Gry  / Felieton

Xbox jak PC? Wyobrażam sobie tylko jedno możliwe wyjście

Podczas gdy byłem na urlopie, jeden z najrozsądniej wypowiadających się członków kierownictwa Microsoftu powiedział coś bardzo niepokojącego. Szef działu Xboxa chciałby, by konsole dało się rozbudowywać o nowe elementy sprzętowe zwiększające ich wydajność. Że co proszę? I niby jak Microsoft chce to osiągnąć? Choć, po chwili zastanowienia, chyba wiem jak.

Phil Spencer to człowiek, wobec którego ciężko nie czuć sympatii. Nie tylko obrócił wizerunkową porażkę w postaci Xboxa One w niemały sukces, i to mimo wyraźnego dystansu do rynkowego lidera, ale również udało mu się to zrobić w dobrym stylu. Nowy szef działu rozrywkowego Microsoftu zaczął po prostu słuchać swoich klientów. Marka Xbox znowu ma oddane grono fanów, a wszystko zmierzało ku normalności. Spencer co prawda przyznał, że nie sądzi, by w tej generacji konsol Microsoftowi udało się dogonić rywali z obozu Sony pod względem liczby sprzedanych urządzeń, ale trzeba przyznać, że jego determinacja nie maleje. Xbox One posiada fantastyczny zestaw gier i funkcji, jest świetną alternatywą dla znakomitych urządzeń od Sony czy Nintendo.

Nie jestem jednak pewien, czy ślepe słuchanie klientów jest zawsze najlepszym pomysłem. Microsoft nieraz chwalił się znakomitymi narzędziami do analizy informacji zwrotnych od klientów, za pośrednictwem wielu kanałów, w tym komentarzy w mediach czy serwisach społecznościowych. Sęk w tym, że klienci nieraz… bredzą.

Każdy z was zna zjawisko, jakim są fanboje i hejterzy. Osoby nastawione na agresję i konflikt, a ich głos w Sieci jest szczególnie donośny. Z ich „dyskusji” wynika oczywista prawda: Xbox One dysponuje rozczarowującą mocą obliczeniową, a chmura obliczeniowa Xbox Live jest nadal dopiero w budowie. Gracze chcą 60 klatek na sekundę i szczegółowej oprawy graficznej w rozdzielczości 4K. Chcą obcować z wirtualną rzeczywistością. Xbox One nie jest w stanie im tego zapewnić. Nigdy nie będzie. Chyba że…

… szybko wypuścimy nową konsolę

Phil Spencer stwierdził w kilku wywiadach, że chciałby szybciej wprowadzać innowacje sprzętowe do platformy Xbox, by ta nadążała za innowacjami na rynku komputerów osobistych. Jak by to miało wyglądać? Xbox One to zamknięty system, nawet wymiana dysku twardego wymaga rozmontowania konsoli. Urządzenie nie posiada żadnych oczywistych złącz umożliwiających jego rozbudowę o nowe procesory, w tym układy graficzne. Ale czy aby na pewno?

W teorii, jest pewne pole do popisu. Xbox One ma dwa złącza HDMI, jedno wyjście i jedno, celem integracji z dekoderem telewizyjnym, wejście. To drugie jest połączone bezpośrednio do mostka południowego płyty głównej konsoli, co sugeruje, że można kombinować z posłużeniem się nim jako szyną PCI-E. Problem w tym, że HDMI nie zapewnia pełnego dupleksu i zapewnia bardzo niską przepustowość w porównaniu do możliwości PCI-E, więc różnica w wydajności byłaby znikoma. Nie byłem w stanie znaleźć specyfikacji złącza Kinecta, ale według materiałów promocyjnych, czujnik przetwarza „dwa gigabity danych na sekundę”, więc zapewne jego złącze taką przepustowość przewiduje. To o wiele za mało, by miało większy sens.

Xbox One (źródło: Ars Technica)
Xbox One (źródło: Ars Technica)

A to oznacza, że wprowadzanie nowych innowacji oznacza… wprowadzenie nowej konsoli. Ale nie takiej zupełnie nowej. Coś w rodzaju „Xbox One 4K”, „Xbox One Ultra” czy jakkolwiek by tego nie nazwali. Problem w tym, z czego wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę i czego wałkować od nowa nie będę: nie o to chodzi w konsolach. „Przepłacając” za konsolę i gry na nią kupujemy święty spokój. To ich twórca, a nie odbiorca, ma dbać o to, by wszystko pięknie działało. „PC Master Race” chce samodzielnie kontrolować poziom szczegółowości, płynności przez dziesiątki różnych czynników. „Konsolowi wieśniacy”, do których sam się zaliczam, zlecają tę robotę inżynierom sprzętu i oprogramowania, otrzymując ściśle zoptymalizowany produkt. Wprowadzenie „Xboxa One Ultra” nie niszczy tego komfortu. Ale wprowadza całkowicie zbędne zamieszanie.

Nie tylko klienci się wkurzą

Jedyną metodą, by nie wkurzyć istniejących posiadaczy Xboxa One to wymuszenie na programistach zgodności wstecznej z aktualną wersją konsoli. Innymi słowy, nowe Halo czy Call of Duty muszą działać znakomicie zarówno na Xboksie One, jak i jego „dopalonych” wersjach. To z kolei oznacza, że nie tylko będziemy irytowani tym, że na naszej konsoli gra wygląda brzydziej, niż na konsoli kolegi, to na dodatek twórcy gier będą mieli dodatkowy problem w postaci kosztów testów i optymalizacji.

W teorii, nie będzie to aż takie trudne. Xbox One, oprócz zgodności z Xboxem 360 i planowanej z pierwszym Xboxem, wykorzystuje architekturę x86-64 i heterogeniczne przetwarzanie danych, Windows 10 i DirectX. Twórcy gier te mechanizmy dobrze znają nie tylko z Xboxa, ale również z pisania gier dla komputerów PC z Windows. To jednak nie rozwiązuje kosztów szacowania zasobów czy testów gry. To z kolei oznacza, że twórcy gier mogą iść na łatwiznę i, by zaoszczędzić sobie wysiłku, będą wykorzystywać pecetowe wersje swoich tworów, które siłą rzeczy nigdy nie będą tak dobrze zoptymalizowane pod sprzęt, jak do tej pory. A to oznacza, że gry będą brzydsze, niż mogły by być przy zachowaniu danej ilości klatek na sekundę.

Xbox stanie się czymś w rodzaju certyfikatu. Dana gra zapewne będzie posiadała naklejki informujące o tym, że posiada tryby działania dla poszczególnych wersji konsoli („zgodne z Xbox One / Xbox One Ultra / Xbox One Lite” czy coś w tym stylu), a my sami będziemy decydować o tym, czy będziemy chcieli dopłacać za bogatsze doświadczenie.

Z jednej strony to fajnie: wybór jest zawsze spoko. Tymczasem posiadacze PlayStation będą po prostu nadal grać w gry i nie przejmować się niczym. Nie jestem pewien, kto w tym wypadku będzie miał lepiej.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst