Zamknęli trzy kobiety w pałacu. Miały być chronione, ale prawda jest okrutna

Najpierw obiecywano niebo po śmierci. Dziś oferuje się je tu i teraz – w wersji cyfrowej, zoptymalizowanej i bezpiecznej. Bohaterki "Glorious Summer" żyją w pałacu, który chroni je przed światem. Tak samo technologiczni oligarchowie chcą nas zamknąć w "bezpiecznej" pętli przyjemności.

Zamknęli trzy kobiety w pałacu. Miały być chronione, ale prawda jest okrutna

"Nie chcę trafić do nieba" – powiedział do księdza katechety zuchwały dziesięciolatek w szkolnej sali. Były to późne lata 90., szkoła w Stalowej Woli – powiatowym mieście, które do dziś wyróżnia się osobliwą nijakością. Tym krnąbrnym uczniem byłem oczywiście ja.

Dlaczego zbuntowałem się przeciwko klerowi i wizji świata, w której mnie wychowywano? Cukierkowy, duszno-słodki obraz nieba, jaki roztaczał ksiądz – skądinąd znany z rasistowskich tyrad i nierzadkiej w tej profesji namiętności do pieniędzy – był dla mnie nie tyle pociągający, ile nieznośnie przerażający. Już jako dziesięciolatek czułem, że raj rozumiany jako absolutne bezpieczeństwo, wieczny spokój i całkowite zaspokojenie wszystkich potrzeb kosztem wolności jest w istocie wizją przeklętą.

Czy świat idealny nie jest w gruncie rzeczy piekłem? Utopią, która okazuje się opatuloną kocem i skąpaną w pastelach dystopią? Twierdzą, która równie skutecznie chroni, co więzi; szczęściem, które zamiast wyzwalać, dusi i prowadzi na skraj rozpaczy. I co z tym wszystkim mają wspólnego technologie?

Nieznośna lekkość bytu

W przerwie od pracy nad obszernym tekstem o zakazie mediów społecznościowych w Australii – który ukaże się na tych łamach 9 marca – wybrałem się do kina na niezależny film "Glorious Summer". Ten reżyserski debiut dwójki polskich aktorów, Helena Ganjalyan i Bartosz Szpak, przypomina kino Yorgos Lanthimos na miarę naszych lokalnych możliwości. Nie o inspiracje czy odniesienia jednak tu chodzi, lecz o emocje – bo to one stanowią jego prawdziwe centrum.

Zatem: do serca przez konkret. W pałacu mieszkają trzy kobiety. Mają wszystko – ciszę, przestrzeń, bezpieczeństwo, święty spokój i brak jakichkolwiek zobowiązań wobec świata. Nie muszą pracować, nie muszą się spieszyć, nie muszą nawet specjalnie myśleć o jutrze. Raj w wersji premium. A jednak coś je uwiera. Jak kamyk w bucie, którego nie widać, ale o którym nie da się zapomnieć. Więc robią to, co współczesny człowiek robi, kiedy nie wie, co począć z własnym życiem: zaczynają nad sobą pracować. Nie byle jak – duchowo. Uważnie. Z wdzięcznością. Z oddechem.

Większej kpiny ze szkodliwej kultury terapii chyba nie ma. Idea nieustannego rozwoju nie bez powodu wpisuje się w kulturę wellness, kierowaną głównie do kobiet. Pułapka polega na tym, że samorozwój jest projektem nieskończonym, pozbawionym punktu dojścia. „Idealna wersja siebie” staje się jedynie horyzontem – im bardziej odległym, tym lepiej, bo kusząca obietnica bycia „wystarczająco dobrą” przesuwa się za każdym razem, gdy wydaje się, że dobiegłyśmy do mety.

Bohaterki (Helena Ganjalyan, Magdalena Fejdasz, Daniela Komędera) zanurzają się w wellness tak głęboko, że przestaje być jasne, czy to jeszcze praktyka, czy już stan skupienia przypominający hibernację. Mindfulness jako kołdra elektryczna dla duszy: ciepło, miękko i kompletnie bezpiecznie. A przede wszystkim – bez kontaktu z rzeczywistością. Z głośników sączy się miękka przemoc poppsychologii: "Uwolnij się od myśli, na które nie masz wpływu". "Zobacz życie w jego prostocie". Czyli: nie przejmuj się, nie komplikuj, nie drąż. Najlepiej w ogóle nie czuj zbyt wiele. To powie wam każda OnlyFansiara: emocje są przecież niehigieniczne. Miłość jest ulotna, a hajs to konkret.

Scenografia filmu jest symbolicznie oszczędna: dom i kawałek polany. I to wystarczy. Może największą ironią jest to, że ten pałac wygląda podejrzanie znajomo. Trochę jak nasze idealnie poukładane, wygładzone, zoptymalizowane życia. Te instagramowe, rzecz jasna. Elegancka, kontrolowana przez algorytm pustka.

Co mówią eksperci 

W jednej ze scen filmu pojawia się fragment rozmowy z twórcą systemu, który stwierdza, że „żyjemy w świecie przebodźcowania i przytłoczenia ilością informacji”. Trudno odmówić mu racji. Coraz częściej odczuwamy silną potrzebę uproszczenia rzeczywistości i ograniczenia nadmiaru bodźców. Dlatego fundamenty przedstawionego w filmie systemu wydają się tak pociągające. 

To samo co mówi system w "Glorious Summer", słyszymy (na rolkach i na filmach)  od coachów i ekspertów uważności i higieny cyfrowej. 

"Bądź tu i teraz", "Odpuść to, na co nie masz wpływu" – same w sobie te hasła są bardzo wartościowe i wspierające. Rzecz w tym, że podniesione do rangi dogmatów zamiast pomagać, zaczynają osłabiać naszą uważność, empatię i gotowość na drugiego człowieka, podporządkowując wszystko samorealizacji, nieustannemu rozwojowi i dążeniu do bycia "najlepszą wersją siebie".

Wszystko wpisuje się w filozofię myślenia "albo albo" – jest albo idyllicznie i sielankowo, albo mrocznie i niebezpiecznie. Albo wybierasz "siebie" albo innych.

Wewnętrzna migracja, autocenzura, "wyłączenie się z myślenia" – takie działania brzmią naprawdę rozsądnie. Sam znam ludzi, którzy mówią wprost, że są "zmęczeni" wojną (mówią to siedząc na kanapie), kryzysem klimatycznym, nierównościami i polityką; wyłączają się obiegu informacji. Brzmi to jak dojrzałość i świadomość, ale często to zwykła dezercja. To, że przestaniemy myśleć o świecie, próbować go zmieniać, nie znaczy, że Niewidzialna Ręka Historii sama zrobi porządek. Widzimy już jak bardzo wiara w osławioną niewidzialną rękę rynku okazała się złudna. Twierdzenie, że rynek sam się ureguluje; że trzeba pozwolić biznesowi robić swoje, a konsument mądrze głosuje portfelem; deregulować i nie przeszkadzać; dziś jest tak bardzo obalone. Ubierając kapelutek Piotrusia Pana, uciekając od życia, wyhodowaliśmy właśnie drapieżny technofedualizm z dużymi dziećmi u sterów.

Pierwszy z brzegu przykład to Sam Altman, który skarży się, że psioczymy na zużywanie energii do trenowania AI, a przecież wychowanie (czytaj: trenowanie) dziecka, aby wyrosło na osobę mądrą, też zużywa zasoby.




O tym jak dziecinni i oderwani od życia są szefowie wielkich firm technologicznych pisaliśmy tutaj nie raz, nie dwa. Mogę tylko polecić świetną książkę "Bezwzględni. O władzy, chciwości i upadku ideałów największego portalu społecznościowego", której przedpremierowy fragment publikowaliśmy na naszych łamach. 

Wolność w remoncie

Już Kazik lata temu śpiewał: "Wolność. Po co wam wolność? Macie przecież telewizję [...] Wolność. Po co wam wolność? Macie przecież filmy fantastyczne".

No to mamy te fantastyczne filmy.

"Glorious Summer" nie wyważa otwartych drzwi, nie stawia nowych pytań; gra formą, bawi obrazem i dźwiękiem. Twórcy filmu podkreślają, że problem "mieć czy być", wybór między wolnością a bezpieczeństwem jest odwieczny. Wiemy jednak, że wizja dystopii, o której opowiada tyle dzieł kultury – od Jewgienij Zamiatina (jego świetne “My” było pierwowzorem Huxley’owskiego “Nowego, wspaniałego świata”) przez Stanisława Lema, od Piotra Szulkina po braci Wachowskich i Christophera Nolana, po Helenę Ganjalyan i Bartosza Szpaka – nigdy nie miała takiej aktualności i możliwości spełnienia się jak dziś.


Bo to właśnie technofeudałowie proponują nam kuszącą i okrutną wizję. Oni przejmą świat, a my zadowolimy się jego erzacem. Dla nich luksus realnego życia, dla nas gogle VR. Próby już były: ledwie chwilę temu chciano nas przekonać do Metawersum. Przecież w wirtualnej rzeczywistości możesz żyć i pracować. A te osławione uczucia? "One są niehignieczne". Zamiast męczyć się z ludźmi, którzy mają swoje wady i potrzeby, możesz stworzyć sobie idealną partnerkę czy partnera AI. Spójrzcie tylko na reklamy firma takich jak CandyAI. Zapewniają, że relacja z osobą AI to poziom intymności, który jest nie tylko realistyczny, co zdrowszy od tego w fizycznym świecie: bez dram, bez problemów, bez wyzwań.

Oferta ultrabogaczy jest prosta: oddajcie nam swoje dane i nie buntujcie się. W zamian damy wam spokój, niekończący się strumień taniej rozrywki, pozwolimy tonąć w byle jakich treściach i uwolnimy od konieczności interesowania się światem.

Co więcej, niektórzy technologiczni oligarchowie idą jeszcze dalej: uwolnimy was od ciężaru pracy zarobkowej. Dostaniecie niewielkie środki w ramach gwarantowanego dochodu podstawowego. Niewiele – ale czy naprawdę potrzeba wam więcej? Większość potrzeb zostanie zaspokojona. Będziecie wolni od trosk codzienności. Umierać będziecie tylko powoli: od chemicznej żywności niskiej jakości, od zatrutego powietrza, od gnicia umysłu podmywanego nieustannym doomscrollingiem.

Oto słowo Boże

Zacząłem od księdza i na wątku kapłańskim zakończę. W czasach feudalnych, w epoce sojuszu ołtarza z tronem, karmiono nas wizją raju. Mieliśmy poświęcić doczesność, zgodzić się na niskie miejsce w porządku świata, bo nagroda czekała po śmierci. Dziś, w epoce postchrześcijańskiej i technofeudalnej, również mamy poświęcić codzienność, aspiracje i ambicje – raj znów rzekomo znajduje się na wyciągnięcie ręki. Oddalony o kilka kliknięć. Jeszcze chwila, a spróbują zamknąć nas w Metawersum, a tych, którzy odmówią, wielcy Ewangeliści Rozwoju – tacy jak Pieter Thiel – napiętnują jako wrogów postępu, nowych Antychrystów.

Bo przecież nikt nie chce zostać Belzebubem. Każdy pragnie jedynie posłusznie iść ku niebu.