium – mają po prostu zaoferować miłośnikom marki „inteligentną” alternatywę dla tradycyjnych czasomierzy od ich ulubionego producenta.

Od czasu do czasu któryś producent wpada jednak na pomysł, by połączyć tradycyjny luksus z nowoczesnymi możliwościami i stworzyć luksusowego smartwatcha.

Na taki pomysł właśnie wpadł Hublot. Oto Hublot Big Bang e.

HUBLOT GENEVE to relatywnie młoda marka na rynku zegarków. Na tle tuzów z kilkusetletnią historią wypada wręcz blado, gdyż stworzona przez Carlo Crocco marka zadebiutowała w 1980 r., po raz pierwszy w historii horologii łącząc złoto… z gumą.

Gumowy pasek Hublota jest o tyle unikatowy, iż w kontakcie z ludzką skórą zdaje się regenerować. To, w połączeniu z odważnymi kombinacjami materiałów, szybko wywindowało szwajcarską markę do grona poważanych producentów czasomierzy.

Oryginalny Hublot Big Bang jest dostępny w sprzedaży od 2005 r. i dostępny w wielu rozmiarach, z różnorakimi komplikacjami. Jego ceny zaczynają się od ponad 50 tys. zł, a kończą tam, gdzie zdrowy rozsądek nie sięga.

Hublot Big Bang e wizualnie od razu zdradza swój rodowód. Wykonana z tytanu lub ceramiki koperta o średnicy 42 mm, podobnie jak bezel z wyrytymi nań cyframi wygląda identycznie, jak klasyczne zegarki marki. W przeciwieństwie do nich pod szafirowym szkłem nie znajduje się jednak analogowa tarcza i wyrafinowany, automatyczny mechanizm.

Mamy tam ekran AMOLED o przekątnej 30,8 mm i rozdzielczości 390 x 390 px. Pod nim zaś pracuje dokładnie ten sam zestaw podzespołów, jaki znajdziemy w większości nowych smartwatchy z systemem Wear OS – platforma Snapdragon 3100, wespół z 1 GB RAM–u i 8 GB miejsca na dane.

Zegarek jest jednak dość ubogi w możliwości, jak na smartwatch z systemem Wear OS. Nie znajdziemy tu ani GPS–u, ani czujnika HR. Nie znajdziemy nawet NFC do płatności bliżeniowych. Całość ma zaś odporność na wodę na poziomie 3 ATM, czyli efektywnie pozwala korzystać z zegarka w deszczu i nic więcej. Akumulator ma 300 mAh, więc wystacza na co najwyżej jeden dzień użytkowania.

Cena? Około 20 tys. zł za wariant tytanową kopertą i ok. 22,5 tys. zł za wariant z kopertą ceramiczną.

Jeśli patrząc na specyfikację macie wrażenie, że to nie ma sensu – macie całkowitą rację. Ten zegarek nie ma najmniejszego sensu niezależnie od ceny, a kosztując tyle, ile kosztuje, staje się najzwyczajniej w świecie kompletnym kuriozum.

Hublot Big Bang e to bez dwóch zdań popis inżynierii. I porażka technologiczna.

Nie da się odmówić konstrukcji nowego zegarka uroku i kunsztu. Całość jest wykonana z 42 mechanicznych elementów, a wykonany z legendarnej gumy Hublota wyposażono w opatentowany mechanizm zwalniający. Bez dwóch zdań, w połączeniu z dedykowanymi cyfrowymi tarczami Hublot Big Bang e to uczta dla oka.

Problem polega na tym, że… tylko dla oka i tylko przez chwilę.

Od strony technologicznej ten luksusowy smartwatch prezentuje poziom porównywalny z tanimi zegarkami Amazfit, a nawet gorszy. Oferuje możliwości mniejsze od najmarniejszego smartwatcha z Wear OS dostępnego na rynku. Brak GPS–u i NFC w tego typu czasomierzu sam w sobie powinien być dla potencjalnych konsumentów dostatecznym powodem, by zignorować istnienie tego produktu.

Inteligentne podzespoły w luksusowym zegarku niszczą w nim wszystko, co luksusowe.

Interesuję się zegarkami od stosunkowo niedawna. Zmęczenie elektroniką doprowadziło mnie do tego przedziwnego świata, którego sensu jeszcze niedawno nie rozumiałem. Po co ktoś płaciłby tysiące złotych za zegarek, który potrafi tylko… odmierzać czas?

Z czasem jednak zrozumiałem, w czym tkwi urok i siła klasycznych czasomierzy. Także tych luksusowych, których ceny nierzadko przekraczają ceny nowych samochodów.

Pomijając oczywiście prestiż i względy egocentryczne, największą zaletą luksusowych czasomierzy jest ich długowieczność oraz inżynieryjna maestria.

Sercem klasycznych, automatycznych zegarków są mechanizmy skonstruowane w sposób niesłychanie pieczołowity. Przy odpowiednim i regularnym serwisowaniu takie czasomierze mogą pracować dziesiątki lat, być przekazywane z pokolenia na pokolenie, czy choćby z czasem zyskiwać na wartości – stąd wielu kolekcjonerów kupuje je jako inwestycję.

Smartwatch, choćby najbardziej luksusowy, nie będzie ani długowieczny, ani nie będzie inwestycją.

Cóż bowiem z tego, że cyfrowe serce zegarka zamknięto w ekskluzywnej obudowie, skoro to serce przestanie bić po kilku krótkich latach? A już po roku taki zegarek przestanie być przyjemny w obsłudze, w miarę jak podzespoły zwolnią a akumulator się zużyje. Można śmiało założyć, że maksymalny czas „przydatności do użytku” takiego luksusowego smartwatcha to góra 4–5 lat. Potem pozostanie on tylko szalenie drogim, szalenie pięknie wykonanym, ale jednak elektrośmieciem. Bez żadnej wartości.

Można by pokusić się o stwierdzenie, że produkcja rzeczy bez wartości, o krótkim okresie przydatności do użytku, to esencja kapitalizmu. Przykro jednak patrzeć, jak swoją rękę do tego niechlubnego procederu dokładają marki słynące z produkcji produktów długowiecznych i trwałych. Cenionych m.in. właśnie za to, że nie staną się bezużyteczne po krótkim czasie, lecz przeżyją swojego nabywcę.

Kto wie, może w przyszłości wynajdziemy technologie, które umożliwią produkcję długowiecznych inteligentnych zegarków. Można znajdziemy sposób, by np. wymieniać cyfrowe mechanizmy zamknięte w analogowych obudowach. Kto wie?

Póki co wiemy jednak tyle, że takie produkty nie mają najmniejszego sensu. I choć z pewnością znajdą się zapaleńcy skłonii zakupić taki produkt, tak nie ma wątpliwości, że albo szybko pożałują oni zakupu, albo jeszcze szybciej… o nim zapomną.

[AKTUALIZACJA 03.06.2020 r.]

Na stronie Hublota pojawiła się zmiana. Wygląda na to, że Hublot Big Bang e jednak będzie posiadał NFC i płatności Google Pay. Nie czyni go to jednak ani odrobinę mniej bezsensownym.

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj Spider's Web w Google News.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst